Katarzyna Grochola fot. Party (16/2013)

Katarzyna Grochola w "Party". Katarzyna Grochola wywiad w "Party"

Jaką cenę zapłaciła pisarka za swoją popularność?
/ 15.08.2013 00:45
Katarzyna Grochola fot. Party (16/2013)

Ma natłok pracy, bo przed chwilą wydała nową książkę „Trochę większy poniedziałek”. Teraz promuje ją na spotkaniach z czytelnikami i dziennikarzami. Ze mną umawia się w lobby jednego z warszawskich hoteli. Choć siedzimy blisko, to – jak w powieści – nie możemy się znaleźć. Nasze telefony są cały czas zajęte, bo jednocześnie dzwonimy do siebie. W końcu jednak udaje nam się porozmawiać...

Pani najnowsza książka nosi tytuł „Trochę większy poniedziałek”. Trudno więc uznać za przypadek, że spotykamy się właśnie w tym dniu tygodnia.

Na co dzień mieszkam na wsi, w Milanówku. W poniedziałek zawsze jestem w Warszawie i  mam czas na załatwianie tzw. sprawunków.

Czyli ten dzień kojarzy się pani głównie z pośpiechem?

Wręcz przeciwnie! Moje poniedziałki są przeurocze.

To co pani robi?

Tajemnica! (śmiech) Podsycę tylko ciekawość i powiem, że od rana w poniedziałek zawsze czekają na mnie same miłe rzeczy. I założę się, że teraz wszyscy zachodzą w głowę, o czym ta Grochola mówi, i większość obstawia, że o seksie. Otóż nic bardziej mylnego!

Szczerze? Sam tak pomyślałem!

(śmiech) Wróćmy lepiej do tematu poniedziałków. Powinno zaczynać się tydzień od dobrego akcentu. Ten dzień ma wyjątkową magię.

Tak, słyszałem pani tłumaczenie, co jest takiego fantastycznego w tym dniu tygodnia...

Ukradłam je z książki „Pollyanna”. Ona uwielbiała poniedziałki tylko dlatego, że od kolejnego dzielił ją aż tydzień. Czyli krótko mówiąc: przerabiała kupę w nawóz.



Ale dla wielu osób to właśnie weekend jest jednym z bardziej traumatycznych momentów w tygodniu!

Czemu tu się dziwić? W sobotę i niedzielę myślimy o tym, że za moment nowy tydzień pracy, a za to w poniedziałek rozpoczynamy oczekiwanie na weekend. A czekaniu towarzyszy magia. Wyobraźmy sobie moment między otrzymaniem listu, a zdjęciem pieczęci. Coś niesamowitego! Jeśli otrzymujemy coś od razu, nie mamy okazji do radości.

A pani lubi takie okazje?

Owszem. Staram się dostrzegać pozytywne aspekty nawet w złych wiadomościach. Wyobraźmy sobie taką sytuację: okazuje się, że ktoś ma raka. Cieszę się, że już się o tym dowiedział, bo ma większą szansę na wyleczenie.

Jest pani optymistką i wierzy, że każde marzenie może się spełnić?

W przypadku gdy jest głupie, to lepiej, żeby się nie spełniało. Kilka procent każdej populacji to psychopaci. Więc jeżeli ich marzeniem jest zabijanie lub robienie komuś krzywdy i to, aby nie zostali na tym nigdy złapani, to dobrze się dzieje, że Pan Bóg nie słucha ich próśb. Ale wszystkie inne marzenia... Dlaczego mają się nie spełniać?! Tym bardziej że z reguły ich spełnienie leży tylko w naszych własnych rękach. Całe życie chciałam być pisarką, dlatego też całe życie coś pisałam. I mam teraz odpowiedź, gdy młodzi ludzie pytają mnie, jak zastać pisarzem: „Pisać!”. Proste. Nie tańcząc, nigdy nie będzie się tancerką. Nie śpiewając, nigdy nie będzie się piosenkarką. Jest takie przysłowie, że jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to spełnia jego marzenia. To jest historia bez końca: bo w miejsce starych marzeń szybko pojawiają się nowe. Jedno marzenie często uruchamia kolejne. Skądinąd – tak właśnie powinno być, bo bez marzeń człowiek nie żyje. Gdy byłam ciężko chora, pragnęłam z całego serca, żeby ból zniknął, żeby nie krwawiło, żeby goiły się rany. Te marzenia nie były wydumane, daleko im były do zielonkawej sukni nad Morzem Śródziemnym.

A teraz o czym pani marzy?

O zielonkawej sukni nad Morzem Śródziemnym (śmiech).



No tak, bo o czym innym może pani teraz marzyć? Dla większości moich koleżanek i przyjaciółek Katarzyna Grochola jest synonimem spełnienia.

To może nie powinnam nikogo wyprowadzać z błędu i pozostawić ludziom złudzenia? Wiele moich życiowych pragnień nigdy się nie spełniło i już pewnie się nie spełni. Nie jest to jednak powód, aby popadać
w melancholię.

