James Dean

"Marzenia miej takie, jakbyś miał żyć wiecznie. Żyj, jakbyś miał umrzeć jeszcze dziś", mawiał James Dean.
Z jego rozterkami i niepokojem utożsamiają się kolejne pokolenia nastolatków. Aktor zginął w tragicznych okolicznościach, mając 24 lata. Zdążył zagrać tylko w trzech filmach. To wystarczyło, by stał się legendą. "Nawet gdyby zagrał tylko w jednym filmie, i tak byłby największym gwiazdorem lat 50.", przekonywał Andy Warhol.

"Nie jest naszym idolem dlatego, że był doskonały, ale dlatego, że doskonale reprezentuje ducha naszych czasów".
Drzwi do sławy otworzył mu film "Na wschód od Edenu" na podstawie powieści Johna Steinbecka. Reżyser Elia Kazan od razu wyczuł, że Dean ze swoją neurotyczną wrażliwością i kłębiącymi się emocjami to wymarzony odtwórca roli Cala. W historii o dwóch braciach, Calu i Aronie (na podobieństwo biblijnych Kaina i Abla), młody aktor wciela się w postać chłopaka wychowującego się bez matki. Jest samotny i na próżno próbuje zdobyć miłość ojca, który wyraźnie faworyzuje jego brata, Arona. Aron to uosobienie posłuszeństwa wobec autorytetu, Cal zaś ucieleśnia młodzieńczy bunt. Elia Kazan wspominał, że podczas pracy nad filmem James często dzwonił do swego ojca. Mówił do niego ciepło i serdecznie. Mało kto wówczas wiedział, że w odpowiedzi słyszał tylko suche, mało przyjazne słowa. Podobnie jak filmowy bohater, przeżywał odrzucenie i desperackie pragnienie akceptacji. Może właśnie dlatego zagrał tę rolę z taką ekspresją, że nie wiadomo, gdzie kończy się gra, a zaczyna jego własne pokręcone życie.
Sukces Deana przerósł oczekiwania twórców filmu. Już podczas premiery młodzież histerycznie reagowała na każde jego pojawienie się na ekranie. W tym samym czasie wcielił się jeszcze w postać Jima Starka w "Buntowniku bez powodu" Nicholasa Raya. Zagrał amerykańskiego nastolatka.

Jako typowy przedstawiciel swojej generacji nie znajduje kontaktu z rodzicami. Lekarstwem na nudę prowincji są młodzieżowe gangi, alkohol i przemoc. Silnych emocji dostarczają nielegalne wyścigi samochodowe. Film stał się kultowy, bo jako pierwszy pokazał konflikt pokoleń z punktu widzenia nastolatków. Dean do tego stopnia identyfikował się z bohaterem, że przeniósł na ekran swój styl bycia i słynny strój - sprane dżinsy, biały podkoszulek i kusą wiatrówkę. Jego bohater jest outsiderem w konflikcie ze światem dorosłych i własnym otoczeniem. Nie znajduje spełnienia w miłości i nie potrafi odnaleźć swojego miejsca na ziemi. Tytuł filmu stał się określeniem całego pokolenia lat 50. "Buntownicy bez powodu" uznali Deana za swój symbol.

Klątwa "Małego łajdaka"
Zginął w swoim srebrnym porche, które pieszczotliwie nazywał "Little Bastard" (Mały łajdak). Wypadek wydarzył się na drodze z Los Angeles do Saliny, w Cholame - na skrzyżowaniu autostrad 466 i 41. Jadący z naprzeciwka ford nie zauważył rozpędzonego bolida.

Wyścigowa jazda była pasją Deana, drugą po aktorstwie. Jednak sportowo zaczął jeździć dopiero w roku swojej śmierci. Najpierw postanowił wystartować w wyścigu w Palm Springs. Staje na podium dla zwycięzców i zdobywa prawo startu w głównym wyścigu. "To mi daje więcej emocji niż granie w filmach", opowiada przyjaciołom, którzy marzą, by pójść w jego ślady.

