Kayah

Ma dość show-biznesu, związanych z nim kompromisów i wyrzeczeń. Wie, jak wielką osobistą cenę musiała zapłacić za sukces.
/ 24.05.2005 13:44
Płytą „The Best and the Rest” Kayah zamyka 10 lat kariery. Żegna się z wielką wytwórnią i zaczyna pracę na własny rachunek. To nie była łatwa decyzja. Wprawdzie utwór Krzysztofa Kiljańskiego „Prócz ciebie nic”, wydany w firmie fonograficznej Kayah i jej wieloletniego menedżera Tomasza Grewińskiego (Tomika), okazał się strzałem w dziesiątkę, ale czteroosobowy Kayax dopiero raczkuje.
Kayah czuła jednak od pewnego czasu, że musi zrobić coś ze swoim życiem. Bo choć jest jedną z niewielu w Polsce wokalistek, która wyznacza trendy, kolekcjonerką Fryderyków, złotych i platynowych płyt, twierdzi: „Jestem i nie jestem dumna z tego, co osiągnęłam, bo gdzieś tam w głębi duszy mam świadomość, że gdyby nie ograniczenia narzucane przez wytwórnię, konieczność sprostania masowym gustom, jako artystka byłabym znacznie dalej”. Dla kogoś, kto tak jak Kayah zawsze wiedział, co chce osiągnąć w muzyce, to gorzka pigułka.

Z potrzeby serca
Już jako czterolatka Kayah miała sprecyzowane plany na przyszłość. Od ósmego roku życia pisała teksty. Gdy skończyła klasę fortepianu w podstawowej szkole muzycznej, zaczęła komponować. Jako 13-latka przystała do pierwszego zespołu, jako 17-latka napisała swoją „Córeczkę”. Nie udało jej się podejść do matury, bo termin egzaminów nakładał się na terminy nagrań. „Widziałam, co się dzieje, ale nic nie mogłam zrobić. Kayah jest taka, jak ja. To rogata dusza. Dzika i nieokiełznana dziewczyna. Mogę jej radzić, a ona i tak zrobi swoje”, mówi matka piosenkarki, Krystyna Szczot.
Tak bardzo chciała tworzyć, że kiedy pojawiła się możliwość nagrania pierwszej płyty, podpisała niewolniczy kontrakt. Wprawdzie po wydaniu płyty „Kayah” wyplątała się ze zobowiązań, ale musiała zapłacić za brak przezorności. „Kiedy okazało się, że nie można mnie zniszczyć prawnie, rozpuszczano w branży opinię, że jestem niezrównoważona psychicznie”, wspomina Kayah. „Gdybym mniej się szanowała, mogłabym zrobić karierę w dwa lata”, mówi z rozgoryczeniem. Bo faceci z branży oczekiwali od niej tylko jednego.
Takich, którzy docenili jej talent i chcieli pomóc, jak Marek Kościkiewicz czy Grzegorz Ciechowski, było niewielu. „Pierwszy raz zobaczyłem ją w Domu Sztuki na Łowickiej w Warszawie, gdzie występowała z Tiltem. Od razu widać było, że ma coś w sobie. Jakąś niesamowitą energię, osobowość. Gdy zostałem szefem Zig Zaka, dałem jej zupełnie wolną rękę i powstał »Kamień«, świetna niekomercyjna płyta. To była cała Kayah”, wspomina Marek Kościkiewicz.

