Erika Oley i Amadeusz Król

Jedna z najlepszych partii w Polsce zdobyta. Wiceprezes i dyrektor generalny AWR „Wprost” poślubi prezenterkę serwisu TVN 24.
/ 27.04.2005 15:00
Magda Łuków: Istnieje przeznaczenie?
Erika Oley: Kiedyś nie wierzyłam w przeznaczenie. Urodziłam się i wychowałam w Ameryce. Moja rodzina, z wyjątkiem mamy, która przyjechała tu do pracy, została za Oceanem. Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w Polsce 13 lat temu, było mi ciężko. Brakowało mi wszystkiego, nawet słońca. Poszłam do amerykańskiej szkoły, potem pojechałam do USA na studia. Wtedy, kiedy mogłam zostać w Stanach, wróciłam i zaczęłam pracę w TVN 24. Teraz chyba nawet bardziej czuję się Polką niż Amerykanką, zwłaszcza że mój ojciec jest z pochodzenia Polakiem. I jeszcze spotkałam Amadeusza, więc chyba istnieje coś takiego jak przeznaczenie.
Amadeusz Król:
Zgadzam się z Eriką. Jednak mówiąc o przeznaczeniu wierzę, że przed naszym spotkaniem musiała nastąpić jakaś suma zdarzeń, czasami bolesnych, żebyśmy mogli się spotkać i pokochać. I te trudne momenty z przeszłości, choć nie tylko, pozwalają nam rozumieć się doskonale, mimo siedmiu lat różnicy. Erika jest osobą wrażliwą i delikatną, ale jak trzeba, potrafi przywdziać zbroję i walczyć – wiem, że mogę na nią liczyć w każdej życiowej sytuacji.
E. O.: Nie wiem, czy gdybyśmy się spotkali pięć lat temu, bylibyśmy gotowi na tę miłość. Potrafilibyśmy docenić to, co nam się przydarzyło.

– Miłość jak grom z jasnego nieba?
A. K.: Nie było żadnego gromu. Do spotkania Eriki każdy związek budowałem na skrajnych emocjach, na wysokim C. Tymczasem okazało się, że najpierw może być znajomość, potem przyjaźń i w końcu miłość, która będzie rosła z dnia na dzień. Jesteśmy ze sobą jakiś rok, ale znamy się ponad dwa.

– Pamiętacie pierwsze spotkanie?
E. O.: Oczywiście. To był jeden z wieczorków klubowych w Polskiej Radzie Biznesu. Siedzieliśmy przy jednym stole.
A. K.: Pamiętam, że mnie zaintrygowałaś, bo byłaś najbardziej kobiecą i naturalną z kobiet tam obecnych. Mój męski instynkt kazał mi spojrzeć i zapisać spostrzeżenia na twardym dysku. Zapamiętałem czarne spodnie, pupę, ładny biust i włosy. Ale byłem wtedy z kimś innym i zapis poszedł do archiwum.
E. O.: Ja też zwróciłam na Amadeusza uwagę, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam, że pomiędzy nami mogłoby się coś zdarzyć.
A. K.: Chyba nie miałaś wtedy o mnie najlepszego zdania...
E. O.: Lubiłam Amadeusza, ale wydawał mi się lekkoduchem. Do tego wiele kobiet go podrywało na moich oczach, polowało na niego.

– Co się stało, że zmieniłaś zdanie?
A. K.: Może ja to opowiem. Kiedy tak wpadaliśmy na siebie tu i ówdzie, często proponowałem Erice spacer z psami w Konstancinie pod Warszawą, gdzie mieszkają moi rodzice. Któregoś dnia miałem wolną chwilę, więc pomyślałem: czemu nie. Wysłałem esemesa i tak się zaczęło. To był bardzo długi spacer. Tak długi, że doszliśmy aż do Chojnowa.
E. O.: Jeszcze teraz pamiętam swoje zdziwienie. Szliśmy, świetnie nam się rozmawiało i dopiero wtedy zobaczyłam, jaki to fajny facet. A potem Amadeusz zrobił coś, czym mnie już rozbroił do reszty. Było późno, chyba jakaś 23.00. Siedziałam w domu bardzo głodna i nie miałam nawet kromki chleba. Ama zadzwonił. I kiedy dowiedział się, że głoduję, za kilkanaście minut zjawił się z miseczką sałatki, świeżym chlebem i małymi pomidorkami. Wręczył mi jedzenie i odjechał, nie chciał tak późno wchodzić do środka. Pomyślałam sobie, że tylko ktoś niezwykły mógł zrobić bezinteresownie coś tak miłego.
A. K.: Dla mnie to była zwykła rzecz. Zresztą miałem czym zaimponować Erice, bo sałatka jarzynowa to jeden z okrętów flagowych w domu Królów.

