Jolanta Kwaśniewska fot. ONS

Jolanta Kwaśniewska nie może doczekać się wnuków!

Przez ostatnie 17 lat pracowała dla innych. Teraz Jolanta Kwaśniewska zwalnia tempo, by spełniać własne marzenia.
/ 20.07.2012 06:21
Jolanta Kwaśniewska fot. ONS
Choć jej kalendarz jest szczelnie wypełniony terminami spotkańi wyjazdów, bez wahania zgadza się na wywiad. Spotkamy się w siedzibie jej fundacji „Porozumienie bez barier”, która w tym roku obchodzi 15-lecie istnienia. Jolanta Kwaśniewska (57) wygląda niezwykle szykownie, a w każdym jej geście widać wielką klasę. Ma na sobie ciemny kostium i nonszalancko zawiązaną apaszkę w odcieniach fioletu. – Bukiet od państwa redakcji idealnie zgrał się kolorystycznie z moim dzisiejszym strojem – żartuje pani prezydentowa.

– Po raz kolejny zamyka pani pewien etap w swoim życiu, bo po sześciu latach kończy pani współpracę z TVN Style. Najpierw prowadziła tam pani „Lekcję stylu”, potem razem z córką Olą „Matki i córki, czyli rodzinny galimatias”. Teraz stacja zdecydowała, że program nie będzie dłużej nagrywany. Żałuje pani?
Jolanta Kwaśniewska:
Program zszedł z anteny już kilka miesięcy temu, z wiosennej ramówki. Praca przy jego nagrywaniu była fantastyczną przygodą. Nigdy w życiu nie sądziłam, że otrzymam podobną propozycję. Było to niezwykle inspirujące. Co więcej, poznałam wielu interesujących ludzi. Owocem „Lekcji stylu” czy „Matek...” są moje trzy książki. Cieszę się z tak dobrego odbioru przez czytelników. Wiele osób powiedziało mi, że zdarza im się wertować je przed oficjalnymi imprezami, żeby wiedzieć, jak się podczas nich zachowywać (śmiech).

– W „Lekcji stylu” miała pani miniplebiscyt „Hop i bęc”. Komu przyznałaby pani teraz hop, a komu bęc?
Jolanta Kwaśniewska:
Hop dałabym wszystkim Polakom – rządzącym oraz społeczeństwu – za przygotowanie do mistrzostw EURO 2012, za stworzenie świetnej atmosfery wokół mistrzostw, co na pewno przyczyni się do zmiany  wizerunku Polski w świecie. A bęc? Wszystkim, których cechuje nieżyczliwość, zazdrość o sukcesy innych, małość. Potrafimy czasem wznieść się ponad podziały, ale generalnie jesteśmy malkontentami. Media również.

– Definitywnie rezygnuje pani z pracy w telewizji?
Jolanta Kwaśniewska:
Na razie tak. A co zdarzy się w przyszłości, to zobaczymy. Teraz jednak będę miała znacznie więcej czasu i staram się go wykorzystać jak najintensywniej. Spełniam swoje marzenia.

– A o czym pani marzy?
Jolanta Kwaśniewska:
O podróżowaniu z moim mężem, odwiedzeniu zakątków świata, w których nigdy nie byłam. Wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez powodu. Tęsknię jedynie za zespołem, z którym pracowałam przy programie. Ale wie pan co? Umiem się cieszyć małymi rzeczami.


– Zawsze to pani potrafiła czy nauczyła się tego z czasem?
Jolanta Kwaśniewska:
Nie liczyłam nigdy na fajerwerki. Pamiętam mój ślub w 1979 roku. Razem z mężem przeprowadziliśmy się wtedy z Gdańska do Warszawy, do 30-metrowej kawalerki na Ursynowie. Był styczeń. Gdy weszliśmy do naszego pustego mieszkania, usiedliśmy na kocu w łazience. Przez podłogę biegły rury z ciepłą wodą, więc nie było nam chłodno. Wyjęliśmy nasz prezent ślubny – przelewowy ekspres do kawy, zaparzyliśmy kawę, do tego mieliśmy kanapki, które zostały nam jeszcze z podróży. Było bardzo skromnie, ale rozpierało mnie szczęście. Mieliśmy tylko jeden materac, który leżał na podłodze, za stół służyła nam deska kreślarska. Każdą jedną rzecz do mieszkania zdobywaliśmy, krok po kroku urządzaliśmy się. Kiedy dowieziono nasze meble kuchenne, wystane w Gdańsku przez moją mamę, starałam się dopieścić kuchnię. Pamiętam moment, kiedy mieli odwiedzić nas teściowie. Mój mąż pojechał po nich na dworzec. Spojrzałam na kuchenne okno – było takie smutne, puste. Wyjęłam maszynę do szycia i ze ściereczek w kratkę uszyłam zasłonki.

– Nie tęskni pani za Pałacem Prezydenckim?
Jolanta Kwaśniewska:
Pałac prezydencki przez 10 lat był naszym domem. Na zawsze pozostaną w nas wspomnienia. To jest zamknięta karta naszego życia. Przed nami nowe wyzwania. Czy tęsknię za pałacem? Było, minęło. Mam nadzieję, że dobrze wykorzystaliśmy pięć minut, które dał nam los. Czasem ludzie mają wrażenie, że urodziłam się w Pałacu i nic nie wiem o życiu. Ale tak nie jest. Wiem, co to znaczy mieć mało albo nie mieć nic. Pamiętam, że jadłam raz obiad z księciem Edwardem. Zwróciłam się do niego słowami: „Jak trudno jest żyć w złotej klatce”. On zapytał mnie: „A dlaczego?”, i nic dziwnego, bo moje stwierdzenie było dla niego abstrakcyjne. Przecież on nie wiedział, jak wygląda życie poza takimi „złotymi kratami”...

