I pod niebo popłynie „Alleluja”!

20-letni Rafał Blechacz szykuje się, by podczas rezurekcji zagrać na organach w miejscowym kościele...
Kocha Rafała Blechacza, swojego bohatera, całe Nakło. Podziwia cała Polska, dumna z laureata Konkursu Chopinowskiego. Cały świat chciałby poddać się jego muzycznym czarom.

W kwiaciarni, w centrum 20-tysięcznego miasteczka, wiedzą, co lubi Renata Blechaczowa, mama. Ucieszy się ze storczyków, podpowiadają. Nigdzie nie kupi się płyty z muzyką poważną – informują – bo wykupione do ostatniej. Wszyscy teraz w Nakle słuchają... Chopina. Odkąd ich chłopak – stąd, z prowincjonalnej dziury – sięgnął po laur największy, w każdego wstąpiła nadzieja na lepsze – pracę, mieszkanie, życie...
Dziś z okien na drugim piętrze nie płyną dźwięki fortepianu. – Dziś łomotu nie robię – żartuje od drzwi 20-letni, szczupły chłopak.
Jaki łomot?! – obruszyliby się sąsiedzi. Oni od wiosny szeroko otwierają okna, aby za darmo posłuchać fortepianowych koncertów, od których czasem aż łza z oka spłynie.
Fortepian Yamaha zajmuje znaczną część saloniku z oknem od ulicy. Nie zmieściłby się w starym mieszkaniu Blechaczów. To, 70-metrowe, z długim korytarzem i wyciszone podwójnymi drzwiami, gustownie urządzone i wychuchane, zajmują dopiero od pięciu lat. Z okien stołowego widać wieżę nakielskiej fary, w której organy tak fascynowały małego chłopca, że zapominał o bożym świecie.

Nie ruszaj mały, bo zepsujesz
– Wszystko wskazywało, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką – opowiada pani Renata. – Oboje z mężem nie dopuszczaliśmy innej możliwości. Jest przedszkolanką, wtedy jeszcze pracowała zawodowo. Pamięta, jak pragnęła, aby poród nie zdarzył jej się w dniu ślubu przyjaciółki, która wychodziła za Francuza i suknię sprowadziła z Paryża. Ale zaraz po ceremonii przebrała się i pojechała do szpitala.
W niedzielę, 30 czerwca 1985 r., o 1.30 w nocy urodziła chłopca. Z urody podobny do mamy. Talent odziedziczył po męskich przodkach. Wszyscy Blechacze mają znakomity słuch i grają na pianinie.
– Nie było niczego niezwykłego w dzieciństwie naszego syna – mówi Krzysztof. – Był normalnym, żywym, rozbrykanym smykiem. Lubił bawić się kolejką i klockami, słuchać bajek... Czasem podchodził do pianina i wystukiwał zasłyszane melodie. Miał wtedy trzy, może cztery latka.
Rodziców deprymowało jednak uwielbienie ich małego synka dla Wacka, organisty. Mieli w zwyczaju podczas mszy siadać na chórze w pobliżu organów. Rafał oczu nie mógł od nich oderwać. Podglądał, zaglądał, dotykał piszczałek. – Nie ruszaj mały, bo zepsujesz! – organista odpędzał ciekawskiego. – Naśladował tego Wacka we wszystkim – wspomina mama. – Poruszał się tak jak on, gestykulował. Na jakimś rodzinnym przyjęciu, gdy ktoś go zapytał, jak się nazywa, odpowiedział, że... Wacek. Przestaliśmy w końcu wchodzić na chór, żeby nie mieć miniaturki Wacka w domu...

