Jacek Borusiński

Współtwórca Mumio. Dzięki udziałowi w reklamie zdobył niesłychaną popularność, a jego powiedzonka stały się kultowe.
borusinski-copy.jpgKatowice, godzina 12.00. Teatr Gugalander na rogu ulic Świętej Jadwigi i Jagiellońskiej. W rogu sali grupa mężczyzn rozprawia z ożywieniem. Wśród nich drobny człowiek w śmiesznej zielonej czapeczce. Bardzo podobny do tego faceta, który grał w reklamie Plus GSM. No, tego od kopytka.

To Jacek Borusiński, członek grupy teatralnej Mumio. Dziś jest strasznie zakręcony. Wszyscy czegoś od niego chcą, proszą o wywiady, dzwonią w sprawie premiery. Wygląda na zmęczonego, ale szczęśliwego.

Jak narodziło się Mumio
Publiczne występy lubił od dziecka. Rodzina znosiła jego popisy z godnością. Na poważnie zaczął myśleć o aktorstwie w liceum. Tam z przyjaciółmi założył kółko teatralne. „Postanowiłem zdawać, po bożemu, do szkoły teatralnej w Krakowie. Nie dostałem się, bo miałem niesceniczną sylwetkę: za długie ręce”, mówi Borusiński.
Skończył więc teatrologię i zatrudnił się w teatrze Gugalander. Tam spotkał romanistę Dariusza Basińskiego i rok później Jadwigę, wtedy jeszcze Ćwik. Bardzo sobie przypadli do gustu. Kiedy Gugalander przestał im wystarczać, postanowili założyć własny zespół teatralny. Tak w 1995 roku powstało Stowarzyszenie Teatralne EPTY-a. Zespół dał dwa głośne przedstawienia „Lutownica, ale nie pistoletowa, tylko taka kolba” oraz wcześniejszy – „Kabaret Mumio” i właśnie ta nazwa przylgnęła do zespołu na stałe. Skąd słowo „mumio”? Z wystawy sklepu ze zdrową żywnością. Leżała tam pewna maść o tej nazwie, osad ze skał na Kaukazie. Panaceum, lek na wszystko. Używano jej także do mumifikowania.

W 1999 roku telewizja pokazała spektakl „Kabaret Mumio” i zaczął się szum. Nawet ci, którzy nie rozumieli abstrakcyjnych dowcipów, przeciwnych wszelkim sensom i znaczeniom, docenili aktorów i twórców. Ci ostatni zaczęli żyć sztuką i tylko sztuką. Nie od razu było różowo. Jacek wspomina czasy, kiedy żyli na pożyczkach. Organizowali festyny z okazji otwarcia stacji benzynowej czy supermarketu. Ale potem okazało się, że zapotrzebowanie na ich spektakle jest ogromne, że ludzie chcą się śmiać, potrzebują rozluźnienia, beztroski, jakiejś innej świeżej propozycji. Grupa pod nazwą Mumio zaczęła zbierać, a właściwie kosić wszystkie nagrody.

Gdyby nie reklama...
Jacek nie przeczy, że największą popularność przyniosły im reklamy sieci Plus GSM. A użyte w nich sformułowania weszły do obiegowego języka. Jacek Borusiński opowiada, że słynne już „kopytko” jest efektem improwizacji. Kiedy Dariusz Basiński spytał: „Co mi tu pan napisał?”, Jacek odpowiedział odruchowo: „Kopytko”. I kopytko zostało w zbiorowej świadomości narodu. Wzięcie udziału w reklamie nie było łatwą decyzją. „To prawdziwie moralne, szekspirowskie wybory: »Wchodzić, nie wchodzić, oto jest pytanie«. Zacytuję Biblię: »Po owocach ich poznacie«. Okazało się, że owoce naszej pracy w reklamie są dorodne. I powiedzmy sobie szczerze, propozycje, które teraz dostajemy, przyszły po reklamach, a nie po naszych spektaklach”, mówi Borusiński.
Gdyby nie reklama, Jacek nie dostałby pieniędzy na film. Film, który sam wyreżyserował. Pomysł chodził mu po głowie kilka lat. „W zamierzchłych czasach, jeszcze przed Mumio, mieliśmy studio aktorsko-reklamowe. Kiedyś jechaliśmy do Warszawy wykonać zlecenie. Podróżowaliśmy razem z moim przyjacielem, operatorem Pawłem Dyllusem. To wtedy, w samochodzie, urodził się pomysł na scenariusz. Zaczęliśmy przerzucać się historiami. Przyjechałem do domu i niemal natychmiast zacząłem je spisywać. Ta podróż to była inspiracja”, wspomina Borusiński.
Napisał scenariusz, został reżyserem i obsadził się jako aktor. Film powstawał ponad pół roku, choć samo kręcenie trwało 25 dni. Gdy Jacek zaczynał nad nim pracę, obchodził właśnie 33. urodziny.
„Moją dumą jest to, że w »Hi-Way« występuje bardzo duża ilość zróżnicowanych aktorów. Poczynając od kompletnych naturszczyków, debiutantów i dzieci, po aktorów zawodowych, obsadzonych inaczej niż zwykle. No i jesteśmy jeszcze my, aktorzy Mumio. Jestem bardzo zadowolony z efektu ich pracy. Jest w tym naturalność i spontaniczność, nie ma przerysu”. Co czuł, gdy sam oglądał się na ekranie w swoim autorskim filmie? Z jednej strony śledził, czy dobrze opowiedział historię, z drugiej strony, jak wyreżyserował film i w końcu, czy dobrze zagrał. Był jeden, a w trzech osobach.
„»Hi-Way« to propozycja niezależna od wcześniejszych działań Mumio czy też kreowanych przez nas reklam. A już na pewno nie jest żadnym »Rejsem 2«”, mówi Borusiński i żywi nadzieję, że tę odmienność zauważą również widzowie.

