Gosia Baczyńska - Szaleństwa projektantki

Zaczynała od strojów „za grosik”. Dziś w jej kreacjach chodzą gwiazdy: Małgorzata Kożuchowska, Magdalena Cielecka, Monika Brodka. Teraz inwestuje w swój butik i atelier. A jutro? Kto wie? Gosia ma tysiąc pomysłów na minutę.
Gosia Baczyńska fot. Paweł Bownik
– Ubierają się u Ciebie Małgorzata Kożuchowska, Monika Brodka, Magda Cielecka, Sylwia Gliwa –  jak to robisz, że gwiazdy wybierają właśnie Ciebie?
Gosia Baczyńska:
Przychodzą same. Nie dzwonię: „Słuchaj, mam coś świetnego dla ciebie, przyjdź”. Jedyne, co mam do zrobienia, to dobrze robić swoje. Kobiety widzą, co potrafię, i same decydują, czy mają ochotę zamówić coś u mnie. Chociaż ostatnimi czasy zachęcam do odwiedzenia mojego sklepu, bo mamy świetne buty Nicholasa Kirkwooda i biżuterię Etro i Gosha Jewellery!

– Dużo masz pracy?
Gosia Baczyńska:
Bardzo. Czuję, że to wszystko mnie przerasta. Sklep, pracownia, przymiarki, klientki, a do tego sprawy budowlane – nierzetelne ekipy, obłęd. A ja muszę to ogarnąć. Śpię sześć godzin na dobę. Jestem u kresu wytrzymałości.

– Podobno krzyczysz na manekiny?
Gosia Baczyńska:
Czasem. Pamiętam taką sytuację, jeszcze z Wrocławia, na początku mojej działalności. Pracownię miałam
w suterenie, okna wystawały trochę nad poziom ulicy. Wściekłam się, bo mi coś nie wychodziło. I wrzeszczałam na biednego manekina. A za oknem przechodziła akurat jakaś pani. Zaglądała zaniepokojona, co tu się dzieje – przemoc w rodzinie? Dzisiaj jestem spokojniejsza. Choć ostatnie miesiące tak mi dały w kość, że ledwo żyję. Wczoraj puściły mi nerwy, tym razem nie manekin wyprowadził mnie z równowagi, lecz żywy człowiek.

– Zmęczenie to cena spełnienia marzeń?
Gosia Baczyńska:
Bez wątpienia. Dziewczyna, która przyszła do mnie na próbę jako krawcowa, zobaczyła, jak pracuję, i zapytała: „Ty się tak wkopałaś czy tak chciałaś?”. Co to znaczy – wkopałaś? Mam plany, marzenia. To jest właśnie cena za robienie czegoś, co wykracza ponad przeciętność. To musi kosztować sporo wysiłku. Niektórzy mówią, że mam talent. W porządku, ale to nie wszystko. Trzeba dużo i mocno pracować. Z zegarkiem w ręku. Pamiętam, kiedyś szyłam suknię ślubną dla znajomej. Sam końcowy etap zajął mi 48 godzin pracy non stop. Przerwę robiłam tylko na papierosa i kawę. Zdążyłam! To jest cholernie ciężki zawód – krawcowa.

– Jesteś krawcową?
Gosia Baczyńska:
Nie. Umiem szyć, ale nie jestem krawcową. Tak jak architekt, choć umie kreślić, nie jest kreślarzem. Jestem projektantką mody. Bywam artystką. Pierwszą rzeczą, jaką uszyłam na Floriańskiej, była suknia dla wielkiej artystki sceny, którą niezwykle cenię. Zobaczyła tę suknię moja megautalentowana koleżanka po fachu i zachwycona krzyknęła: „Boże, Gośka, ty jesteś artystką!”. To jest bardzo miłe. Podnosi mi poczucie wartości.

– Od początku wiedziałaś, że w tym zawodzie czeka Cię tak ciężka robota?
Gosia Baczyńska:
Może niezupełnie. Ale zawsze byłam gotowa na wyzwania. I nie sądziłam, że od rana będę sobie piła kawkę i czytała gazety. Nie da rady.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Kiedy uszyłaś swoją pierwszą sukienkę?
Gosia Baczyńska:
W podstawówce. Była malinowa, u dołu miała falbany, aplikacje. Uszyłam na maszynie mamy, starym łuczniku, który mam do dziś. Mama nie była zadowolona, bo materiał podkradłam jej z szuflady, a czasy były takie, że wszystko było na wagę złota.

