Gosia Baczyńska. Jak walczy o pieniądze i oswaja samotność?

Ta rozmowa jest jak kadry z filmu dokumentalnego o życiu najlepszej polskiej projektantki.
Gosia Baczyńska fot. ONS.pl

Intensywna, poruszająca, zaskakująca. Widzimy ją, jak przemawia do manekina o czwartej nad ranem. Jak zasypia ze zmęczenia na szezlongu w pracowni. Jak otwiera lodówkę, w której jest tylko… światło. Jak oswaja samotność. Jak „walczy” o pieniądze milionerów na pokazy swoich kolekcji. Właśnie odniosła swój trzeci triumf na Fashion Week w Paryżu.

Wywiad z Gosią Bczyńską

Pozwoliłaś mi zajrzeć do słynnego notesu, z którym się nie rozstajesz. Jest czarny, w miękkiej oprawie, cały zapisany: myśli złapane w biegu, kolumny cyfr, skrupulatne wyliczenia, groźne wykrzykniki, urocze rysunki, niektóre porzucone w połowie kreski, a pomiędzy nimi nazwiska, daty i godziny. Dziesiątki spotkań rozpisanych każdego dnia, od rana. Poczułam niemal fizyczny ciężar Twojego sukcesu. Budzisz się czasami zmęczona?

Często. Zawsze.

Zawsze czy często?

Mam wrażenie, że zawsze. Od wielu lat, kiedy rano otwieram oczy, nie mam już tego błysku: „Boże, jest nowy dzień, czeka mnie coś fajnego”. Teraz, zanim w ogóle się obudzę, myślę o tym, co mam zrobić. I ta myśl, we śnie, napawa mnie przerażeniem, bo zazwyczaj to, co mam zrobić, jest nie do udźwignięcia dla jednej osoby.

Ty to dźwigasz, mimo wszystko.

Dźwigam, ale każdy dzień to walka. Budzę się i nie chce mi się wstawać. Może dlatego tak długo to trwa. Przewracam się z jednego boku na drugi, biję się sama ze sobą o każdą minutę.

Jak zaspane dziecko, które nie chce wstać do szkoły.

(Śmiech). Nie poznałabyś mnie rano. Zero makijażu, rozczochrane włosy, opuchlizna pod oczami. Teraz już wyraźnie zmalała, bo dostałam lekarstwa, ale przed każdym pokazem w Paryżu ze stresu cała puchnę. Moje krawcowe często widzą mnie w tym stanie. Zakładam spodnie od dresu, wyłaniam się z mojej garsoniery, ustalam z paniami, co jest do zrobienia w pierwszej kolejności, a potem znikam w łazience, żeby doprowadzić się do ładu. Tam też załatwiam pierwsze maile, telefony, SMS-y.

Twoje gniazdo to 40 metrów kwadratowych, na których mieści się biurko zawalone papierami, wielkie łóżko, telewizor i łazienka, w której najwięcej miejsca zajmuje piękny szezlong zasłany ubraniami. Lubisz tu spać?

Ja tu nie śpię, to moje drugie biuro, moje spa. W sąsiedniej kamienicy wynajęłam małe mieszkanie. Sama świadomość, że jest obok, że w każdej chwili mogę wyjść z pracowni i zamknąć drzwi, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Ale ostatni raz spałam tam… (wahanie) miesiąc temu. Tylko nic nie mów.

Nie mówię.

Wiem, że to jest chore. Nie potrafię nauczyć się, że o pewnej godzinie praca się kończy i trzeba iść do domu. Wszyscy wychodzą, ja zostaję, zaczynam się krzątać, siedzę przy komputerze, coś piszę, czegoś szukam, upinam kreacje dla klientek, szkicuję, liczę, gadam przez telefon towarzysko i służbowo, godziny lecą, mija 24, pierwsza, trzecia… Od jakiegoś czasu kładę się koło piątej. Wiesz, co mnie ostatnio najbardziej ubodło?

Nie wiem, mam zgadywać?

Sama ci powiem. Doszły do mnie plotki, że już dawno mogłabym „zaistnieć” w Paryżu, gdyby nie fakt, że jestem leniwa.

Oburzyło Cię to słowo?

Oczywiście, że mnie oburzyło. Bo nie jestem leniwa! Z natury, owszem, wolałabym leżeć i nic nie robić. W szkole zawsze o mnie mówiono: zdolna, ale leń, bo mi się do tej szkoły chodzić nie chciało, nużyła mnie. Ale całe moje dorosłe życie zapieprzam. Problem polega na tym, że w Polsce nikt nie ma pojęcia, co to właściwie znaczy dostać się do oficjalnego kalendarza Paris Fashion Week. Co się za tym kryje.