– Dla wielu osób pani relacja z córką jest idealna, wręcz godna naśladowania. Pani też ją tak ocenia?
Jolanta Kwaśniewska:
Trudno mi mówić, że nasza relacja jest idealna, bo nie staram się nadużywać tego słowa. Są różne momenty w życiu, czasem się zgadzamy ze sobą, czasem nie. Poza tym w niektórych kwestiach można się różnić, ale różnić pięknie. Może moja bliskość z Oleńką wzięła się stąd, że w trakcie ciąży cały czas myślałam o mojej córeczce. Gładziłam brzuch, podśpiewywałam jej. Przez dziewięć miesięcy ciąży tylko raz przekazałam Oleńce swój stres.

– Co się stało?
Jolanta Kwaśniewska:
Był grudzień. Jechałam maluchem i najechała na mnie wielka ciężarówka. Prawie skasowała mój samochód. To było bardzo traumatyczne przeżycie. Lekarze najpierw nie wyczuwali ruchów dziecka. Dopiero po badaniach okazało się, że wszystko jest dobrze. I urodziłam najpiękniejsze dziecko pod słońcem.

– Dla Oli zrezygnowała pani nawet z pracy!
Jolanta Kwaśniewska:
Gdy studiowałam prawo, marzyłam o tym, by pracować dla Ministerstwa Sprawiedliwości. Starałam się tam o pracę i spośród wielu kandydatów wybrano właśnie mnie. Zrezygnowałam jednak, bo chciałam sama zająć się wychowywaniem dziecka, sama objaśniać mu świat. Przez ponad rok karmiłam Oleńkę piersią. To tworzy dobre więzi.

– To były chyba bardzo ciężkie czasy dla młodych matek i dzieci?
Jolanta Kwaśniewska:
Oleńka nie miała łóżeczka i spała na materacyku na podłodze. Nie miała też wielu zabawek. Mój mąż po powrocie z pracy bawił się z nią, uczył ją fikać koziołki. Kiedy pierwszy raz w życiu zjadła banana, powiedziała: „Mamusiu, bardzo smakuje mi ta kukurydza”. To, że wychowywaliśmy Oleńkę w tak trudnych czasach, sprawiło, że nasz kontakt był i jest świetny.


– A chciałaby pani być już babcią?
Jolanta Kwaśniewska:
Bardzo. Ogromnie lubię maluszki. Wielu naszych znajomych jest dziadkami. Ja uwielbiam nosić dzieci na rękach i hołubić. Odkąd Oleńka weszła w dorosłość, jestem w każdym momencie gotowa na to, by zostać babcią. Od czasu do czasu chętnie przejmę nawet część odpowiedzialności za opiekę nad wnukami (śmiech).

– Wnuki, czyli rozumiem, że marzy się pani większa gromadka?
Jolanta Kwaśniewska:
Już sama myśl o nich powoduje uśmiech na mojej twarzy!

– Czy rodzina jest dla pani ważniejsza niż fundacja?
Jolanta Kwaśniewska:
Fundacja, działalność charytatywna są dla mnie równie ważne jak rodzina.

– Podobno w sprawach związanych z misją fundacji można do pani dzwonić nawet w środku nocy i zawsze jest pani do dyspozycji.
Jolanta Kwaśniewska:
Mam podwyższony poziom empatii i wiele osób wie, że jeśli dzieje się coś złego, można do mnie zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Gdy dzwoni telefon, wyślizguję się cichutko z sypialni, idę do kuchni, aby kontynuować. Jestem państwowcem i sprawy kraju oraz jego mieszkańców są dla mnie najważniejsze.

– Skąd się wzięła ta pani postawa?
Jolanta Kwaśniewska:
Nauczono mnie tego w domu. Zawsze czułam, że muszę działać dla innych. To też mój sposób na podziękowanie za mój dobry los: szczęśliwy dom, cudowną rodzinę i kochane dziecko. Wychodzę z założenia, że każdy z nas może dać cząstkę siebie innym. Dawanie jest przecież przywilejem. Serce mi krwawi, kiedy widzę starszych ludzi żebrzących o pomoc czy piszących listy do fundacji z prośba o wsparcie. Ciężko mi zaakceptować, że na świecie dzieje się ludziom tyle krzywd.

– W tym roku pani fundacja obchodzi 15-lecie otwarcia. To dużo czasu!
Jolanta Kwaśniewska:
I dziesiątki programów, które realizowaliśmy przez te lata. Jako fundatorka i prezeska fundacji jestem dumna i cieszę się, że tak wiele osób wspomagało nas w codziennej działalności i że tak wielu osobom mogliśmy pomóc. W przypadku organizacji pozarządowych bardzo ważna jest idea wolontariatu. A u nas ta idea jest faktem, sama jestem wolontariuszką. W biurze fundacji zatrudniamy tylko trzy osoby. Zdaję sobie sprawę, że muszę zostawić po sobie następców, dlatego muszę mieć zaufanie do osób, które ze mną współpracują. Działania fundacji muszą być przejrzyste, to dla mnie podstawa. Jeśli zdecyduję się zakończyć moją długoletnią przygodę z fundacją, wiem, że jest ktoś, kto przejmie pałeczkę.

– Ale jeszcze pani nie rezygnuje ?
Jolanta Kwaśniewska:
Nie, ale czasem taka myśl pojawia mi się w głowie.