Hanna Samson

Kilkanaście lat po rozwodzie przeżyła dramat, kiedy jej były mąż został oskarżony o pedofilię. Do dziś płaci za to wysoką cenę.
Krystyna Pytlakowska: Jaka będzie Twoja najnowsza książka?
Hanna Samson:Skandaliczna! Świadomie i celowo. Zaskakująca, kontrowersyjna, bulwersująca. To pierwsza kobieca powieść pornograficzna w Polsce. Mam nadzieję, że będzie bestsellerem. Już tytuł mówi co nieco o treści: „Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu”. Dotąd z każdą książką nosiłam się jak z jajem. Tę postanowiłam napisać szybko i mocno.

– W tym momencie mnie zamurowało.
Dlaczego?

– Porno? Jakoś mi to nie pasuje do Ciebie.
Ja już nie jestem grzeczną dziewczynką. Całe życie dostosowywałam się do świata i starałam się go zadowolić. Myślałam, że tak trzeba, że światu na tym zależy. Dopiero teraz odkryłam, że świat ma mnie w dupie. Jeśli zginę, nikogo o to głowa nie zaboli. Ale nie zamierzam ginąć. Moja książka to skandal, za który biorę odpowiedzialność. Za czyny innych ludzi – nie.

– Ty jesteś jej bohaterką?
Nie. Ale ludzie nigdy nie wierzą, gdy to mówię. Skoro piszę w pierwszej osobie, to na pewno tam jest dużo elementów autobiograficznych. No to teraz będą mieli kłopot. Bo jeśli bohaterka „Wojny żeńsko-męskiej” to ja i bohaterka mojej poprzedniej książki „Miłość reaktywacja” to też ja, to nie wiem, czy uda im się to ułożyć w całość. Oczywiście moje bohaterki zawsze mają coś ze mnie. Identyfikuję się z nimi w czasie pisania. Wyrażają moje uczucia. Przepuszczam je przez siebie...

– Jak przez pralkę wirnikową?
Niech będzie – jak przez pralkę. Z pewnością nie piszę pamiętnika. Czasem żałuję, że nie mam na to czasu, bo moje życie jest naprawdę ciekawe.

– Jako psycholog pewnie wolisz słuchać niż mówić?
Słuchać i rozumieć. A jako pisarka zawsze czułam wielką odpowiedzialność. Pisałam z poczuciem, że skoro piszę, skoro zabieram głos, a także czas czytelnikom, to muszę napisać coś mądrego, dostojnego. Zawsze bałam się, co ludzie powiedzą. To mnie ograniczało. I już się nie boję.

– Strasznie jestem ciekawa tej książki. Czy jest feministyczna?
Jestem feministką.

– Ale chyba nikt się nią nie rodzi?
Nie, do tego trzeba świadomości i odwagi. Mnie trochę życie pomogło. Tak się ułożyło, że musiałam sama wychować dziecko, utrzymać siebie i córkę, zadbać o tysiące spraw. Należy mnie traktować poważnie, nie zgadzam się na dyskryminację.

– Niektórzy uważają, że kobieta bez mężczyzny jest niepełna.
Jest może nawet pełniejsza, bo ma okazję poznać swoją siłę, której wymaga samodzielne życie. Co nie znaczy, że nie jestem za miłością i dobrym związkiem z mężczyzną. Jestem za.

– Myślę, że Twoje słowa wesprą psychicznie wiele kobiet, które czują się słabsze, bo są na przykład rozwiedzione. Natomiast Ty nigdy właściwie nie byłaś sama – dwa małżeństwa, miłości po drodze.
Bardzo bałam się samotności. I z tego strachu za szybko wchodziłam w związki i za długo z nich wychodziłam. Z Andrzejem byliśmy małżeństwem przez dziesięć lat, połowa z tego była przygotowaniem do rozstania. Myślałam, że bycie samej to po prostu śmierć. Nie chodziło o samotne wieczory, tylko o to, że jestem sama na świecie, to mnie przerażało, myślałam, że nie dam sobie rady.

– Z płaceniem rachunków?
Rachunków też, ale w ogóle z życiem, z opieką nad dzieckiem i tak dalej.

– Bo tak naprawdę mężczyzna jest nam potrzebny do płacenia rachunków i zawiezienia dziecka do lekarza. Ale najczęściej hydraulika to my wzywamy.
To wszystko często same robimy, ale mamy świadomość, że w razie czego jest się do kogo odwołać, można na kimś polegać, choć czasem to jest złudzenie. Tak często bywało w moich związkach. A teraz, gdy jestem sama w sytuacji kryzysowej, paradoksalnie mam o wiele większe poczucie bezpieczeństwa niż kiedykolwiek przedtem. Tylko w sobie mogę szukać prawdziwego oparcia. I znajduję.

– Z Andrzejem rozwiodłaś się, o ile pamiętam, na początku lat 90.?
Tak, 14 lat temu. Ze względu na dziecko zachowałam nazwisko po mężu. No i dlatego, że je polubiłam, jest wygodne – krótkie i dźwięczne. Wiele osób myśli, że nadal jestem jego żoną. Chcę więc powiedzieć wyraźnie: nie jestem.