Ty miałaś pojęcie, co Cię czeka?

W ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie chcę tu uprawiać martyrologii, ale to był gigantyczny wysiłek logistyczny i finansowy. Jak wyprawa na Marsa. Najpierw szukanie dojścia do federacji, później agencji PR. Zaczęło się prawie dwa lata temu od rozmów z Totem, jedną z najlepszych agencji PR w Paryżu, która promowała między innymi Vivienne Westwood i Ricka Owensa. Bez dobrej agencji nie miałabym szans w Paryżu, więc bardzo mi zależało na tej współpracy. Nie zapomnę poranka, kiedy otrzymałam od nich umowę i zobaczyłam, ile wynosi ich honorarium. Była to niebotyczna kwota. Dostałam szału z bezsilności. Pierwszy raz w życiu poczułam się jak osoba drugiej kategorii, jak człowiek zza żelaznej kurtyny. Nawet sprzątając domy 20 lat temu w Londynie, czułam tylko radość.

Co zrobiłaś?

Całą noc pisałam maila, po angielsku, obłożona dwoma słownikami i podręcznikiem do gramatyki. Przyjaciele pukali się w czoło, ale byłam zdeterminowana. Napisałam, że nie jestem kumplem Putina, nie jestem Judaszkinem (Walentin
Judaszkin, „nadworny krawiec” Rosji, przyp. red.), nie jestem Rosjanką, za którą stoją gigantyczne pieniądze rosyjskich oligarchów, tylko Polką, która zaczynała od zera i kroczek po kroczku szła za swoimi marzeniami. Moja upokorzona duma sprawiła, że każde zdanie wyrwałam prosto z trzewi. Na koniec dodałam, że jedna piąta tej kwoty to jest maksimum, które mogę im zapłacić, o ile w ogóle uda mi się zebrać takie pieniądze. Tydzień później Kuki de Salvertes, właściciel Totem, siedział u mnie w pracowni na Floriańskiej.

Bioenergoterapeuta, do którego wybrałaś się w akcie desperacji, powiedział: „Ale sobie pani życie wybrała, co? Pani musi zbudować swoje królestwo. Pani jest królową na wojnie”. Kuki przyjechał na własne oczy zobaczyć, z kim ma do czynienia?

Chciał się upewnić, czy na pewno jestem gotowa na taką walkę.

W której pomagał Ci sztab ludzi, gdzie musiałaś włożyć ogromne pieniądze i pracować 24 godziny na dobę. Czy potem, choć przez chwilę, poczułaś taką czystą, niezmąconą radość z tego sukcesu?

Może przez parę minut, kiedy z Paryża zadzwonił Kuki i powiedział: „Gozia – tak wymawia moje imię – jesteś na oficjalnej liście pokazów”. Zajrzałam do Internetu, a tam jednego dnia Louis Vuitton, Hermes, Miu Miu i Gosia Baczyńska. Nie potrafię ci opisać tej radości (milczenie). Ale szybko złapałam się za głowę: „Jezus Maria, teraz trzeba szukać pieniędzy, bo to wszystko strasznie dużo kosztuje i jest strasznie mało czasu”.

Pieniądze to wstydliwy temat. Są, ale nie należy pytać, skąd. Ty musiałaś nauczyć się nie tylko je zarabiać, liczyć, kontrolować, ale też właśnie „szukać”, czyli zdobywać sponsorów. To chyba nie jest dla artysty fajne zajęcie?

Opowiem ci historię. Francisa, właściciela Sunreef Yachts, firmy produkującej luksusowe jachty i katamarany, poznałam w Arabii Saudyjskiej w czasie misji gospodarczej. To było dwa lata temu. W międzyczasie widzieliśmy się raz, kiedy jego żona szyła u mnie sukienkę. Przed pokazem w Paryżu, kiedy brakowało mi pieniędzy, znalazłam wizytówkę Francisa i zadzwoniłam. Nie miałam nic do stracenia. Kiedy usłyszałam: „Dzień dobry, Gosia”, byłam mile zaskoczona, ponieważ żyjemy w czasach, gdzie modne stało się nieodbieranie telefonów, nieoddzwanianie i nieodpisywanie na maile czy SMS-y. Mówię: „Cześć, Francis, dzwonię do ciebie w akcie desperacji. Robię pokaz w Paryżu – tu mu opowiedziałam szczegóły – i, krótko mówiąc, potrzebuję wsparcia. Może jest to w jakiś sposób interesujące dla twojej firmy i mógłbyś mnie sponsorować?”.

Rozmawiała Beata Nowicka

Więcej w najnowszym magazynie Viva! 21/2014

Więcej:

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)