Krystyna Prońko

Przeczytaj wyjątkowy wywiad. Wygraj płytę z muzyką i dvd z koncertem. Zakochaj się w przebojach Twojej Mamy!

Magdalena Zamkutowicz: We wrześniu premiera nowego albumu. Dla kogo nagrała Pani własne wersje starych piosenek?
Krystyna Prońko: Płyta jest adresowana do mam, które są w moim wieku i starsze oraz córek, czyli osób mniej więcej w pani wieku. Tak jakby córka zaprosiła mnie na koncert, by sprawić mi radość piosenkami sprzed lat 70. W zamierzeniu płyta ma być dwupokoleniowa, bo teraz, nie wiedzieć czemu, wszystko dzieli się na pokolenia.

- Kiedyś muzyka dzieliła je bardziej niż teraz...
Zdecydowanie. Dlatego połączyłam w całość znane melodie z epoki moich rodziców z piosenkami popularnymi w latach 60. Wyłącznie polskie utwory. Pamiętam z dzieciństwa swoje duże zainteresowanie młodością mamy. Nie zaspokoiłam ciekawości, bo większość opowieści z tego okresu dotyczyła wojny. Nasłuchałam się za to o dziadku i babci. Moja mama wychowywała się w Grodnie. Reszta rodziny także pochodzi zza Buga. Rodzice zostali przesiedleni na ziemie zachodnie. Jechali przez Katowice i mocno zburzony Wrocław, gdzie początkowo chcieli zostać. Z dworca zobaczyli, że miasta prawie nie ma. W końcu mama zdecydowała się na Gorzów, ponieważ wydał się jej podobny do Grodna: rzeka, kotlinka. Zwiedziłam Grodno podczas koncertów po byłym ZSRR, lecz nie zauważyłam podobieństw. Trudno porównywać wschodnią przygraniczną miejscowość do miasta zbudowanego przez Niemców. Przez długi czas rodzice czuli się w Gorzowie bardzo wyobcowani. W radiu puszczano wtedy Mazowsze, Śląsk i kapelę Dzierżanowskiego. Dopiero parę lat później usłyszałam rzeczy, które zamieściłam na płycie.

- Wbrew ówczesnej modzie słuchała Pani tych samych rzeczy, co rodzice?
Skąd! Znam je, ponieważ miałam manię wycinania piosenek z gazet. Drukowano nuty z tekstami i podpisanymi funkcjami, tak zwanymi prymkami. Zachowałam je do dzisiaj i postanowiłam wykorzystać. Stąd pomysł na „Nowe stare piosenki”. Najstarsze pochodzą z okresu powojennego, a najpóźniejsze z lat 70. Wszystkie będą brzmiały bardzo współcześnie, bez odniesień do przeszłości. Nawet „Pierwszy siwy włos" zaskoczy ludzi pamiętających go w oryginale.

- Został przerobiony na hip-hop?
Nie zdradzę, bo ma być niespodzianką.

- Na pewno zrobi Pani wrażenie wyglądem. Co zrobić, by zachować taką świetną figurę?
Jest jedna cudowna dieta: M. Ż. (mniej żreć)! Nie jem kartofli, ryżu, makaronu. Bardzo mało chleba, jeśli w ogóle, to ciemny. Zmieniłam też sposób łączenia pokarmów - nie jem mięsa razem z węglowodanami. Jem sporo słodyczy, ale nie łączę ich z niczym innym. Dopiero po trzech godzinach kolejny posiłek. W moim przypadku to działa.
Unikam żywności wysoko przetworzonej. Żadne chipsy czy gotowe ciasteczka. Najwyżej sama robię pischingera albo piekę sernik. Lubię rosołki, kaszę gryczaną, mięso z jarzynami. Jem sporo jajek. Na szczęście nie mam problemów z cholesterolem, więc mogę sobie na to pozwolić. Oczywiście istnieją różne „wspomagacze”, ale o tym nie chcę mówić, bo nie jestem lekarzem. Chudłam przez pół roku i tak zostało.