– Mama też lubiła się dobrze ubrać?
Gosia Baczyńska:
Tak, ale chodziła do krawcowej, nie szyła sama. Chociaż potrafiła. Wtedy dziewczyny gruntownie wychowane i przygotowane do życia potrafiły ugotować, uszyć zasłonki. Albo prostą spódniczkę. Więc kilka uszyła, lecz to nie od niej uczyłam się pierwszych ściegów. Sama kombinowałam. Miałam wyobraźnię przestrzenną i umiałam dojść, jak z tej formy, z tego prostokąta, zrobić coś ciekawego. Już w podstawówce. Zwiedzałam strychy u rodziny, znajdowałam tam rzeczy z lat 40. – wtedy nie było lumpeksów. Zakładałam marynarki z wywatowanymi ramionami, spodnie rurki, gdy modne były szerokie. Lubiłam się wyróżniać, chciałam zamanifestować, że jestem inna, wiem więcej, więcej czuję. Byłam koszmarnie nieśmiała, to był sposób na przezwyciężenie swoich kompleksów.

– W liceum podobno miałaś depresję?
Gosia Baczyńska:
Raczej wstręt do algebry. Zdałam do liceum plastycznego we Wrocławiu. Rzeźba, malarstwo, rozmowy o sztuce – wszystko mnie tam interesowało, nawet śpiewałam w zespole. Ubierałam się obłędnie, co rusz w nowych ciuchach, które szyłam po nocach. Ale matematyczka chciała mnie usadzić, pokazać, gdzie moje miejsce. Przestałam chodzić na lekcje, zaczęłam wagarować i wyleciałam ze szkoły. Maturę zdawałam w wieczorówce.

– Zauważyłem, że konflikty w Twoim życiu są bardzo twórcze. Projektantką zostałaś przez dwóję na studiach?
Gosia Baczyńska:
Jeden z profesorów fatalnie ocenił moje rysunki techniczne i nie zaliczono mi roku na ASP. Musiałam wziąć dziekankę i żeby coś robić, trafiłam na plan telewizyjnej wersji „Frankensteina”, którą Anglicy kręcili we wrocławskiej wytwórni. Zajmowałam się tam kostiumami – fascynowały mnie empirowe suknie uszyte z takim pietyzmem, że wyglądały jak oryginalne z epoki. Tak mnie to wszystko zaintrygowało, że postanowiłam odwiedzić Wielką Brytanię. Pojechałam do Londynu. Ten wyjazd kompletnie mnie odmienił. Zaczęłam moje świadome życie. Wcześniej nie miałam pomysłu na siebie. A tam dokładnie wiedziałam, że to, czego chcę, to moda. I że nawet, jak mi tam jest źle, to i tak mogę ten czas maksymalnie wykorzystać.


– Doskwierała Ci tęsknota czy do garnka nie miałaś co włożyć?
Gosia Baczyńska:
Jedno i drugie. Na początku byłam bardzo samotna. Mieszkałam w najtańszych hotelikach. Znalazłam pracę w studiu, które szyło dla projektantów londyńskich. Strasznie dużo tam pracowałam za liche pieniądze. Któregoś wieczoru miałam dość – rzuciłam wszystko. Ale nawet wtedy – w najgłębszym dole – słyszałam wewnętrzny głos: „Jest ciężko, jesteś teraz załamana, ale przecież ta krwawica nie może pójść na marne”. 

– Podziwiam tę ufność.
Gosia Baczyńska:
No cóż, jestem malkontentem. Najlepiej wie o tym moja siostra, która całe życie musi wysłuchiwać moich wątpliwości. Gdyby nie jej wsparcie, pewnie nie doszłabym tu, gdzie jestem. Ale gdzieś w głębi duszy jestem optymistką.

– Ta cecha na pewno pomogła Ci podbić Warszawę. Pamiętasz swoje początki?
Gosia Baczyńska:
Dobrze pamiętam, zwłaszcza pierwsze dwa miesiące. To były wakacje. Puste miasto, a ja sama w nowym, pustym mieszkaniu. Martwiłam się, co ze mną będzie. Koleżanka proponowała: „Pojedź z nami nad morze”. A ja: „Nie mogę. Muszę tu pracować”. Co było kompletną bzdurą, mogłam jechać, bo i tak nic w tym czasie nie zrobiłam, ale dręczyło mnie przekonanie, że nie mogę sobie na to pozwolić.

– Poczucie obowiązku?
Gosia Baczyńska:
Mam to po mamie. Była księgową, rozumiesz. Ale wiele rzeczy robię też z poczucia obowiązku wobec samej siebie. Los dał mi szansę, talent, więc mam obowiązek o niego dbać, rozwijać. I robię to. Dwanaście lat temu wynajęłam piwnicę we Wrocławiu. Założyłam firmę. To, co wtedy szyłam, dziś wydaje mi się okropne. Ale uczyłam się. Bardzo dużo dała mi przeprowadzka do Warszawy i kontakt ze środowiskiem, ze stylistami, rozmowy.