Silniejsza od innych
Przez 10 lat śpiewała w chórkach, a mimo to zaczęła wypracowywać sobie silną pozycję. „Poznałam Kasię przez znajomych, chyba w 1991 roku. Zostałam zaproszona do niej na obiad. Od razu się polubiłyśmy, połączyła nas pasja i miłość do muzyki. Miałam okazję podziwiać ją już na samym początku kariery, kiedy jeszcze śpiewała chórki w różnych zespołach. Już wtedy była ogromną osobowością. Z tamtych czasów prywatnie pamiętam ją jako osobę bardzo nieśmiałą i delikatną, lecz gdy wychodziła na scenę, w jednej chwili zmieniała się w sceniczne zwierzę i naprawdę to ona była gwiazdą”, wspomina Edyta Bartosiewicz.
Pierwsza autorska płyta „Kamień” przyniosła Fryderyka, następna – „Zebra” – dała kolejnych pięć. Przy płycie z Goranem Bregovicem przyszła też wreszcie nadzieja na międzynarodową karierę. Kayah poczuła, że to jest jej pięć minut, które może się już nie powtórzyć.
I dała z siebie wszystko. Mimo że podczas nagrywania płyty była już w ciąży z holenderskim producentem telewizyjnym Rinke Rooijensem. „Pamiętam, jak przyszli mi oznajmić, że Kasia jest w ciąży. Zaprosili mnie do kawiarni, wręczyli pierścionek z cyrkoniami. Ten pierścionek noszę do dziś”, wspomina mama Kayah. „Prawie do końca ciąży Kayah występowała i zaczęliśmy już żartować, że w końcu urodzi na scenie”, mówi VIVIE! Tomik. Choć raz o mało nie skończyło się to tragicznie, gdy jakiś pijany mężczyzna rzucił prosto w jej brzuch ciężką butelką wody. Była wtedy w siódmym miesiącu ciąży.
Kayah była tak szczęśliwa i napełniona energią, że pod nieobecność Rinke, który spędzał wtedy dużo czasu w Holandii, wzięła na siebie budowę wymarzonego domu pod Warszawą. W ósmym miesiącu ciąży malowała, heblowała, wierciła dziury. Roch miał miesiąc, kiedy musiała wejść do studia i zacząć nagrywać płytę z Bregovicem. „To był horror”, wspomina Tomik. „Siedzieliśmy w pokoju obok, a Kayah w jakimś amoku wybiegała ze studia co godzinę z 40-stopniową gorączką, by nakarmić małego. Goran zaraził ją taką grypą, na którą nasze leki nie działały”.
Kayah miała 30 kilogramów nadwagi, depresję poporodową... A Roch od początku był trudnym i wymagającym dzieckiem. „Przez pierwszy rok nie przespał ani jednej nocy. A nie ma gorszej tortury niż brak snu. To nie my mieliśmy Rocha, tylko Roch miał nas”, wspomina Kayah. „Niepotrzebnie chyba zaparliśmy się z Rinke, żeby przez pierwszy rok opiekować się Rochem tylko we dwoje...”
Wprawdzie wszyscy starali się pomóc Kayah jak mogli, ale było strasznie ciężko. „Uważałam, że muszę wszystko pogodzić: i to pierwsze macierzyństwo, i popularność”, wspomina Kayah. „Dopiero później przyszła refleksja, jaka to była arogancja, brak szacunku dla wszystkich, a szczególnie dla nowego życia. Jaką byłam egoistką. Nie wiem, co ja wtedy myślałam. Że jestem lepsza? Silniejsza od innych?”, zamyśla się Kayah.

