Joanna Racewicz

Nie chciała już kompromisów. Po siedmiu latach pracy w telewizyjnej „Panoramie” nagle odeszła.
/ 31.08.2007 14:19
Może za późno się na to zdecydowała? Może gdyby nie praca na najwyższych obrotach nie wydarzyłoby się wiele złych rzeczy w jej życiu?

- Przyznaję, byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam Panią w „Dzień Dobry TVN”, jak oprowadza nas Pani po mieszkaniach znanych ludzi. Prezenterka „Panoramy”, dziennikarka newsowa nagle pokazuje nam kredensy, ogrody i zachwyca się widokiem z okna. Jak się Pani czuje w tym nowym kostiumie?
Jeśli upiera się pani, pani Moniko, żeby nazywać to „kostiumem” – proszę bardzo… Przyjmijmy więc, że w moim życiu nastąpiła zmiana. Bardzo poważna. Przyjmijmy, że każdy z nas może na pewnym etapie dorosnąć do potrzeby pewnych przewartościowań. Aktor nie może nieustannie grać amanta albo bohatera zdobywającego mury Troi. Umówmy się zatem, że poczułam potrzebę, by wejść w inną zawodową rolę.

– A nie brakuje Pani tamtego tempa życia? Biegania po sejmie, bycia „najlepiej poinformowaną”. Z dziennikarstwa newsowego ponoć się nie wyrasta. Sama Pani wie, że ta praca wkręca jak narkotyk…
To nie jest tak, że polityka przestała mnie interesować. Wciąż jestem nałogowym „czytaczem” stert gazet i „oglądaczem” wszystkich serwisów informacyjnych. Tak się składa, że odeszłam z telewizji na własną prośbę, nikt mnie z niej – przynajmniej teoretycznie – nie wyrzucał.

– Dlaczego Pani odeszła?
Mam pani odpowiedzieć szczerze czy dyplomatycznie? Bo połączenie tych obu żywiołów – szczerości i dyplomacji w odniesieniu do tego, co dzieje się w TVP, jest raczej niewykonalne… Powiem tak: wymagała tego uczciwość – wobec samej siebie. W pewnym momencie osławione „sterowanie” przepływem informacji stawało się coraz bardziej nieznośne. Powszechnie wiadomo, że serwisy informacyjne w telewizji publicznej od zawsze podlegają naciskom i próbom „układania” przez polityków. To prawda powszechnie znana i nie odkrywam tu żadnej Ameryki. Założę się, że znajdą się pewnie tacy, którzy tu się na mnie śmiertelnie obrażą. Szczególnie, jeśli zostali i pracują w TVP. Ale wystarczy włączyć „Fakty” o 19.00, a potem przełączyć się na „Wiadomości” o 19.30, by zobaczyć, o jakich dwóch różnych światach rozmawiamy.

– Był taki moment, że po siedmiu latach pracy na wizji musiała Pani pożegnać się z widzami. Pamięta Pani wagę tych słów?
To był niezwykle trudny dzień i trudna decyzja. Ale przemyślana i podjęta „na chłodno”, już bez emocji. Kończył się mój kontrakt. Kilka dni przed jego wygaśnięciem dostałam od moich szefów propozycję z gatunku tych trudnych do przyjęcia. Byłam w bardzo szczególnym momencie życia, gdy usłyszałam, że przestaję prowadzić „Panoramę”, a tak zwany dobrze pojęty interes redakcji wymaga, żebym zaczęła biegać po mieście z kamerą. Liczyłam, że ktoś się opamięta, ale nie. A co do dziennikarskiej uczciwości – jeśli już nie mogłam, jako prowadząca i współautorka programu, mieć wpływu na jego kształt, tylko odpowiadać za jego mały wycinek… Decyzja była tylko jedna. Teraz pewnie odezwie się chór, według którego, skoro pracowałam za czasów Kwiatkowskiego, to z Wildsteinem też powinnam sobie „poradzić”. Ale zawsze w końcu pojawia się ta kropla, która przepełnia czarę. Zdegradowano mnie z dnia na dzień, pozbawiono prawa głosu. Zerwano pagony, a który „oficer” zniósłby takie zawodowe upokorzenie?

– Scenariusz miał wyglądać całkiem  inaczej. W jednym z Pani wywiadów tuż po odejściu z TVP czytałam, że spodziewała się Pani dziecka.
Owszem, ale nie umiem do tego wracać. Nie miałam planu awaryjnego na życie, nowej umowy, szeregu propozycji schowanych w szufladzie na czarną godzinę. Pewnie to błąd w strategii. To było odejście w zawodową próźnię. Ale wtedy – i dziś zresztą też – odpowiedź na pytanie, czy zostać i zgodzić się na rolę halabardnika, czy zabrać torebkę i odejść, jest prosta. Ale odchodziłam spokojna, wierzyłam głęboko, że zajmę się sobą, rodziną, normalnym życiem.