– Przymiarki robiłaś w toalecie?
Gosia Baczyńska:
Tak, to już jest milion razy powtarzana anegdota, bo taka malownicza historia o początkach kariery, ale nic nowego przecież nie wymyślę, a ty chcesz ją usłyszeć:) Przez trzy lata dojeżdżałam do Warszawy, tu miałam klientki. Spotykałam się z nimi w Sheratonie, bo ten hotel ma toalety z dużymi lustrami. Za to dzięki innemu hotelowi – to był Bristol – zadecydowałam, że pora już przenieść się do stolicy. Bałam się Warszawy, był to dla mnie cholernie odległy świat. Ale jednocześnie pożądany. Tu są magazyny, pokazy, tu jest centrum modowego świata. Więc czekałam na jakiś znak, że to już – trzeba działać. Któregoś dnia wyjeżdżam z Warszawy, a tu telefon: „Chciałabym u pani uszyć sukienkę. Zapraszam do Bristolu”. Zawróciłam, siedzę z tą kobietą przy barze i widzę: obok przesuwają się dwa znajome profile. Moi byli pracodawcy z Londynu.

– Pogroziłaś im pięścią?
Gosia Baczyńska:
Nie, dlaczego? Dzięki nim poznałam krawiectwo od podszewki. To procentuje do dziś. Więc uśmiecham się do nich w tym Bristolu i piszę liścik. Za chwilę rozmawiamy i okazuje się, że mają mieszkanie na Tamce do wynajęcia. Duże, piękne, z duszą. Uznałam, że tego mi trzeba – przenoszę się do Warszawy.


– Miałaś stracha?
Gosia Baczyńska:
Wielkiego. Czułam, że rzucam się na głęboką wodę. Dziś mam to samo uczucie. Ale wiem, że nie mam wyjścia. Od dawna marzyłam o dużej pracowni i sklepie. Czasem sobie myślę: a po co mi to? Mogłam zatrzymać się na etapie sprzed pięciu lat. Mieć kilka klientek, jedną krawcową, żyć sobie spokojnie. Ale wiem, że to byłaby nuda.

– Jest wiele kobiet, które projektują, ale Gosia Baczyńska jest jedna. Od czego zaczęła się Twoja kariera?
Gosia Baczyńska:
Myślę, że od pierwszego pokazu w Warszawie. Zaproponowałam coś, co było wyjątkowe i zaprezentowane w wyjątkowy sposób. Sponsorem był nieżyjący już Mariusz Łukaszewicz, twórca Eurobanku. Wyłożył pieniądze, bo spodobało mu się to, co zrobiłam we Wrocławiu własnymi siłami, „za grosik”. Jestem mu wdzięczna do tej pory. Noszę jako talizman smycz, która pochodzi z filmu „Ciało”. On też dał pieniądze na ten film. Smycz jest totalnie zniszczona, ale ja przywiązuję się do rzeczy. I jestem sentymentalna, w co trudno pewnie niektórym uwierzyć. Co poniektórzy uważają, że jestem straszną heterą.

– A jesteś?
Gosia Baczyńska:
Bywam, kiedy muszę. Wkurza mnie wiele rzeczy i to moje wkurzenie widać. Nie mam czasu na jakieś okrągłe słówka. Wśród moich znajomych krążą legendy o tym, jak wrzasnęłam kiedyś tuż przed pokazem na modelki, które rozłaziły się po kątach: „Za pięć minut wszystkie w rządku!”. Mam donośny głos. Zadziałało. Dodam tylko, że nie ja byłam organizatorem pokazu. Na moich autorskich pokazach wszystko idzie jak w zegarku.

– Na znajomych też krzyczysz?
Gosia Baczyńska:
Nie. Towarzysko jestem łagodnym barankiem. Jestem miła i układna:) Moje klientki to wyczuwają i często zwierzają mi się. Przymiarka to bardzo intymna sytuacja. Staram się, żeby panie czuły się bezpiecznie. Ze mną jak z lekarzem.

– Trzeba się rozebrać?
Gosia Baczyńska:
Tak, ale staram się wszystko robić dyskretnie, żeby żadna klientka nie poczuła się zażenowana. Choć są takie, które potrafią biegać półnago po pracowni. Raz sama poczułam się tym skrępowana.