– Chcecie mi wmówić, że nie było żadnych emocji, motyli w brzuchu?
E. O.: No, nie do końca – i motyle, i emocje były. Oboje jednak byliśmy po dość toksycznych związkach, więc stąpaliśmy ostrożnie.
A. K.: Może nie powinienem tego mówić, ale wszystko rozwijało się tak spokojnie, że zastanawiałem się nad emocjami, jakie między nami się pojawiły. Bałem się, żeby nie była to tylko próba uleczenia po poprzednim związku. Do tej pory byłem przecież facetem, który w stanie zakochania od początku wysyłał bukiety kwiatów, zawalał terminy w pracy, byle tylko porozmawiać, spotkać się z dziewczyną. Moi rodzice przeszli ze mną swoje. A tu tylko błogi spokój i poznawanie się bliżej, powoli.

– Po czym poznać, że to właśnie ta osoba?
E. O.: Dla mnie takim sygnałem było to, że po raz pierwszy w związku nie musiałam analizować ciągle sytuacji. Temperatura uczuć rozwijała się tak jakoś naturalnie. Myślałam nawet: a może to nienormalne? Czy na pewno nie powinno być jakichś problemów, kłótni? Okazało się, że można się bez nich obejść. A później poczułam, że mogę mu zaufać, powiedzieć wszystko, a on mnie wysłucha. Że mogę na niego też liczyć w każdej sytuacji.
A. K.: Erika świetnie to ujęła. Bo ja też po raz pierwszy, będąc z kimś, nie czułem żadnej presji. Że ciągle są jakieś oczekiwania. Nawet decyzja o tym, żeby wspólnie zamieszkać wyszła bardzo spontanicznie. Kiedy już po pierwszym pocałunku przekroczyliśmy barierę intymności, Erika zaczęła zostawać u mnie w mieszkaniu w Warszawie na noc. Przez jakieś dobre kilka miesięcy codziennie przywoziła sobie świeże rzeczy.

– To chyba niewygodne?
E. O.: Owszem, ale nie chciałam czegoś zepsuć. Sprawić, że Amadeusz poczuje się zagrożony. Nie chciałam przekroczyć pewnego progu prywatności. Wtargnąć w jego życie na siłę, bo każdy, nawet kochający człowiek, potrzebuje własnego terytorium.
A. K.: Tak, tak... Erika to świetnie sobie wykombinowała. Nie ma nawet nic przeciwko temu, żebym co jakiś czas wyskoczył na „męski wieczór”. Wie, że każdy facet musi czasami spotkać się w czysto męskim gronie, kiedy można się pozachowywać trochę rubasznie. Doszło więc do tego, że ostatnio już nawet nie chce mi się chodzić na te spotkania. Widać zakazany owoc smakuje lepiej.

– Podobno Amadeusz świetnie gotuje?
E. O.: Ma talent. Ja wprawdzie też gotuję, ale muszę mieć przepis i trzymam się go ściśle. Amadeusz natomiast to artysta. Siłą jego kuchni jest improwizacja.
A. K.: Ale mojego pstrąga nadziewanego kurczakiem nie zjadłaś...
E. O.: ...
A. K.: No, może faktycznie nie był dopracowany. Ale czasami trzeba próbować zrobić coś innego, bo a nóż wyjdzie.
E. O.: I w 99 procentach wychodzi. Ten pstrąg to wyjątek. Ama ma talent po mamie. Opowiadano mi, że kiedy jego mama Paulina wychodziła z domu, nic nie umiała gotować. Wszyscy się martwili. A potem zaczęła tak znakomicie gotować, że pewnie trzeba by długo szukać takiej kuchni, jak u Królów.
A. K.: Faktycznie, nigdy nie uczyłem się gotować. Kiedy chciałem przyrządzić na przykład barszcz, dzwoniłem do babci i z grubsza robiłem to, co mi powiedziała. Efekt był zaskakująco dobry. Dla mnie gotowanie jest znakomitym relaksem. W ogóle lubię robić różne rzeczy dla domu, tylko dla siebie samego mi się nie chciało.

– Teraz już masz dla kogo gotować?
A. K.: Owszem. Tylko muszę uważać na sylwetkę. Bo Erika zapomniała powiedzieć, że kuchnia u jej mamy też jest wyśmienita. Kiedy więc w weekendy odwiedzamy oba domy, jedzenie jest tak pyszne, że nie można się powstrzymać. Już czuję, że bez dodatkowej dawki basenu i siłowni się nie obejdzie.