– Znajomi, koledzy nie mówili: poczekaj, zastanów się, może nie warto podejmować tak drastycznych kroków?
Rozmawiałam wtedy z Andrzejem Turskim, który mówił: „Joasia, nie wygłupiaj się, nie rób gwałtownych ruchów, spokojnie, to się zaraz zmieni”. W telewizji jest takie powiedzenie: „Dłużej klasztora niż przeora” i to rzeczywiście sprawdza się od lat. Może dlatego wielu ludzi trzyma się tej instytucji za wszelką cenę. Problem w tym, że przestała mi odpowiadać reguła tego klasztoru. Choć – proszę mnie dobrze zrozumieć – w żadnym razie nie oceniam i nie krytykuję tych, którzy zostali. Jeśli tylko chcą i czują się na siłach…

– Nareszcie była Pani wolna, miała Pani czas na wszystko. To Pani kilkakrotnie mówiła, że telewizja niszczy przyjaźnie, związki, prywatność.
To nie tak. To mój stosunek do pracy niszczył moją prywatność. Na Jasnej byłam przed dziewiątą rano, wychodziłam często dopiero po 22. Pełna dyspozycyjność. Gdy trzeba było zrobić materiał, gdy działo się coś ważnego – wychodziłam w połowie uroczystości rodzinnej albo wieczoru wigilijnego. Bo muszę, bo obiecałam, że będę, bo umówiłam się przecież na ważne nagranie. Kwadratura koła, ale w newsach inaczej nie można. Tu nie sposób pracować na pół gwizdka. Albo to komuś odpowiada, albo nie. Przez wiele lat był to mój żywioł naturalny, moje być albo nie być. Ale – przepraszam za banał – wszystko kiedyś się kończy.

– Co Pani straciła, pracując tak intensywnie?
Co straciłam? (pauza). Może powinnam odejść wcześniej? Może mniej wydarzyłoby się złych rzeczy, gdyby nie praca na wysokim C? Nie wiem. Kiedyś jeden z moich mistrzów gatunku powiedział, że decydując się na ten zawód i pracę w takim miejscu, trzeba mieć wrażliwość motyla i skórę słonia. I zapewniam, że coś w tym jest!

– Była Pani pod ciągłym ostrzałem! Mówiono, że ma Pani świetne układy z lewicą, zarzucano, że zrobiła film dokumentalny o Leszku Millerze, nie podobał się Pani ślub z oficerem BOR-u…
W tym zawodzie wszystko podlega ocenie. Paru osobom było chyba znacznie lżej żyć z myślą, że posadę w telewizji zawdzięczam nie własnej ciężkiej pracy, ale jakimś tajemniczym układom. Gdyby tak było, miałabym zapewniony w telewizji kontrakt gwiazdorski, a nie zwykłą umowę, albo co najmniej lukratywny etat. A ja przez siedem lat pracy ani przez sekundę nie miałam stałego zatrudnienia. Decydując się na dokument o Millerze, czułam, że mam na to pomysł i dziennikarsko dam radę. Podeszłam do tego jak do każdego innego wyzwania. Gdybym myślała w kategoriach, że to mi może pomóc w karierze, byłaby to głupota podszyta kompletnym niezrozumieniem realiów. Najzabawniejsze jest to, że najbardziej zażarci krytycy nigdy nie widzieli tego materiału. Zaoczne wydawanie wyroków wymaga zmysłu jasnowidza, więc – szczerze gratuluję.

– Krytykowano też listę gości na Pani  ślubie…
Lista gości na moim ślubie – wybaczy pani – jest wyłącznie prywatną sprawą. Moją i mojego męża.

– Przeczuwała Pani, że miłość do oficera BOR-u spowoduje perturbacje zawodowe?
Myśli pani, że to był tragiczny wybór między miłością a pasją, jak w szekspirowskiej tragedii? Nic podobnego. Pobieraliśmy się sto kilometrów od Warszawy, w pięknym pałacyku. Nie robiliśmy z tego żadnej publicznej sensacji w plotkarskich pisemkach. Towarzyszyli nam tylko najbliżsi – rodzina i przyjaciele. A jeśli czyjaś ciekawość koniecznie musi być zaspokojona, niech uprzejmie przyjmie do wiadomości, że zaprosiliśmy wszystkich żyjących prezydentów Stanów Zjednoczonych. Papier, jak wiadomo, zniesie wszystko.

– Odeszła Pani z telewizji, kilka tygodni później przeżyła Pani osobisty dramat.

Kiedy zdecydowałam, że odchodzę z telewizji, mój mąż Paweł miał przejąć większość obowiązków i spraw. Sam mnie nakłaniał, żebym odpoczęła, zadbała o siebie i dziecko. Nie zapomnę, gdy powiedział: „Jeśli czujesz, że nie powinnaś pracować, to ja sobie ze wszystkim poradzę, wszystko udźwignę!” I tak było. Ale los chciał inaczej, nie udało się. Lekarz powiedział, że ogromną rolę odegrał stres. To nie jest dobry temat, pani Moniko, na rozmowę. Nie cofniemy czasu. 