– Przez lata zapracowałaś na swoją markę. Jaka jest cena sukcesu?
Gosia Baczyńska:
Nie potrafię cieszyć się ze swoich osiągnięć. Teraz niby wiem, że spełniam swoje marzenia, ale radość zasnuwa niepokój. Nic, tylko myślę, co mam zrobić dziś, jutro, pojutrze. Oszaleć można. Przez ostatni rok wycofałam się z życia towarzyskiego. Bardzo mi tego brakuje – beztroskiego czasu dla znajomych. Nie mam czasu nawet na to, żeby zadbać o siebie. Przeszłam na dietę, ale za dużo z tym zachodu, wytrzymałam trzy tygodnie.


– Boisz się konkurencji?
Gosia Baczyńska:
Nie, mój lęk dotyczy czegoś innego. Boję się, że przestanę nadążać za rzeczywistością, że się zestarzeję w myśleniu o modzie. To chyba zawsze był mój kompleks. Trzeba czuć szóstym zmysłem, co się dzieje w stylu życia, w muzyce, w technologiach, i przetwarzać to w pracy. Nie chciałabym utknąć i zacząć robić modę tylko dla swoich rówieśniczek. Teraz, przytłoczona pracami ze sklepem, od dłuższego czasu nic nie zaprojektowałam i zaczynają dopadać mnie wątpliwości, czy mam jeszcze coś do powiedzenia.

– Na Twoich pokazach bywają gwiazdy. Twoje zdanie liczy się w środowisku. Wysoko podniosłaś poprzeczkę i musisz teraz trzymać poziom?
Gosia Baczyńska:
Wiem, że ludzie czegoś takiego ode mnie oczekują. I to jest duże obciążenie. Ludzie zapominają, że żyjemy i tworzymy  w polskich realiach. Nie sposób konkurować z wielkimi domami mody na Zachodzie, gdzie są kolosalne pieniądze. Przy tych ograniczeniach myślę, że świetnie sobie radzę.

– Córka Jaggera, Elizabeth, po pokazie, na którym chodziła w Twoich kreacjach, powiedziała: „Przyjedź do Nowego Jorku, na pewno się tam spodobasz!”. Wybierasz się?
Gosia Baczyńska:
Byłam w Nowym Jorku trzy lata temu. Znajomy zorganizował mi kilka spotkań w showroomach. Nic z tego nie wyszło, bo byłam nieprzygotowana. Idę tam, a koleś mnie pyta: „Gdzie masz listę cen?”. Żeby mieć taką listę, musiałabym rzetelnie przygotować wzory do produkcji. To wielka praca, o której nie miałam pojęcia. Ale zainteresowanie było spore, a kilka osób chodzi po NY w moich rzeczach.

– To może pojedziesz do Paryża, zawsze to bliżej?
Gosia Baczyńska:
Była taka szansa parę lat temu, żeby pokazać się w Paryżu na pokazach prat-a-porter. I nawet mogłam być wpisana do kalendarza oficjalnego, a nie do offu. Miałam już spotkania z agencją, która organizuje pokazy Diora, Fendi, oglądałam salę w Muzeum Człowieka. Sprawa wyglądała poważnie. Ale nie udało mi się znaleźć w Polsce pieniędzy. Pewnie to i dobrze. Bo nie wystarczy przygotować świetny pokaz. Trzeba mieć biuro prasowe, żeby dotrzeć do mediów, ściągnąć odpowiednie osoby, żeby o tym napisały, trzeba ściągnąć kupców, a przede wszystkim być przygotowanym do realizacji zamówień, trzeba mieć zaplecze finansowe, aby ruszyć machinę. To wielka praca, której nie jestem w stanie w tej chwili wykonać. Więc jeżeli pytasz, czy marzę o Paryżu – oczywiście, ale może kiedyś, w przyszłości. Teraz chcę się skupić na tym, co mam. Usadowić się, znaleźć swoje miejsce i trochę spokoju. Mój butik i atelier dopiero się wykluwają. Niecierpliwie czekam, co z nich wyrośnie.

Rozmawiał Roman Praszyński
Zdjęcia Paweł Bownik
Makijaż Julita Jaskółka/ISA DORA 
Fryzury Łukasz Pycior/D’VISION ART
Aranżacja wnętrza Piotr Czaja
Modelka Asia Pułko/D’VISION
Produkcja Elżbieta Czaja

Zdjęcia zostały zrealizowane we wnętrzach nowo otwartego butiku - pracowni Gosi Baczyńskiej przy ul. Floriańskiej 6, www.gosiabaczynska.com.pl, tel. do sklepu 516 133 507.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/9 lat temu
wow.jestem pod wrazeniem.wywiad jest bardzo interesujacy. ta pani ma osobowosc!
/9 lat temu
Piekny wywiad. Wspaniala kobieta!
/9 lat temu
Ale gruba
POKAŻ KOMENTARZE (1)