Godzi się wystartować w trzech następnych wyścigach. Jednak wytwórnia filmowa stawia weto i grozi zerwaniem kontraktu. Aktor ulega perswazjom, ale w chwili ukończenia zdjęć do "Olbrzyma" George'a Stevensa nie potrafi już myśleć o niczym innym, jak tylko o kolejnym starcie. Kupuje nowe cacko - sportowe Porsche 550 Spyder.

Cieszy się, że takich aut jest tylko pięć w Kalifornii i niewiele więcej w całej Ameryce. Zgłasza się do następnych zawodów, które mają się odbyć w Salinie. 30 września 1955 roku wyrusza w drogę, chce dotrzeć nowy samochód i wypróbować go w trasie. Ginie, nie dojeżdżając na miejsce. Na kilka godzin przed śmiercią zostaje zatrzymany przez patrol drogowy za przekroczenie prędkości. Nie dostaje mandatu, daje za to swój ostatni w życiu autograf.

Śmierć Jamesa Deana była dla świata szokiem. Wywołała falę spekulacji. Przypomniano sobie, że parę tygodni przed wypadkiem wystąpił w filmie reklamowym promującym bezpieczną jazdę. Radził w nim młodym ludziom za kółkiem: "Jedźcie ostrożnie. Ocalicie swoje życie, a może i moje".

Częścią legendy Jamesa Deana
są też historie o fatum ciążącym nad jego samochodem. Otóż wiadomo, że wypadek wydarzył się w 1955 roku o godzinie 5.55. Feralne porche miało symbol 550, a numer seryjny samochodu to 5500055. Auto nie tylko uśmierciło aktora, ale ma na swoim koncie także kilka innych ofiar. Wrak został kupiony przez mechanika samochodowego. W trakcie załadunku zsuwa się z lawety i miażdży obydwie nogi pracownika warsztatu. Silnik porsche kupuje jeden ze znanych kalifornijskich lekarzy i montuje do swego auta. Wkrótce ginie w wypadku. Ktoś inny kupuje pozostałe części auta Jamesa Deana i wykorzystuje je do remontu własnego wozu. Wkrótce zderza się na autostradzie i choć uchodzi z życiem, zostaje kaleką. Oczywiście można spekulować, na ile wypadkowi winne było feralne auto, ale znajomi aktora przekonują, że on prędzej czy później i tak by zginął, bo szukał śmierci i był nią zafascynowany. Często powtarzał, że nie zamierza dożyć trzydziestki.


W butach idola
Fenomenu legendy gwiazdora można szukać w powojennej historii Ameryki. Jego debiut przypadł w ważnym kulturowo i obyczajowo momencie - jeszcze dekadę wcześniej nie miałby pewnie szans na tak spektakularny sukces. Ale wtedy właśnie w Ameryce rodzą się pierwsze kontrkulturowe fermenty. Rozwija się kult młodości. Amerykańskie nastolatki zaczynają negować wszystko, co kojarzy im się z dorosłością i stabilizacją. Stateczna dojrzałość musi ustąpić miejsca buntowniczej młodości. Humphrey Bogart i John Wayne odchodzą do lamusa. Rewolucja obyczajowa potrzebuje nowych bohaterów. Na scenę wkraczają debiutanci: Dean, Brando, Presley. "Brando zmienił styl aktorskiej gry, Dean zmienił nasze życie", napisze w swojej książce Martin Sheen.

Następne dekady pełne były buntowników jego pokroju. Każdy chciał być taki jak on. Młodzi chłopcy naśladowali jego fryzurę i styl bycia. Bob Dylan zadedykował mu piosenkę "Forever Young", o nim śpiewał Jim Morrison z The Doors i wielu innych. Pod wpływem Jamesa Deana znalazły się też kolejne pokolenia aktorów, między innymi: Steve McQueen, Jack Nicholson, Clint Eastwood, Alain Delon, Robert De Niro i Sean Penn. Każdy chciał mieć coś z niego albo mieć coś jego. Gwiazda "Gwiezdnych wojen" Ewan McGregor kupił kopię samochodu, za kierownicą którego zginął idol. Zapłacił 300 tysięcy dolarów za srebrnego Porche Spydera z opuszczanym dachem i skórzaną kierownicą.
Emocje sięgnęły zenitu, gdy w Hollywood ogłoszono casting do filmu o Jamesie Deanie. Zgłosili się: Leonardo DiCaprio, Brad Pitt, Matt Damon i Johnny Depp, ale okazało się, że są już za starzy do tej roli. Poszukiwania nadal trwają.