Szczepionka na życie
Skąd brała siły? Może część odpowiedzi leży w dzieciństwie Kayah. Ojciec uciekł za granicę i zostawił rodzinę, gdy Kayah miała zaledwie 11 lat. Poczuciu opuszczenia przez pierwszego ważnego mężczyznę towarzyszyła bieda. „Weszli komornicy, na meblach pojawiły się białe kartki”, wspominała w rozmowie z „Urodą”.
Ale chyba to, co ją dotykało przed odejściem ojca, było jeszcze gorsze. Nigdy nie był z niej zadowolony. „Pamiętam te wszystkie upokorzenia, których mi nie szczędził, twierdząc, że jestem niezdarną, najbrzydszą babą pod słońcem, niegodną nosić jego nazwisko”, zwierzała się w jednym z wywiadów.
Dzieciństwo spowodowało, że Kayah zawsze towarzyszy poczucie niepewności. Nawet odnosząc wielki sukces, boi się nim cieszyć. Nigdy nie jest zadowolona ze swojego wyglądu. Miała zaledwie 13 lat, kiedy zebrała pieniądze i zoperowała sobie odstające uszy. Po urodzeniu Rocha i zrzuceniu nadwagi skorygowała kształt nosa. Mimo że ma rewelacyjną figurę, często postrzega siebie jako osobę za grubą. Chociaż wszyscy – i makijażyści, i fotograficy, którzy pracowali z Kayah, jak Gonia Wielocha, Jacek Poremba czy obecna jej wizażystka Natalia Grewińska – zachwycają się urodą wokalistki. „Faktycznie, Kayah zawsze jest niezadowolona ze swojego wyglądu, chociaż dzięki temu jest bardziej twórcza. Dosłownie z niczego potrafi wyczarować wspaniałe kreacje”, mówi nam Natalia Grewińska.
Na szczęście dla Kayah dzieciństwo dało jej też niezwykłą siłę i poczucie niezależności. „Jak ktoś cię tak bez przerwy gnębi i udupia, to rodzi się bunt: ja ci pokażę”, zwierza się piosenkarka. Twierdzi też, że sposób, w jaki traktował ją ojciec, wzmocnił ją. „Wszystko, co może stać się przyczyną rozwoju, jest w ostatecznym rozrachunku dobre. Nawet jeśli w początkowej fazie miało negatywne skutki i było trudne do przeżycia. Wszystko, co dzieje się, dzieje się po coś. I tylko od naszej mądrości życiowej zależy, czy uda nam się przetworzyć te złe doświadczenia w wartości”, mówi piosenkarka. Kayah jest na tyle silną osobą, że sama potrafi się wyciągać z dołka. „Na lekkie stany polecam deprisan. Nie wierzę w rozmowy z ludźmi. Sama muszę się podźwignąć”, dodaje.

Kubeł zimnej wody
Na początku wydawało się, że wszystko idzie dobrze. „Kayah i Bregovic” sprzedała się u nas w rewelacyjnym nakładzie 600 tysięcy egzemplarzy, świetnie w 12 europejskich krajach. Album nie stał się jednak przepustką do międzynarodowej kariery. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Goran nie był zainteresowany dzieleniem się sceną z artystką i nie odpowiadał na zaproszenia ze świata słane do ich obojga.
„Kayah i Bregovic” nie dała też piosenkarce swobody twórczej. Przeciwnie. „Od płyty z Bregovicem zaczęło się straszne ciśnienie. Jeśli chciałam utrzymać swoją pozycję, musiałam zacząć bardzo liczyć się z polityką mojej wytwórni”, wspomina Kayah. Kiedy więc nie poszła na łatwiznę i nie nagrała „Bregovic 2”, następne, mniej komercyjne płyty – „Jaka Ja Kayah” i „Stereotyp” nie sprzedały się już tak dobrze.
Kayah musiała się poddawać weryfikacjom radiowym. Zdała sobie sprawę, że polski rynek jest bardzo niewdzięczny. „W Polsce obowiązuje zasada: umarł król, niech żyje król. Fani nie dojrzewają ze swoimi idolami”, komentuje artystka.