- Jest Pani singlem, jak wielu trzydziestolatków...
Tak (śmiech), i chyba mentalnie jestem blisko tego pokolenia. Chciałam kiedyś założyć rodzinę, ale się nie udało. Facet, o którym myślałam, że mogłabym z nim mieć dziecko, gdzieś sobie odjechał. Inny się nie pojawił, a ja nic nie będę robić na siłę. Ludzie nie powinni mieć dzieci, jeśli się nie dogadują. Bardzo szanuję kobiety, które same wychowują dziecko, bo to piękna rzecz. Ja jednak nie potrafiłabym w ten sposób zmusić faceta do bycia ze mną.

- Zaproszenia na czaty i występy w trendowych klubach świadczą o tym, że ma Pani dobry kontakt z „pokoleniem córek“.
Tak mi się wydaje. Moje piosenki chyba podobają się młodym ludziom, bo sami mówią, że tak jest. Najbardziej zadziwił mnie ostrzyżony na punka chłopak pracujący w hurtowni fonograficznej, którego „przyłapałam” na słuchaniu „Modlitwy o miłość prawdziwą” . Być może jest w mojej muzyce ponadczasowa wartość, i ludzie poszukują rzeczy innych niż te, które słychać w dyskotece. Nie każdemu wystarczy, by coś brzęczało za uchem. Szczególnie, gdy słychać głównie maszynę perkusyjną. Trafiłam ostatnio na house’ową audycję w radiu „Bis” i bardzo się rozczarowałam. Będę wredna, ale powiem tak: może to nadaje się do słuchania dopiero po zażyciu używek.

- Podobno jest Pani gwiazdą klubów gejowskich?
Nie ma dla mnie znaczenia: gej czy nie gej. Po prostu dostałam ofertę z klubu Paradiso i miałam cykl koncertów. Poza tym w tych klubach jest bardzo dobra publiczność.

- Czy drag queen śpiewają Pani piosenki?
W Paradiso usłyszałam „Złość” w wykonaniu drag queen. Trudno tu mówić o śpiewaniu, bo oni „plejbekują”, niemniej te widowiska są niezwykle barwne. Chodzi o sam show: wygląd, sposób poruszania się. Raz miałam okazję obserwować przygotowania drag queen do występu. Jeden z chłopaków wystylizował się na piękną dziewczynę tak, że wyglądał lepiej niż niejedna dziewczyna. Miał tyle wdzięku! Gdybym go wcześniej nie widziała, nigdy nie powiedziałabym, że to facet.

- Wyraziła Pani poparcie dla idei tolerancji i równouprawnienia poprzez udział w warszawskiej Paradzie Równości.
Tak. Do udziału w marszu namówił mnie znajomy. Myślałam, że będę czuć się nieswojo, ale na miejscu bardzo mi się podobało.

- Jak to możliwe, że Pani głos wciąż brzmi świeżo?
A brzmi? Ostatnio miałam nawet śmieszną sytuację. Leżałam w łóżku chora i chrypiąc zadzwoniłam do Marka Stefankiewicza zawiadomić go ,że muszę odwołać koncert. Mówię mu: słuchaj, ja mam taki katar, że mi głowę urywa, a on na to: ale ty tak młodo brzmisz! Chyba chciał mi komplement powiedzieć. Zmiany, jakim podlega głos, to bardzo indywidualna sprawa, chociaż zależy również od tego, jak kto żyje: czy pije, czy pali, czy dużo śpi. Ja potrafię napić się wina, kiedyś paliłam papierosy. Bardzo nieregularnie chodzę spać, chociaż dbam, by się wysypiać. Im bardziej przybywa mi lat, tym bardziej muszę być wypoczęta przed koncertem, mimo że mam coraz lepszą technikę. No i są jeszcze geny, które jednym pozwalają na pewne rzeczy, a innym nie.

- No i jest Pani blisko natury: drewniany dom z bali na obrzeżach miasta, zdrowe jedzenie, dużo zieleni, dwa psy...
Zawsze chciałam zamieszkać w drewnianym domu. Budując go zrealizowałam jedno z wielkich marzeń. Wszystko zostało zrobione tak, jak zaplanowałam, łącznie z kierunkiem przebiegu schodów. Jest nawet kawałek ogrodu, z ogromnym pięknym drzewem. To bardzo stary dąb. Ma 145 cm w obwodzie pnia i ponad 200 lat.