– Dlaczego się rozstaliście?
Andrzej pił, to już chyba nie jest tajemnicą. Może nawet dlatego za niego wyszłam. Żeby go ratować. Byłam studentką, on był mistrzem w zawodzie, w którym stawiałam pierwsze kroki. Był niezwykle utalentowanym psychoterapeutą. Miał taki dar, wiedział, co trzeba zrobić, żeby pomóc innym. Tylko sobie nie umiał. Zafascynował mnie swoim cierpieniem. Myślałam, że zdołam mu pomóc. Jakiś czas powstrzymywał się od picia, ale szybko do tego wrócił. Nie chciałam, żeby tak wyglądało moje życie i mojego dziecka.

– Długo walczyłaś z jego nałogiem? O niego?
Cały nasz związek na tym polegał. A gdy się ciągle wali głową w mur, motywacja słabnie. W każdym razie ja miałam dość.

– Andrzej nie chciał rozwodu?
Nie. Ale paradoksalnie rozwód dobrze mu zrobił. Właśnie po rozwodzie bardzo długo nie tknął alkoholu.

– Rozliczysz się z tymi przeżyciami w kolejnej książce?
Tamte przeżycia są już za daleko, już ich nie czuję. To odległa przeszłość. Od tamtego czasu drugi raz wyszłam za mąż, zmieniłam zawód, z psychologa stałam się dziennikarką. Rozwiodłam się. Wydałam cztery książki. Kawał życia. Już nie chcę do tego wracać. Ostatnio napisałam monodram „Orzeł czy reszka?”, w którym pobrzmiewają echa tamtych dramatów, ale w zmienionej formie. Na wszelki wypadek znów przypomnę: moje bohaterki to nie ja.

– Ile trwa zamykanie za sobą drzwi? Zamykanie związku?
Pewnie różnie. Ja wyszłam za mąż cztery lata po rozwodzie. Z Andrzejem nadal utrzymywaliśmy kontakty, choćby ze względu na Kasię, naszą córkę. Raz, dwa razy w roku zapraszałam go na kolację w gronie starych wspólnych przyjaciół albo na moje urodziny. Wpadał w Wigilię. Czasem szliśmy razem do teatru. I to wszystko.

– A jednak właśnie Ty – była żona, 14 lat po rozwodzie – ponosisz konsekwencje tego, co zrobił.
Nie tylko ja. Ponosi je Kasia. To musi być straszne, gdy wszyscy chcą zlinczować twojego ojca. Ponoszą też psychologowie, którzy próbowali powstrzymać przerażającą nagonkę prasy brukowej.

– Jak się dowiedziałaś o tym, że Andrzej jest aresztowany?
W tamtą niedzielę, 27 czerwca, zadzwonił do mnie Piotr Pacewicz z „Gazety Wyborczej”, pytając, czy to prawda, że Andrzej jest aresztowany, bo PAP tak podał. „Co ty opowiadasz, on jest w domu, pakuje się, bo za dwa dni się przeprowadza”, powiedziałam. Ale zadzwoniłam i nie odebrał telefonu domowego ani komórki. Piotr powiedział, że podobno jest na Malczewskiego, na komendzie. Pojechałyśmy tam z Kasią. Dyżurny sprawdził: jest. Okazało się, że to nie jest zły sen.

– Tylko koszmar na jawie?
Kataklizm. Do głowy by nam nie przyszło, że coś takiego się zdarzy. Prędzej spodziewałabym się, że umrze, niż że znajdzie się w areszcie, do tego jeszcze oskarżony o pedofilię. Był bardzo chory, ta przeprowadzka go stresowała. Wiele lat spędził w tym jednym pokoju z kuchnią, w końcu coś miało się poprawić, ale on nie lubił zmian. Był niezaradny życiowo, nie umiał się poruszać w realnym świecie, choć nieźle sobie radził w mediach. Najważniejsza była dla niego praca. Taka tragiczna postać. Nie wiem, czy jest winien, czy nie. Niech sąd to rozstrzygnie. On do dziś się nie przyznał.

– Ale są dowody? Zdjęcia dzieci?
Niech sąd wyda wyrok. Media wydały go od razu, ale sprawa chyba nie jest taka prosta. Ale tym akurat staram się jak najmniej zajmować. Wystarczy, że wynajęłam adwokata i dbam o sprawy życiowe Andrzeja.

