Katarzyna Cichopek

"Tańcząca miłość", "bosko seksowna", "słodsza od cukierka" - tak uzasadniali Państwo wybór najpiękniejszej Polki 2005.
/ 12.03.2007 10:34
 
Iza Bartosz: - Czujesz się piękna?
Katarzyna Cichopek: Ostatnio czuję się piękniejsza niż kiedykolwiek.

- To dlatego, że jesteś zakochana?
Pewnie tak. Chociaż w ciągu ostatnich miesięcy tak wiele pięknych rzeczy wydarzyło się w moim życiu, że nawet nie wiem, która z nich najbardziej zaważyła na mojej urodzie (śmiech). Przede wszystkim dzięki programowi „Taniec z gwiazdami” ludzie dostrzegli we mnie Kasię. Przestali wołać za mną na ulicy „Kinga”. Nagrodę od czytelniczek „Vivy!” dostałam także przecież jako Katarzyna Cichopek. W końcu czuję się sobą. Odkryłam też wielką pasję - taniec, który teraz jest już dla mnie swoistą filozofią życiową. No i związałam się ze wspaniałym mężczyzną. Dzięki Marcinowi poznałam życie z innej strony. Stałam się swobodniejsza, spokojniejsza. Teraz czuję, że wszystko jest przede mną, że studia i obowiązki mi nie uciekną. Zrozumiałam, że młodość i zdrowie mogą przeminąć, jeśli dalej będę zachowywać się tak jak wcześniej.

- A jak się wcześniej zachowywałaś?
Byłam za bardzo ambitna, zbyt uporządkowana. Nie umiałam odpuścić. Wszystko musiałam zawsze robić najlepiej. To było aż chore. Nie mogłam spać w nocy, kiedy z czymś się nie wyrobiłam i wiedziałam, że kogoś zawiodę następnego dnia. Zdenerwowana leciałam z planu serialu na uczelnię, bo obiecałam sobie, że choćby nie wiem co, nie odpuszczę sobie studiów psychologicznych. I byłam wykończona nie tym, że mam tyle zajęć, ale presją, którą sama sobie narzuciłam. Teraz zrozumiałam, że można żyć inaczej, mniej nerwowo. Uświadomiłam sobie, że najważniejsza jestem ja sama i że nic się nie stanie, kiedy na przykład na uczelni zamiast piątki z egzaminu dostanę czwórkę.

- Czujesz, że już dojrzałaś do związku?
Tak, chyba po raz pierwszy w życiu miałam świadomość, że jestem już na tyle dojrzała, żeby się z kimś związać. Teraz zamyka się kilka ważnych etapów w moim życiu: kończę studia i właśnie kupiłam sobie mieszkanie - czekam na klucze. Podświadomie czułam, że mogę już zacząć nowy etap. Ale u mnie jest tak, że miłość to jedno, a spełnienie wewnętrzne to drugie. Nigdy bym się z nikim nie związała, jeśli sama ze sobą nie czułabym się szczęśliwa. Myślę, że miłością można obdarzyć drugą osobę tylko wtedy, jeśli kocha się samego siebie.

- Czym dla Ciebie jest miłość?
Dla mnie uczucie między dwojgiem ludzi nie musi być gorące jak ogień, ale musi być jak żar, który gaśnie, jeśli się go ciągle nie podsyca. Oczywiście miłość może być namiętna i gorąca, ale dla mnie najważniejsze jest to, żeby z tą drugą osobą dużo rozmawiać, żeby czuć się przy niej bezpiecznie emocjonalnie. Bo co z tego, że jakiś mężczyzna będzie się we mnie wpatrywał jak w obraz, jeśli już przy pierwszym problemie okaże się, że nie potrafimy razem go rozwiązać. Uważam, że najważniejsza w związku jest rozmowa. To wtedy tak naprawdę się poznajemy. Najgorsze są niedopowiedzenia, a już największym błędem są kłótnie przez telefon.

- Wam nigdy nie zdarzają się kłótnie telefoniczne?
Nigdy! Często w kłótni używa się ironii. Kiedy rozmawia się przez telefon, nie widać twarzy drugiego człowieka. Można na opak zrozumieć to, co on chce powiedzieć. Kiedy między nami pojawia się jakaś kwestia sporna, nigdy nie rozmawiamy o niej na gorąco. Zawsze staramy się powściągnąć emocje. Kiedy z czymś się nie zgadzam, wolę powiedzieć Marcinowi: „Słuchaj, porozmawiamy o tym jutro. Muszę się nad tym zastanowić, przemyśleć, przespać się z tym”. A on to zawsze szanuje.


- W kilku wywiadach mówiłaś, że masz wrażenie, że mężczyźni się Ciebie boją. Jak myślisz, dlaczego?
Zrozumiałam to dopiero niedawno i tak naprawdę Marcin mi to wytłumaczył. Powiedział mi, że dla mężczyzn, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z telewizją, jestem jak postać z innego świata, jak zjawisko. Najpierw widzą mnie na szklanym ekranie, a potem, kiedy się pojawiam, zastanawiają się, czy aby na pewno jestem z krwi i kości. Teraz, kiedy wyskoczy mi jakiś pryszcz, to Marcin się ze mnie śmieje: „O, pryszcza masz. Ale super. Widać, że jesteś prawdziwa” (śmiech).

- Ciągle wspominasz „Taniec z gwiazdami”?
Oj tak. To była najwspanialsza przygoda w moim życiu. Teraz jak mi smutno, to oglądam sobie wieczorami kasetę z występami, żeby znowu poczuć tamtą atmosferę.