Nie jestem Kiepskim
Siedzimy w mrocznym katowickim klubie Hipnoza. Jacek zapala papierosa. W ciemności macha do znajomych. Chyba zna tu wszystkich. Dziewczyny siedzące przy stoliku obok zerkają na niego ciekawie i posyłają powłóczyste spojrzenia spod rzęs. Co by było, gdyby przyjął propozycję zagrania w serialu „Kiepscy”? „To się łączyło ze straszną gębą. Prawdopodobnie przez wiele lat zostałbym Kiepskim. Wolałem czekać na szansę zrobienia czegoś autorskiego”, mówi.
Jacek ma nieposkromiony apetyt na pracę. Szuka nowych wyzwań i zadań. Już myśli o następnym filmie. Chciałby, żeby Mumio stało się swego rodzaju platformą artystyczną dla ich działań, również bardziej indywidualnych – oprócz filmu Darek wraz z Jarkiem chcą wydać płytę, Darek planuje wydać swoje teksty. Chcą razem zrobić duże przedstawienie teatralne. Są otwarci na propozycje. „Lubimy zmiany. Nie chcemy zamknąć się w jednej szufladce. Interesuje nas rozwój i ryzyko, a nie odcinanie kuponów od tego, co zrobiliśmy”, mówi z przejęciem.
Na razie Jacek marzy o odpoczynku. „Muszę się zdystansować. Poświęcić czas rodzinie i sobie”. Ma dwóch synów: sześciolatka i dwulatka. I żonę, która jest spoza branży. Jacek twierdzi z całą stanowczością, że rodzina, dzieci są dla niego najważniejsze, a kariera jest sprawą drugorzędną. Starszy syn bywa na spektaklach Mumio. Na początku przedstawienia śmieje się euforycznie w miejscach nieprzewidywalnych i zaskakujących. Potem zaczyna się nudzić. Jacek ma wrażenie, że czasami nie jest mu w smak, że koledzy z przedszkola coś mówią o tacie.

Bawię się świetnie
Sam uważa się za ojca pobłażliwego, niezbyt konsekwentnego. Nie poświęca dzieciom tyle czasu, ile by chciał. Jest jak żeglarz: albo go ciągle nie ma, albo jest w domu non stop. Czasami udaje mu się zachować jak wilk w skórze owcy. Podkraść się do nich i bawić się jak dziecko.
Kiedy ma czas tylko dla siebie, oddaje się radości czytania. Poczuł też totalną miłość do jazdy konnej. „Dostałem cynk, że jakiś wybitny trener jest absolutnym fanem Mumio i może nauczyć mnie jazdy konnej. Taaak, wypuścić się na koniu w teren... Cudowne!”
Uwielbia grać na perkusji. Nie za bardzo umie, ale kocha i podobno ma talent. Na pytanie, co jeszcze lubi, odpowiada, że rosół, bo leczy.
„Jestem zarażony filmem. W pracy były momenty gorzkie, cierpkie i ciężkie, ale była to piękna, niewiarygodna przygoda. Myśl o zrobieniu filmu po prostu się do mnie przypałętała. I bardzo trudno było ją przepędzić”.

Dorota Wellman/ Viva!
Zdjęcia Szymon Szcześniak

Redakcja dziękuje elektrowni „Łaziska” za pomoc w realizacji zdjęć.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/10 lat temu
pozdrawiam wujek
/11 lat temu
pozdrawiam
/11 lat temu
psychiatra bardzo cenne kim wy jestescie?
POKAŻ KOMENTARZE (1)