Nigdy więcej
Czy Kayah może ponieść porażkę na swoim? Oczywiście. Ale podjęła już decyzję. „Gdyby udało mi się zachować swoją pozycję i robić taką muzykę, jaką lubię, byłoby super. Ale żadnych ustępstw. Nigdy więcej i za żadną cenę”, mówi Kayah. „Dla mnie ważne jest, aby nie mylić podstawowych rzeczy. Dobra płyta to płyta z wartościową muzyką, a nie taka, która się sprzedaje jak świeże bułeczki”.
Na pewno Kayah będzie miała większy komfort pracy. Dla artysty to bardzo ważne. „Nigdy muza nie pojawia się na klaśnięcie dłonią. Potrzebuję czasu, i to bez ograniczeń. Kiedy tworzę, muszę być sama, wyciszyć się. Boli mnie brzuch, nie jestem w stanie cieszyć się życiem”, mówi piosenkarka.
Kayah może sobie pozwolić na ryzyko, bo dziś już jest nie tylko wokalistką, ale też bizneswoman, która z Tomikiem prowadzi Kayax. Ma też wiele innych talentów i pomysłów na życie. Od dawna marzy o projektowaniu ubrań dla dzieci, mebli. O otwarciu własnego sklepu. „Nie wydaje mi się, żeby Kayah mogła żyć bez muzyki. Ale faktycznie ma kilka pomysłów, które mogłyby przynieść pieniądze. Jest bardzo uzdolniona plastycznie. Wszystkie prezenty i ich opakowania, jakie daje bliskim, są niezwykle wysmakowane”, mówi Tomik.
Praca na własny rachunek ma jeszcze inną wielką zaletę. Nareszcie Kayah ma więcej czasu dla siebie i dla bliskich. To ważne, bo jak mówi VIVIE!: „Doszłam do momentu, w którym praca mnie męczy. Moje życie zawodowe nie jest już najważniejsze. Wiem, że to prawdziwe życie jest w domu”.

„My” zamiast „ja”
„Chyba jak każda kobieta, która jest matką, mogę powiedzieć, że nie ma już czegoś takiego jak »ja«. Jesteśmy »my«. Każda decyzja musi być podejmowana z myślą o dobru ogółu. Nie ma miejsca na egoizm”, mówi nam Kayah.
Na Kayah pod Warszawą czeka dom z ogrodem. Nie udało się w nim na stałe zgromadzić całej rodziny. „Może byłam zanadto apodyktyczna? Najbliżsi nie czuli się jak u siebie? Ale czuję się usprawiedliwiona, bo miałam jak najlepsze intencje”, mówi nam Kayah. Ale dom jest pełen ludzi. Jest w nim mama i Roch. „Cudowny, mądry, utalentowany dzieciak”, mówi Kayah z wielką miłością. „Od urodzenia Rocha Kayah stała się większą domatorką. I choć nadal jest bardzo zajętą osobą, wystarczy, że Roch biega w zasięgu jej wzroku i już są oboje szczęśliwi”, uważa mama Kayah.
Stałym gościem w tym domu jest też Rinke. Ich związku nie udało się posklejać. Najpierw kochali się na zabój. Obchodzili rocznicę pierwszego spojrzenia, pocałunku. Z czasem okazało się, że dwie tak silne osobowości pod jednym dachem to za dużo. Nawet różnice kulturowe, które początkowo wydawały się wzbogacać ich związek, zaczęły drażnić. „To były drobiazgi, jak kwestie higieny – mówi Kayah – ale życie składa się z drobiazgów”.
Kayah i Rinke pozostali jednak przyjaciółmi. „Przeżyliśmy swoje szczęście. Jest co wspominać. Jako rodzice potrafimy się dogadywać i wspierać dla dobra dziecka”, zwierza się wokalistka. Kayah ma też przy sobie ogromną rodzinę, którą tworzą wszyscy pracownicy Kayaxu. „Prawdziwi przyjaciele, którzy nie tylko nie opuszczą mnie w biedzie, ale potrafią też cieszyć się z moich sukcesów. Bez Tomika już nie wyobrażam sobie życia”, mówi Kayah. Od początku roku nie miała jeszcze żadnego dołka. Jest silna i szczęśliwa, jak nigdy dotąd. „Czuję, że ten rok będzie moim dobrym rokiem”, mówi z radością.

Magda Łuków/ Viva
Zdjęcia Robert Wolański
Stylizacja Alicja Kowalska
Asystentka Monika Ostrowska
Makijaż i fryzury Natalia Grewińska/Kayax
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)