Taka opinia nie pasuje jakoś do kobiety sukcesu, za jaką wszyscy panią mają...

Pani na targu mnie rozpoznaje, od czasu do czasu występuję w telewizji i mam miliony czytelników. Sukces jak nic! Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, że jego cena jest dosyć bolesna i wygórowana. Niektórzy bliscy mi ludzie nie dzwonią już do mnie. Myślą, że będą mi przeszkadzać, bo jestem zajęta. Nie chcą przyjść do mnie na imieniny, bo na pewno będą u mnie sławne osoby, a oni chcieliby się spotkać tylko we własnym gronie. U innych budzę zawiść, czasem nadzieję, że wszystko załatwię. Było fajnie, gdy byłam biedna. Dlaczego? Bo wtedy można mi było pomóc. Teraz też można. Szkoda tylko, że chętnych jest znacznie mniej niż kiedyś.

Jak można pani pomóc?

Nie w sposób finansowy, bo tu daję sobie radę. Ale gdy jadę do szpitala, jadę sama. Na lotnisku też z reguły nikt na mnie nie czeka.
A kiedyś było zupełnie inaczej.

Samotna wśród milionów fanów...

Fanów? Nie sądzę. Ludzie traktują mnie raczej jak przyjaciela, któremu mogą opowiedzieć historię swojego życia. Słucham ich i walczę z pokusą opisania niektórych w swoich książkach, bo to byłoby nadużycie czyjegoś zaufania. Najczęściej czytelnicy chcą podzielić się ze mną swoim smutkiem albo problemami. To dla mnie duży ciężar...

Płacze pani, słuchając takich spowiedzi?

Zdarza się. Czasem z radości, czasem ze smutku. Ostatnio napisała do mnie kobieta, której marzeniem było spotkanie mnie. I udało jej się to na targach książki. List był bardzo długi i wzruszający. Jej marzenie o spotkaniu mnie wcale nie jest gorsze od mojego marzenia, jakim jest spotkanie mężczyzny życia.

Pani zdaniem ludzie stworzeni są, żeby...

...kochać. Jednak bliskość, którą osiąga się w ubraniu, jest najcięższa do znalezienia.



Jadąc na spotkanie, cały czas zastanawiałem się, o co mogę panią zapytać, żeby nie było sztampowo. Nie chcę rozmawiać o ślubie pani córki...

...który był przepiękny. I jak donoszą media, podczas którego też płakałam (śmiech). Dość trudne zadanie postawił pan przed sobą. Wszystko już było. Tylko raz zaskoczyło mnie pytanie, które zadano mi na spotkaniu autorskim. Brzmiało ono: „Co by powiedziała pani swoim bohaterom książek, gdyby spotkała się pani z nimi w kawiarni?”. Od razu wiedziałam, że byłoby to: „Dziękuję!”. Ale to bardzo surrealistyczna sytuacja...

Za co by pani im podziękowała?

Za to, że nauczyłam się od nich, jak żyć.

Lubi pani bohaterów swoich książek?

Lubię, nawet jeśli postępują źle. Wie pan dlaczego? Bo w każdym z nich jest duża cząstka mnie samej. Wszyscy kojarzą mnie z wesołymi książkami, a ja przecież na piętnaście pozycji napisałam tylko pięć zabawnych.

Bohaterkę swojej najnowszej książki też pani darzy sympatią?

Największą, bo przecież to jestem ja sama, tylko że z przeszłości. I uśmiecham się często do niej i jej naiwności.

Gdy patrzy pani teraz na młodych ludzi, co sobie pani myśli?

Zabrzmię jak moja babcia! Ale młodzież jest teraz zupełnie inna niż kiedyś. Mój wnuk bez problemu wyjmuje z opakowania telefon komórkowy, którego nie potrafię obsługiwać, i ?w okamgnieniu ustawia mi tapetę, którą chcę, a potem ściąga jakieś aplikacje. A  ja czasem dalej nie wiem, co nacisnąć, żeby w  ogóle odebrać połączenie (śmiech).

Słyszałem, że ma pani również problemy z obsługą Facebooka.

Korzystam z niego umiarkowanie, przy pomocy osoby towarzyszącej. I albo się nauczę, albo go skasuję. Co mi pan radzi?

Iść pod prąd i usunąć swoje konto...

Mam pomysł! Najpierw się nauczę, a gdy będę już wiedziała o nim wszystko, skasuję go w diabły.

Ma pani swoje książki w domu?

Oczywiście, stoją równiutko na półce, wszystkie, łącznie z tymi tłumaczonymi na czternaście języków. Największy sukces odniosłam na razie w Wietnamie (śmiech).

Wyobrażam sobie, że to musi robić wrażenie. Staje pani sobie czasem przed tą półką i myśli: „Ech, Grochola! Odwaliłaś kawał ciężkiej i dobrej roboty!”?

Nigdy tego nie robiłam! Ale dzisiaj, w poniedziałek, wrócę do domu, stanę tam i tak pomyślę. Dziękuję za ten pomysł. Widzi pan, poniedziałki są bardzo dobre!