We wszystkim był palec Boży
Nie zmuszali dziecka do pianina. Mama pamięta, jak syn, taki mały kurczaczek, gramolił się na stołek, żeby sobie pograć. Pamięta, jak małe rączki zręcznie biegały po klawiszach.
– Nie myślałem, że syn ma talent – wspomina ojciec. – Przekonałem się jednak, że dostał od Pana Boga dar – słuch absolutny. A było tak. Któregoś dnia Rafał biegał po pokoju, a tato siedział przy pianinie. Uderzył w klawisz i zapytał: Jaki to dźwięk? Chłopiec, odwrócony tyłem, odpowiedział poprawnie. Uderzył dwa razy. Odpowiedział. Kilka naraz. Wyliczył po kolei, bez błędu.
W Nakle nie ma szkoły muzycznej. Najbliższa w Bydgoszczy, 30 km od domu. Zapisali Rafała do ogniska muzycznego przy domu kultury, ale tam się nudził. Znaleźli mu prywatną nauczycielkę w Bydgoszczy. Ojciec dwa razy w tygodniu woził syna na lekcje. Po roku zrezygnowali, nie było ich na to stać. Przez znajomych znajomych dotarli do nauczycieli w muzycznej szkole. Po przesłuchaniu Rafała od razu przyjęto do drugiej klasy fortepianu.
Rodzice nie mówią, że było ciężko, a przecież było. Na lepsze pianino też zaciągali kredyt. Nie mówią o wyrzeczeniach i poświęceniu, choć całe życie musieli dostosować do edukacji syna. – Tu we wszystkim był palec Boży – twierdzą. Tak się składało, że ojciec, agent PZU, miał nienormowany czas pracy. Że zawsze spotykali takich ludzi, którzy chcieli zdolnemu dziecku dopomóc.

Ach te walce, te liryczne mazurki
Rafał zaliczał dwie szkoły równolegle. W obu miał indywidualny tok nauczania. Przez wszystkie szkolne lata do domu przychodzili nauczyciele. Do Bydgoszczy woził go tato i zostawał na lekcjach, bo nie opłacało się wracać do Nakła. Siadał w kącie ze swoimi papierami albo przysłuchiwał się rozmowom mistrza i ucznia.
Teraz Rafał jest na III roku Akademii Muzycznej. Ojciec nadal odwozi go do Bydgoszczy. Ale gdy syn ćwiczy na fortepianie, on idzie na lekcje angielskiego. Bo świat czeka na Rafała Blechacza, a artysta powinien mieć obok kogoś bliskiego, żeby nie musiał myśleć, czy ma czystą koszulę na koncert.
Pierwszą nagrodę zdobył, gdy miał 11 lat. W wieku 12 lat zagrał koncert z orkiestrą w Polskim Radiu. Rodzice już nie zliczą wszystkich turniejów, festiwali, konkursów – normalnej drogi rozwoju muzycznego – do których Rafał był zapraszany. – Pierwsze honorarium, sto złotych, dostałem jak miałem 10 lat – przypomina sobie pianista.
Do Konkursu Chopinowskiego przygotował się rzetelnie. Zadbał nawet o kondycję i przez trzy tygodnie biegał z tatą po lesie. Jego pani profesor, Katarzyna Popowa-Zydroń, powiedziała mu, że może ten konkurs wygrać, ale o tym nie myślał. Powiedziała też: – Graj pięknie, nie możesz zawieść Chopina. I tego się trzymał – żeby nie zawieść. Chopina ubóstwia.
– Lubię grać dla ludzi – mówi. Przed każdym występem musi chwilę posiedzieć w samotności.
Jeśli na sali koncertowej jest absolutna cisza, to wie, że się podoba.
– A jeśli kaszlą? – żartuje siostra.
– To znaczy, że są chorzy – ripostuje.
Po występach Blechacza w konkursie recenzenci nie szczędzili pochwał: Ach, te jego zamyślone walce!... Ach, te liryczne mazurki! Jaka elegancja, precyzja, perfekcja! Gdyby Chopin to słyszał!...

Ujujuj! Aleś, bracie, narozrabiał...
Kiedy już było wiadomo, że zwyciężył, dostał z Nowego Jorku długi list. Krystian Zimerman, wybitny wirtuoz, laureat konkursu sprzed 30 lat, gratulował Rafałowi i na końcu dopisał: Ujujuj! Aleś, bracie, narozrabiał... Przytoczył słowa, jakie usłyszał kiedyś od swojego profesora.
Na koncercie laureatów, w październiku ubiegłego roku, mama Rafała i jego profesorka płakały razem w korytarzu filharmonii. A ojciec? – Syn pięknie grał... – mówi Krzysztof Blechacz.
Młodego pianistę obsypano nagrodami. Dostał też dwa fortepiany. Ale Rafał nie zająknie się nawet, że niedawno podarował yamahę wartą około 50 tys. złotych młodszemu koledze – 17-letniemu Jackowi Kortusowi spod Poznania, który też grał w konkursie. Jackowi przydarzyło się nieszczęście, woda z przeciekającego dachu zalała i całkiem zniszczyła jego instrument. – Tu nie ma czym się chwalić – mówią rodzice Rafała. – Tak należało postąpić...