– Dlaczego to robisz? Przecież mogłaś się całkiem odciąć?
Robię to dlatego, że nie było innych chętnych, a Andrzej jest osobą z mojego życia, czy chcę tego, czy nie. Ale także dla naszej wspólnej córki. Kasia jest bardzo ładna emocjonalnie, klarowna, czysta. To ona pomogła mi ustawić się w tym wszystkim. Andrzej jest jej ojcem, a jako ojciec był w porządku. Dlatego dbam o jego sprawy, bo gdybym nie dbała, to nie miałby dokąd wrócić. To byłby kolejny wyrok, gdyby wyszedł i miał straszliwe długi. Musiałby sprzedać mieszkanie. Nigdy już nie wróci do normalnego życia, więc przynajmniej chcę, żeby miał gdzie mieszkać. Nawet jeśli przekroczył wszelkie granice, jest nienormalny, chory, zły, to po odbyciu kary powinien mieć szansę dalej żyć i naprawić swoje winy. Poza tym zrobił też dużo dobrego. Pomógł wielu ludziom. Wyleczył wiele dzieci. Napisał kilka książek. W jego skrzynce na listy oprócz rachunków do zapłacenia, znajduję też dowody ludzkiej pamięci i wdzięczności.

– Żal Ci Andrzeja?
Jeżeli to prawda, że jest winien, to i tak, i nie. Zastanawiam się, co mogło go do tego skłonić. Badania lekarskie wykazały, że ma duże zmiany w układzie nerwowym. Nic dziwnego, skoro wiele lat nadużywał alkoholu. Ale nie może zacierać się granica między dobrem a złem, jestem w tej sprawie bezwzględna. Więc jeśli jest winien, to bardziej żal mi nas, mnie i Kasi, które musimy dźwigać jego winę bez winy.

– A jak teraz wygląda Twoje życie?
Jak po powodzi. Odeszłam z redakcji kobiecego miesięcznika, bo atmosfera wokół mnie zrobiła się nie najlepsza. Nie mówię o koleżankach, tylko o szefostwie. Myślałam, że bez trudu znajdę pracę, bo zawsze miałam wiele propozycji. A tymczasem trzy razy usłyszałam coś w rodzaju: doceniamy pani umiejętności, chcielibyśmy, ale w tej sytuacji, z pani nazwiskiem, czytelnicy mogliby protestować, może za jakiś czas, gdy skończy się ta nagonka, pani rozumie? Nie rozumiałam i dalej nie rozumiem, ale więcej nie chciałam tego słyszeć. Teraz piszę do kilku pism i jakoś im to nie obniża sprzedaży. Nie zamierzam już nikogo o nic prosić. Napisałam monodram na podstawie mojej pierwszej książki „Zimno mi, mamo”. Kończę powieść, która wstrząśnie światem. A jak nie wstrząśnie, to też nie szkodzi. Przestało mi zależeć na świecie.

– A nie myślałaś, żeby zmienić nazwisko?
To jakiś absurd. Nie jestem Andrzejem. Jestem inną osobą. Kasia jest inną osobą. Nic złego nie zrobiłyśmy i nie zamierzamy się ukrywać.

– A poza tym nie jesteś tchórzem?
Nie jestem. I nie będę przemykać się pod ścianami.

– I bardzo dobrze. Zweryfikowałaś wiele przyjaźni?
Tak. Dostałam od ludzi wiele słów otuchy, ale niektórzy, na których liczyłam, nawet się nie odezwali. Wielu ludziom jestem wdzięczna, ale też faktem jest, że w takich sytuacjach człowiek zwykle jest sam i niewiele można na to poradzić. Ten rok pokazał mi moją siłę. Żal mi tylko, że jestem taka bezradna wobec brukowców. Bardzo bym chciała, żeby wszyscy ludzie przeczytali „Utraconą cześć Katarzyny Blum”, żeby zobaczyli, ile prawdy jest w tym, co takie gazety piszą. Jednego dnia okazało się, że mieszkanie Andrzeja to obskurna nora, że nigdy nie kłaniał się sąsiadom, a licencję psychoterapeuty dostał przez nieuwagę. Warto nauczyć się odróżniać kłamstwa brukowców od prawdy, bo one są w stanie wszystko i wszystkich zeszmacić.

– Błoto ubrudziło też Ciebie.
Nie zamierzam być dłużej bohaterką cudzego skandalu. Jeśli już – to własnego. Dlatego napisałam „Wojnę żeńsko-męską”, w której walczę z całym światem.

– Dałaś w niej wyraz swojej mrocznej stronie?
Dałam w niej wyraz mojej wściekłości. Na siebie. Że byłam taka grzeczna przez całe życie. Taka miła. Żeby wszyscy byli ze mnie zadowoleni. A kogo obchodzi moje niezadowolenie. Mój sprzeciw?

– Wszystkie Twoje plany zmieniły się?
Całe życie uważałam, że urodziłam się po to, by pisać. Pisałam powolutku i czekałam, żeby inni nazwali mnie pisarką, bo sama nie miałam śmiałości. Więc już mam. Jestem pisarką i będę z tego żyła, czy to się komuś podoba, czy nie.

– Wyzywasz świat na wojnę?
Moją książką wyzywam go na pojedynek.


Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Robby Cyron/Melon
Stylizacja i makijaż Iza Wójcik
Fryzury Łukasz Pycior
Produkcja sesji Ewa Opalińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)