W stanie Indiana, gdzie Dean się wychował, powstało muzeum jego pamięci. Obok w sklepiku kupić można fotosy, plakaty filmowe, a nawet puzzle, znaczki i kufle ozdobione jego podobizną. Każdego roku organizowane są też wybory chłopaka najbardziej podobnego do Jamesa Deana.

Niebezpieczny odcinek autostrady do Saliny, gdzie zginął w wypadku samochodowym, został przebudowany. Miejsce karambolu wskazuje postument z aluminium ufundowany przez japońskiego fana - Seito Onishi. W pobliskim Cholame znajduje się restauracja, w której spotykają się wielbiciele aktora.

Miejsca kultu idola każdego roku przyciągają tysiące fanów. Do jego grobu w Fairmount, niedaleko farmy, na której się urodził, pielgrzymuje młodzież z całego świata. Wciąż zdarza się, że ktoś płacze i rozpacza. Dla kolejnych pokoleń nastolatków James Dean jest rówieśnikiem. Nikt nie wyobraża go sobie jako 74-latka, a tyle miałby dziś lat, gdyby żył.

Fotografie, które żyją
Nie zdążył obejrzeć swojego ostatniego filmu - wielopokoleniowej sagi o Teksasie, w której występuje razem z Elizabeth Taylor i Rockiem Hudsonem. W swej ostatniej roli pojawia się jako zbuntowany Jett Rink, który nie chce odsprzedać działki bogatemu właścicielowi ziemskiemu. Swym nieprzewidywalnym zachowaniem burzy spokój mieszkańców, przeciwstawia się patriarchalnemu stylowi życia Południa, a w końcu zostaje bajecznie bogaty, bo na swojej ziemi odnajduje ropę. Gdy "Olbrzym" wszedł na ekrany, aktor już nie żył. Ameryką wstrząsnęła fala histerii. Słynny stał się zwłaszcza jeden kadr z filmu, który po tragedii nabrał symbolicznego znaczenia i dziś stanowi relikwię fanów. Dean stoi, trzymając strzelbę opartą na ramionach w taki sposób, jakby niósł krzyż. Przed nim klęczy Taylor w pozie Matki Boskiej Boleściwej.

"James i ja siedzieliśmy czasami do późna w nocy", wspomina aktorka. "Opowiadał mi o sobie, zwierzał się, często z bardzo intymnych historii. A następnego dnia traktował mnie jak kogoś obcego, prawie nie rozpoznawał. Jakby nie pamiętał. Po dwóch, trzech dniach nieoczekiwanie znowu zachowywał się jak mój bliski przyjaciel. Nie potrafiłam tego zrozumieć".

Rozdarty, zagubiony, manifestował swój ból agresją. Zrażał do siebie zmiennością nastrojów i częstymi depresjami. Był kapryśny, kłótliwy, nieufny i wciąż napięty, a jednocześnie oczekiwał zachwytów. Nieustannie prowokował. Głośno było o jego dziwactwach. Mieszkał na przykład w starym bunkrze na terenie wytwórni. Miał tam tapczan, stolik i… rewolwer. Chodził nieogolony, byle jak ubrany, tak samo w życiu, jak na planie filmowym. Ale właśnie taki - samotny, odrzucony i okaleczony przez życie - zaskarbiał sobie miłość publiczności. "Szantażował widzów emocjonalnie: »Kochaj mnie albo się zabiję«", pisze jeden z jego biografów, Warren Beath.
Jeszcze w 1955 roku wydano pierwsze książki o nim, pojawiły się też filmy próbujące rozgryźć fenomen jego popularności.