Nie odmawia się proboszczowi
Paulina, 14-letnia siostra Rafała, też ma dobry słuch, ale tylko przez rok uczyła się gry na fortepianie. – Nie mam cierpliwości – oznajmia. Dumna jest z brata. Koleżanki zarzucają ją prośbami o jego autografy, ale Rafał czasem się z nią droczy.
Mama zdradza, że syn jest wielkim śpiochem i rano nie sposób wyciągnąć go z łóżka. Na każde powitanie w domu szykuje mu sałatkę jarzynową i kotlet schabowy. – Pycha!!! – woła syn.
Marzenia mamy są, jak mówi ona, przyziemne. Żeby dzieci były zdrowe, żeby rozwijały się według swoich planów, żeby dorosły już syn pokochał taką dziewczynę, która zrozumie duszę artysty. Wie, że Rafałowi podobają się Japonki, ale czy to wiadomo, kogo spotka na swojej drodze?
W Japonii Rafał ma swój fanklub, ponad 100-osobowy, z prezesem i z zarządem. Zawsze serdecznie go tam witają. W listopadzie Blechaczowie wybierają się do Japonii całą rodziną. Rafał przez miesiąc będzie koncertował, a rodzice z Pauliną będą zwiedzali. Zaproszenia na koncerty płyną z całego globu, ale na razie Rafał ma studia, musi szlifować repertuar, więc starannie wybiera oferty.
Wakacje zapowiadają się pracowicie – dwa koncerty we Francji, jeden w Niemczech, a potem Szwajcaria, Holandia, Anglia... Może uda się na tydzień wyskoczyć w Tatry.
Rafał nie jest samotnikiem. Mówi, że nie brakowało mu podwórkowych zabaw, że wolał siedzieć przy pianinie niż ganiać za piłką. Ma dobraną paczkę kolegów, spotykają się przy różnych okazjach. Na dyskoteki ani do kina nie chodzi. Dla niego za głośno.
Nigdy nie odmawia księdzu proboszczowi, kiedy prosi, by przy świątecznej okazji zagrał na organach w nakielskiej farze. I tej Wielkanocy, podczas rezurekcji, zagrzmią organy – Alleluja! (Z „Mesjasza” G. Haendla). Alleluja! – radosne, pod samo niebo – Rafał Blechacz zagra i ludzie znów zapłaczą. Bo zawsze wzruszają się, gdy gra.

Słodki smak zwycięstwa
20-letni Rafał Blechacz wygrywając w październiku 2005 roku XV Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina stał się jego najmłodszym zwycięzcą! Bezapelacyjnie był najlepszy. Zdobył pierwszą nagrodę (25 tys. dolarów) i złoty medal. Otrzymał też nagrody za wykonanie mazurków, poloneza i koncertu z orkiestrą. Rodzinne miasto Nakło przyznało mu tytuł honorowego obywatela. Prezydent Bydgoszczy podarował mieszkanie. PKN Orlen – wymarzony fortepian (Steinway). Dostał też m.in. nagrodę słuchaczy Polskiego Radia, Paszport „Polityki” i Krzesło Roku tygodnika „The Warsaw Voice”.

Konkurs chopinowski
Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina jest jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych konkursów muzycznych na świecie. Odbywa się co pięć lat, począwszy od 1927 roku. Polacy wygrywali go czterokrotnie. W 1949 roku zwyciężyła Halina Czerny-Stefańska, w 1955 Adam Harasiewicz, w 1975 Krystian Zimerman i w 2005 r. Rafał Blechacz. Musiał on pokonać 350 młodych pianistów z 35 krajów!

Zdzisława Jucewicz/ Przyjaciółka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)