- Wcześniej już kiedyś tańczyłaś?
Zawsze to lubiłam, ale to Marcin wydobył ze mnie wszystkie moje umiejętności i zdolności. Był naprawdę wspaniałym nauczycielem i chyba dzięki niemu czułam się na parkiecie tak swobodnie. Oboje umieliśmy się cieszyć tańcem i może dzięki temu wygraliśmy, bo dla nas to była przede wszystkim zabawa. Kiedy byliśmy zmęczeni, to gadaliśmy sobie, chodziliśmy na spacery. Nie było żadnej nerwówki. Poza tym świetnie czułam te wszystkie tańce. W głowie pojawiały mi się klatki jak z filmu. Kiedy na przykład tańczyłam sambę, to pod nogami miałam piasek, nad sobą palące słońce, kiedy przechodziliśmy do tanga, to wyobrażałam sobie, że jesteśmy w zadymionej spelunie.

- Tańczycie teraz sami?
Tak, czasami, wieczorami. Marcin wie, jakie to dla mnie ważne i jak żałuję tego, że nie musimy już mieć tych codziennych kilkugodzinnych treningów (śmiech).

- Mówiłaś, że niedawno kupiłaś sobie mieszkanie. Kiedy będziesz się przeprowadzać?
Oj, to jeszcze dalekie plany. Nawet jeszcze nie mam kluczy, bo ono się dopiero buduje. Ale wcale mi się z tą przeprowadzką nie spieszy. Mam tak wspaniałych rodziców, że nie wyobrażam sobie na razie, że mogłabym zamieszkać z dala od nich. Zresztą tak daleko to nie będzie, bo to mieszkanie kupiłam sobie dwa przystanki autobusowe od domu rodziców.

- Podobno teraz mieszkasz razem z rodzicami i bratem w jednym pokoju, a w drugim mieszka babcia.
To prawda. Teraz zmieniło się o tyle, że mój brat wyjechał do Krakowa, a ja właściwie tylko śpię w domu, tyle mam zajęć. Ale to moja rodzina jest moim największym szczęściem. Dzięki nim jestem, jaka jestem. Zawsze czułam się przez nich kochana, a ten pokój, w którym się wychowałam, był naprawdę magiczny. Oboje z bratem mieliśmy zawsze świadomość, że możemy wszystko rodzicom powiedzieć. Pamiętam, że kiedy miałam dziewięć lat, bawiliśmy się u koleżanki „w butelkę”. Ta zabawa w całowanie od początku nie przypadła mi do gustu i kiedy przyszłam do domu, opowiedziałam wszystko mamie. Ona nawet nie dała znać po sobie, że nie jest to zajęcie odpowiednie dla dziewięciolatków, tylko słuchała i mówiła: „I co ty sama myślisz o tym”. Dopiero niedawno opowiedziała mi, że potem z ojcem wyrywali sobie włosy z głowy, zastanawiając się, co to ze mnie wyrośnie. Nawet o tym nie wiedziałam. Ale to dzięki nim nie boję się życia, ludzi.

- Ale podobno często płaczesz.
(Śmiech). To prawda. Moja mama kiedyś była tym przerażona, ale jej wytłumaczyłam, że ja tak po prostu mam, że jak za dużo się dzieje, to muszę odreagować i sobie popłakać. Bo ja wszystkim nasiąkam jak gąbka i w końcu przychodzi moment, kiedy muszę to z siebie wyrzucić. Nawet w lodówce mam zawsze przygotowany lód i serwetki. Potem przykładam taki kompres na opuchnięte oczy i nic nie widać, że płakałam, a czuję się jak nowo narodzona.

- Nadal radzisz się rodziców w ważnych dla Ciebie sprawach?
No jasne! Moja mama jest jak lekarz pierwszego kontaktu. Kiedy nie wiem, co mam zrobić, od razu do niej dzwonię. Oboje rodzice są też dla mnie najlepszym wyznacznikiem tego, co powinnam robić. Kiedy dostaję propozycję udziału w jakiejś imprezie czy programie, to najpierw ich pytam. I kiedy oni się skrzywią, od razu wiem, że to nie dla mnie. Zresztą dzięki nim też mam taką czujkę w sobie i jeśli od razu czymś się nie zachwycę, to po prostu odpuszczam.

- Małżeństwo Twoich rodziców to dla Ciebie wzór związku?
I to jaki! Oni w tym roku obchodzą 30. rocznicę ślubu. A wcześniej siedem lat byli parą. Taki szmat czasu przeżyli razem i ciągle nie widzą za sobą świata. Na tę okrągłą rocznicę chciałam im zafundować jakąś zagraniczną wycieczkę, ale moja mama mnie przejrzała. „Co ty tam kombinujesz?! Nie wiesz, że my z tatą najszczęśliwsi jesteśmy, kiedy możemy być razem w domu?”

- Jakie zasady z małżeństwa rodziców przeniosłaś na swój związek?
Świadomość, że nad tym, co łączy dwoje ludzi, trzeba pracować. I to nie są puste słowa. Teraz dostaję mnóstwo propozycji zawodowych, ale wiem, że są momenty, że trzeba wyłączyć telefon komórkowy i po prostu pobyć z tą drugą osobą. Bo nawet najlepiej rozwijająca się kariera może poczekać.

Rozmawiała Iza Bartosz/ Viva!

zobacz nasze artykuły na wap.orange.pl