Przedmiotem największego kultu stały się jednak przedśmiertne zdjęcia aktora. "Na wszystkich wygląda tak, jakby ktoś zatrzymał go w biegu", mówi Dennis Stock, fotograf. Biografowie żartują, że gdyby Dean miał wybierać między towarzystwem młodych dziewcząt a fotografów, wybrałby to drugie. Był narcyzem i ekshibicjonistą, który przed fotografami rozbierał się do nagiej duszy.


Stock, który się z nim przyjaźnił, wspomina: "Miał przeczucie, że każda fotografia może być ostatnia. Często mówił: »Zrób mi, stary, dobre zdjęcie, bo potem może już nie być okazji«". To Stock jest autorem słynnego zdjęcia z Fairmount, gdzie aktor odnalazł grób z napisem "Cal Dean", łączącym przypadkowo imię filmowego bohatera z "Na wschód od Edenu" z jego nazwiskiem. Niektórzy z fanów uznali to później za znak losu i symboliczną zapowiedź śmierci. To Stock zrobił słynne zdjęcie Deana, kiedy idzie przez Times Square w Londynie, otulając się długim płaszczem. To Stock sfotografował Deana w trumnie.

Trudne dzieciństwo
Biografowie analizują skomplikowaną osobowość Deana przez pryzmat jego niełatwego dzieciństwa. Urodzony 8 lutego 1931 roku, spędził pierwsze lata życia w miasteczku Marion, gdzie jego ojciec był technikiem dentystycznym. Dorastał w przekonaniu, że musi stać się kimś wyjątkowym. Jego matka Mildred przelała na syna swoje niespełnione marzenia o innym, lepszym życiu, różnym od losu farmerów ze stanu Indiana. Choć ochrzciła synka imieniem James, nazywała go zawsze drugim imieniem - Byron, które nadała mu na cześć swojego ulubionego poety George'a Byrona. James miał dziewięć lat, gdy Mildred zmarła. Osierocony trafia do domu wujostwa, bo jego ojciec nie czuje się na siłach samotnie wychowywać dziecko. Tego odtrącenia James nigdy mu nie wybaczył.

Wcześnie jednak ujawnia talenty artystyczne, śpiewa i tańczy, a także, wbrew fizycznej kruchości, staje się gwiazdą szkolnej drużyny koszykarskiej. Później idzie na studia prawnicze, ale prędko porzuca je dla aktorstwa. Przełomem staje się przeprowadzka do Nowego Jorku i spotkanie Elii Kazana.

Tajemnica
"Był symbolem seksu i idolem kobiet, ale prawda jest taka, że wolał mężczyzn i chodził do gejowskich klubów dla sadomasochistów"
, napisał biograf aktora Paul Alexander. Hollywoodzcy producenci starali się to zatuszować. Na potrzeby prasy aranżowali fikcyjne romanse z takimi gwiazdami, jak Ursula Andress czy Natalie Wood. Po to tylko, by nie zniszczyć męskiego wizerunku gwiazdora i nie zaszkodzić sprzedaży jego filmów.

Nawet jeśli był homoseksualistą, to wiadomo, że przeżywał też krótkie i intensywne fascynacje kobietami, wśród nich znalazła się młoda i piękna Włoszka Anna Maria Pierangeli. Pojawiali się razem na premierach filmowych i przyjęciach. Swojej agentce zdradził, że wkrótce się żeni. Tymczasem nieoczekiwanie Pierangeli wyszła za mąż za innego. W dniu jej ślubu 24 listopada 1954 roku Dean zjawił się przed kościołem na motocyklu. Gdy zabrzmiał marsz weselny Mendelssohna, włączył silnik. Mogłaby z tego powstać piękna scena filmowa. Życie nieraz myliło mu się z fikcją. Nie uznawał przecież żadnych granic. Liczyła się tylko kreacja. Dzięki niej już pół wieku żyje w zbiorowej wyobraźni. Taki, jak chciał, żebyśmy go zapamiętali.

Magda Rozmarynowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)