- Ucieka Pani od „warszawki“?
Życie towarzyskie toczy się jednak w Warszawie. Z sąsiadów poznałam na razie muzyków mieszkających obok. Jeśli chodzi o komfort mieszkania z daleka od centrum, mam w pobliżu wszystko, co potrzebne: stację benzynową, bank, warsztat samochodowy, krawcową do szybkich przeróbek i bardzo wygodne połączenie autobusowe na wypadek, gdybym chciała w mieście napić się wina.

- Była Pani hipiską w latach 60.?
Ruch hipisowski dotarł do nas z opóźnieniem. Mnie zastał w 67 roku w średniej szkole. Na ten temat niewiele mam do opowiedzenia o sobie, mogę za to o moich kolegach. Na przykład Jurek Zamoyski malował piękne rzeczy inspirowane hipiserką. Zawsze bardzo podobały mi się te jego obrazki. Przez pewien czas kupowałam wszystko, co stworzył. Po maturze byłam normalnym etatowym pracownikiem w Sanepidzie lub innym laboratorium - już nie pamiętam - w każdym razie miałam swoje pieniądze, a on dosłownie przymierał głodem. Jurek nadal maluje, z tym, że za granicą. W latach 80. tak zdenerwował go panujący wówczas ustrój, że wyjechał z Polski i nigdy nie wrócił na stałe.

- Pani nie chciała wyjechać?
Miałam nawet ku temu bardzo dobrą okazję. Półtora miesiąca po wprowadzeniu stanu wojennego z ekipą aktorów wyjechaliśmy z „Kolędą nocką” do Chicago. Wszyscy się zastanawialiśmy, bo wtedy Polacy dostawali natychmiast Zieloną Kartę. Nikt z nas nie został, a w grupie byli między innymi: Marek Kondrat, Krzysztof Kolberger, Emilian Kamiński, Anka Chodakowska.

- To była dobra decyzja?
Tego nigdy nie wiadomo! Długo nie wiedziałam, co zrobić więc któregoś dnia usiadłam przy stole, wzięłam kartkę, wypisałam wszystkie „za” i „przeciw”. Wyszło „przeciw” i wróciłam do domu. Przeważyło poczucie odpowiedzialności za rodzinę. Nie wiem, czy pani rozumie, co to znaczy?

- Obawa, że będą prześladowania?
Może nie aż tak, raczej uprzykrzanie życia. Gdybym została za granicą, cała moja rodzina w Polsce mogła być narażona na duże nieprzyjemności, łącznie z wyrzuceniem z pracy bez możliwości znalezienia nowej. Wtedy nawet bez powodu ludzie popadali w trudne sytuacje, a ja bym dała wystarczający powód. Byłam już bardzo znaną osobą, miałam na koncie „Psalm stojących w kolejce”, zaczynał rodzić się bunt.

- Dziwne, że „Psalm” nie spowodował problemów. Zaśpiewanie go w 81 roku w Opolu było spektakularnym wydarzeniem.
Czy ja wiem. To był Festiwal Opolski. Natomiast po wprowadzeniu stanu wojennego „Psalm” był na cenzurowanym. Nie miałam z tego powodu przykrości. Miałam managera który potrafił „rozstawić nade mną parasol”, i nie docierały do mnie żadne niedobre informacje. Niestety, zdałam sobie z tego sprawę po jego śmierci.

- Co groziło artyście za dotykanie trudnych tematów?
Mógł stracić paszport, nie trzymaliśmy wtedy paszportów we własnych szufladach.

- Uczy Pani śpiewu na uniwersytecie w Lublinie. Jeśli ktoś się dostanie na studia artystyczne, to znaczy, że ma talent?
Dopiero na drugim, trzecim roku widać, czy ktoś się nadaje na wokalistę. Pierwszy jest tylko czasem sprawdzającym, niektórzy odpadają. Na początku pracy nie przyczyniałam się do odsiewu, ale teraz coraz częściej to robię. Brakuje mi czasem cierpliwości, lub prostu nie wytrzymuję psychicznie.

