James Devine

Pisano o nim: „Szybszy od Freda Astaire’a, szybszy od własnego cienia, szybszy od huraganu i tornado”.
James Devine, 28-letni Irlandczyk, jest mistrzem świata w tańcu i rekordzistą w stepowaniu. Jako jedyny człowiek na świecie uderza stopą 38 razy na sekundę!

Beata Sadowska:
Miałeś osiem lat, kiedy mama pokazywała Ci pierwsze taneczne kroki. Jak to robiła? Wtedy była już przykuta do wózka inwalidzkiego po wypadku samochodowym…
James Devine: Wystukiwała rytm palcami na stole, a ja powtarzałem go stopami.

– Chłopcy w tym wieku wolą biegać za piłką na boisku albo bawić się w wojnę.
Zgadza się, ale ja miałem inny wzór. Mama wygrywała krajowe konkursy tańca irlandzkiego. Miała mistrzowskie tytuły. To mi imponowało. Chciałem sprawdzić, czy też potrafię.

– Nie czułeś się inny od rówieśników?
Pewnie, że czułem. Czasami było mi trudno, bo… „taniec?! To ma być zajęcie dla chłopca?!” Jeśli masz osiem czy dziewięć lat, a twoje zdjęcia są w gazecie, następnego dnia masz ochotę schować się w szkole pod ławką: to nie ja! Ale po jakimś czasie się przyzwyczaiłem. Dziś myślę, że bycie innym czasami się opłaca.

– Czujesz, że dzięki Tobie spełnia się marzenie mamy, która już nie może tańczyć?
Jakiś czas temu irlandzka gazeta tak zatytułowała artykuł o mnie: „Taniec syna daje matce nowe życie”. I to najlepiej oddaje, co dzieje się między mną i mamą. Czuję, że ona żyje przez mój taniec. Popiera mnie nie w stu, ale w stu dziesięciu procentach. Ciągle dzwoni i pyta: „No i jak? Pobiłeś kolejny rekord?”.

– Trochę tych rekordów już masz: trzykrotny mistrz świata w tańcu irlandzkim, no i rekord Guinnessa w stepowaniu.
Kiedy czegoś bardzo chcę, a przy okazji jest to coś, co bardzo kocham, to musi się udać. Proste, prawda?

– Tak, absolutnie! Jest w Twoim życiu miejsce na coś poza tańcem?
Oczywiście! Umawiam się z przyjaciółmi, wyjeżdżam na wakacje. Ale taniec jest bardzo wymagający. Ludzie kończą pracę o 17.00 czy 18.00, idą do domu. A ja idę na trening. Muszę dbać o siebie i swoje ciało.

– Zazdrościsz czasami innym „normalnego” życia?
Nie, bo dla niego musiałbym poświęcić radość i tę niesamowitą energię, jaką daje mi publiczność. Podczas mojego pobytu w Warszawie poszedłem na próbę do Sali Kongresowej. Stanąłem na scenie, popatrzyłem na rzędy krzeseł i powiedziałem do mojego promotora: „To jest powód, dla którego tańczę”.

– Masz dziewczynę?
Mam. Rozumie, że ciągle mnie nie ma. Że żyję na walizkach. Moja dziewczyna jest profesjonalnym fotografem, ma wystawy. Potrafi się sobą zająć.

– Kiedy myślisz: „dom”…
No właśnie, urodziłem się w malutkiej irlandzkiej wiosce, mieszkałem w Australii i Nowym Jorku, gdzie uczyłem się tańczyć, między innymi pod okiem nauczyciela, który pracował z Michaelem Jacksonem na trasach koncertowych. Dziś mój dom to Edynburg.

– Ale strasznie rzadko w nim bywasz. Czujesz się czasami samotny: stoisz na scenie, w blasku świateł, 30 tysięcy widzów bije brawo, a Ty myślisz: „Chcę do domu”?
Nie. Wtedy czuję dreszcz emocji. Nagroda za godziny ćwiczeń spędzone przed lustrem. Wcześniej w studiu jestem tylko ja i moje lustrzane odbicie.

– Nie możesz jeździć na nartach i nie możesz jeździć konno. Świat zakazów, bo ubezpieczyłeś swoje stopy na…
Pięć milionów dolarów. Dlatego nie mogę też grać w piłkę.

– Masz pieniądze, sławę, sukces i najdroższe stopy na świecie. O czym jeszcze marzysz?
Jeśli za dziesięć lat spojrzę wstecz i zobaczę kilka pobitych przeze mnie rekordów, pomyślę: spełniło się moje marzenie.

– Rodzina?
Nie teraz. Zbyt wiele obowiązków. A bycie ojcem to ogromna odpowiedzialność, której dziś bym nie sprostał. Gdy będę miał 45 lat, nie zamierzam pracować na takich obrotach, jak teraz. Do czterdziestki – w porządku, ale nie dłużej. Potem chciałbym zakładać szkoły tańca na całym świecie, może także w Warszawie. Wtedy na pewno będę miał więcej czasu dla siebie. Nie dam się zjeść sukcesowi.

Rozmawiała Beata Sadowska/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)