– Zniknęła Pani na kilka miesięcy. Chciała być Pani sama?

Było mi potrzebne wyciszenie, spowolnienie obrotów. To była wewnętrzna konieczność dojścia do równowagi. Trudny moment w życiu. Kumulacja złych zdarzeń była tak duża, że musiało upłynąć sporo czasu, zanim poczułam potrzebę wyjścia do świata. Ale zgodnie z pewną chińską mądrością – co nie zabija, to wzmacnia.

– Podróżowała Pani, zajęła się domem?

Miałam wreszcie czas dla siebie. Przypominały mi się słowa mamy: „Dziecko, usiądź, odpocznij, nie goń tak, zwolnij. Kup kwiaty do domu, wyśpij się, pójdź na wystawę, do teatru, zrób kolację dla przyjaciół, wybierz się na długi spacer”. I to jest potrzebne! Przysięgam, to jest potrzebne każdemu z nas, by z tego pędu i wariactwa wyłuskać to „ja”, które po drodze gubimy.

– I to są te chwile, gdy nagle zauważamy proste życie. Musi się stać w naszym życiu coś dramatycznego, byśmy zobaczyli, że kwitnie bez, trawa urosła albo pożółkły liście?
Powiem coś, co pewnie zabrzmi szalenie śmiesznie i pretensjonalnie. Ja w tym roku pierwszy raz od bardzo dawna zobaczyłam wiosnę.  Zaczęłam dostrzegać innych ludzi, mieć więcej czasu na rozmowy o rzeczach ważnych i kompletnie błahych. Nareszcie nie musiałam mówić: „Przepraszam, muszę lecieć, bo zaraz mam emisję”.

– Nie obawia się Pani powrotu do tamtego życia? Skończą się wakacje, zacznie Pani pracować trochę więcej, jeszcze więcej. Znów zaczną się wieczorne spotkania, przekładanie imienin, wychodzenie w środku wielkanocnego śniadania, bo przecież praca…
Ależ ja jestem głodna takich wyzwań i w pełni na nie gotowa. Wiosną zaczęłam pracę w TVN, ćwiczenia ze studentami na wydziale dziennikarstwa UW, wykłady we Wszechnicy Polskiej. To nie jest tak, że chcę siedzieć w domu i smażyć konfitury. Uwielbiam ten zawodowy pęd, dziś jestem tylko mądrzejsza. Wiedzieć, że w tej szybkiej zawodowej jeździe bez trzymanki trzeba wrzucać luz to jedno, a umieć to zrobić to zupełnie inna sprawa. Nauczyłam się, że w życiu naprawdę nie warto stawiać tylko i wyłącznie na pracę. Bo ona nigdy nie pokocha tak, jak można pokochać ją. To ludzie nas kochają, to ich czułość, troska, uczucia napędzają do życia. Pewnie niezbyt to odkrywcze w teorii, ale w praktyce… Wiem też, że jest przy mnie ktoś, kto mnie podtrzyma, gdy się zachwieję. Chyba już to kiedyś mówiłam…

– To było w jednym z wywiadów: „Jest przy mnie ktoś, kto jak się zachwieję, poda mi rękę”.
Kiedy to mówiłam, byliśmy dwa, może trzy miesiące po ślubie. Wierzyłam, ale nie byłam w stanie tego sprawdzić. Teraz, gdy było nam najciężej, Paweł miał w sobie absolutną pewność, że musi być dobrze. Powtarzał te słowa jak mantrę. Zarażał mnie tym swoim optymizmem, że choćby się wokół nas paliło i waliło, to razem przetrwamy.

– I znów ta cholerna nauka od życia. Niczego się nie da wyreżyserować do końca, na wiele rzeczy po prostu nie mamy wpływu.
Jak dzieje się coś złego w naszym życiu, to na początku szarpiemy się z Panem Bogiem za ramiona i pytamy: „Dlaczego ja? Dlaczego się na mnie uparłeś?” Szukamy prostych odpowiedzi, a ich nie ma. A gdy emocje opadną i uspokoimy się wewnętrznie, to przychodzi inna refleksja. Że być może rzeczywiście w życiu wszystko dzieje się po coś.

Rozmawiała Monika Stukonis
Zdjęcia Wojtek Wojtczak
Stylizacja Alicja Werniewicz
Makijaż i fryzury Patrycja Dobrzeniecka
Produkcja Ewa Kwiatkowska
Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Restauracji Warszawskiej, ul. Chopina 5 A, tel. (022) 628 8140 w Warszawie.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/10.06.2008 19:31
lansuje się na siłę.Jest plastikowa i nijaka.I zbyt wierzy w męża wszak to tylko facet!
/31.08.2007 11:05
Piękna i mądra kobieta, dobrze wiedzieć, że nie wszystkich ten świat niszczy... jakiś czas temu doszłam do podobnych wnisków, zmieniam swoje życie... i jest mi z tym dużo lepiej! Powodzenia Pani Joanno ;)
/17.03.2008 23:48
zgorzkniała ta diva.
POKAŻ KOMENTARZE (1)