- Czego?
… zbytniej pewności siebie, totalnego braku pokory, buty w stylu „ja tu jestem najlepszy…”, ale wszyscy kandydaci na artystów tak się nie zachowują. Zdecydowana większość chce się uczyć.

- Są też faworyci?
Nie podchodzę do uczenia i osiągnięć innych emocjonalnie, to nie moje życie. Staram się zachować obiektywność w ocenach.

- Wszyscy w Pani rodzinie mieli zdolności muzyczne?
Można powiedzieć, że mój dom był muzykalny, choć tylko dzieci muzykowały. Na studia do Akademii Muzycznej w Katowicach zaciągnął mnie młodszy brat. Uznał, że się marnuję (śmiech). Piotrek jest świetnym akustykiem, czasem współpracujemy. W dzieciństwie potrafiliśmy rzępolić, grać, śpiewać i Bóg wie co wyprawiać z instrumentami. Rodzice bardzo wspierali nasze eksperymenty muzyczne. Stawiali jednak jeden warunek: musieliśmy pokończyć szkoły zawodowe. Z tego powodu jestem technikiem chemikiem. Uważali, że muzyką nie da się zarobić na życie. Ja akurat przez całe dorosłe życie żyję z muzyki, lecz niewiele znam takich osób. Najczęściej ludziom brakuje odporności psychicznej, bo to bardzo brutalna branża.




- Z własną firmą jest łatwiej?
Teraz walczę dwa razy bardziej niż przedtem. Jestem niezależną, choć bardzo malutką firmą. Sama finansuję wydania swoich płyt, i… nie mam ciśnienia, że muszą się sprzedać. Zresztą - najwięcej płyt sprzedaję przy koncertach.

- Nie układała się Pani współpraca z dużymi wytwórniami?
Chciałam mieć własną firmę! Gdy zmieniły się czasy w 1989 roku, natychmiast podjęłam decyzję. Po co mam ciągle kogoś prosić o załatwianie różnych spraw, jeśli wszystko mogę zrobić sama? Dawałam sobie radę od jednego do drugiego koncertu, aż w 1994 roku zaczęłam nagrania do płyty „Złość”. Z powodu ograniczeń finansowych płyta ukazała się cztery lata później. Nie miałam żadnych sponsorów. Powoli udaje się ich pozyskiwać, choć nadal nie jest łatwo. W zeszłym roku sponsorzy pomogli mi wydać DVD z koncertu. To oczywiście nie są masówki, jak w wielkich firmach płytowych, ale też nie mam z tym problemu. Zawsze przecież mogę dotłoczyć…

- Mniejszy nakład to także mniejsza popularność?
Może tak, a może nie. Od 36 lat pracuję praktycznie bez przerwy. Przeszłam przez tyle zmian, a zawodu nie zmieniłam. Cały czas z tego samego żyję i poprzez koncerty jestem w kontakcie z publicznością. Co prawda nie ma mnie w mediach – ale media drastycznie się zmieniły.

- A chciałaby Pani być?
Tak, ale mnie się do mediów nie dopuszcza, bo nie mam pieniędzy na kupowanie czasu antenowego.

- Umowa z dużym koncernem rozwiązałaby ten problem. Pani wybrała niezależność...
Umowa z dużym koncernem fonograficznym to niewola i niczego nie rozwiązuje, natomiast może spowodować potężny stres. Jestem bardzo zadowolona ze swojej niezależności i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Mam pełną wolność artystyczną, a luz psychiczny to w moim zawodzie jedna z najcenniejszych rzeczy. Coś, co pozwala człowiekowi wypowiedzieć się poprzez sztukę.

Rozmawiała Magdalena Zamkutowicz

 

Konkurs! Konkurs! Konkurs!Dla naszych Internautów mamy 20 singli zapowiadających płytę Krystyny Prońko, która ukaże się jesienią oraz 3 dvd koncertowe.
Prosimy odpowiedzieć na pytanie:

Czy na koncercie zarejestroawanym na dvd znajduje się jeden z największych przebojów piosenkarki „Jesteś lekiem na całe zło”?

 

Tagi: piosenka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13 lat temu
Dziękuję za ten wywiad. Pozdrawiam panią Prońko i cieszę się, że dobrze sobie radzi. Trotka :)