– Miłość to zupełna akceptacja?
A. K.: Ja bym tak sprawy nie stawiał. Bo jak się jest w związku, człowiek automatycznie dojrzewa, uczy się partnera i od partnera. Sam jestem bardzo emocjonalną osobą. Ciągle się coś we mnie kotłuje i na dodatek wszystko muszę z siebie wyrzucić. Lepiej, gdy jest to radość, gorzej, gdy złość. Na szczęście Erika jest takim głosem rozsądku w naszym związku, który potrafi przywrócić sprawom ich właściwą miarę. I wyciszyć te niszczące emocje. Co oczywiście z drugiej strony czasami mnie irytuje. Bo mnie się wydaje, że problem jest ogromny, a ona to „bagatelizuje”, a nie neutralizuje. To, co wiele osób wyniszcza, czyli negatywne emocje, Erika potrafi uleczyć jak za dotknięciem różdżki.
E. O.: To prawda, że wciąż uczymy się siebie, zmieniamy. Czasami po prostu staram się przeczekać jego zły nastrój. Wiem, że po dużych stresach, jakie ma w pracy, potrzebuje pójść sam na spacer, posiedzieć godzinkę przed komputerem. Ludzie często kłócą się, bo zamiast zastanowić się, co się dzieje, od razu reagują emocjonalnie. Ja dzięki Amadeuszowi nauczyłam się mówić, co mnie gryzie. Zawsze byłam osobą raczej zamkniętą, która liczyła tylko na siebie. Czasami tyle myśli kotłowało mi się w głowie, jakby ta głowa zaraz miała pęknąć.
A. K.:
Zawsze można dojść do porozumienia, jeśli w związku jest wspólnota dusz, fundament, na którym można budować. Dla nas obojga najważniejsze jest to, że postrzegamy świat tak samo. Mimo że pochodzimy z bardzo różnych kultur, równie ważne są dla nas dom, rodzina i wzajemny szacunek. Dopiero gdy poznałem Erikę, poczułem, że moja wcześniejsza niechęć do trwałych związków wynikała z tego, że kierowaliśmy się z moimi dziewczynami innymi wartościami.

– Niedawno zdecydowaliście się na ślub. Będzie skromna uroczystość czy wielka pompa?
A. K.: Będzie ślub kościelny i wielka pompa. U nas duża impreza to już tradycja. Kiedy moi rodzice w zeszłym roku obchodzili 30. rocznicę ślubu, też zrobiliśmy imprezę na 100 osób. Nie inaczej było, gdy kończyłem trzydziestkę. Tak będzie i teraz, bo oboje z Eriką lubimy mieć wokół siebie wszystkich swoich bliskich. Poza tym uwielbiam zajmować się organizacją takich imprez.
E. O.: Kiedyś myślałam, że może kameralny ślub na plaży albo w ogrodzie, ale – tak jak Amadeusz – nie wyobrażam sobie tej chwili bez wszystkich bliskich. Zjedzie się więc cała rodzina z Ameryki. Łącznie z moim 70-letnim wujkiem, pastorem, który wraz z księdzem odprawi mszę dwujęzyczną.
A. K.: Choć nad ślubem kościelnym musieliśmy się trochę zastanowić. Na początku myśleliśmy o ślubie jednostronnym, bo nie byłem nawet ochrzczony. Jestem jednak agnostykiem i kiedy zaczęliśmy spotykać się z inspirującym pastorem kościoła ewangelickiego, zrozumieliśmy, że możemy wziąć normalny ślub kościelny. Zacząłem widzieć miejsce dla siebie we wspólnocie kościoła.

– Można się kochać i żyć bez ślubu. Po co spieszycie się tak do ołtarza?
A. K.: Mój dziadek mawiał: „Pamiętaj, Amadeusz, ty się ożeń przed trzydziestką, bo po trzydziestce facet widzi w kobietach coraz więcej wad i staje się coraz bardziej wymagający. A ja już skończyłem 30. Ale tak poważnie. Rzeczywiście, jak patrzy się na związki dookoła, na tę hipokryzję, to człowiek zastanawia się nad sensem małżeństwa. Ale jak spotyka się tę właściwą osobę, ślub staje się naturalną rzeczą. Nie mam wrażenia, żebyśmy się spieszyli. Owszem, moglibyśmy się pobrać trzy miesiące wcześniej, trzy lata później, bo w naszych relacjach to nic nie zmieni. W żaden sposób nie ograniczy swobody. Kiedy oświadczałem się Erice w ostatnią Wigilię, nie obyło się bez emocji i zaskoczenia, ale nie było zdziwienia.
E. O.: Mimo że jestem osobą poukładaną, nigdy nie miałam w głowie tak precyzyjnego planu na życie. Wiedziałam, że teraz to będę się uczyć, potem pójdę do pracy itd. Ale nigdy nie zastanawiałam się, kiedy chciałabym wyjść za mąż. Dla mnie ważne jest, by w moim życiu był Amadeusz, więc zaakceptowałam jego oświadczyny bez zastanowienia. I tak jest dobrze.

Rozmawiała Magda Łuków
Zdjęcia Marcin Tyszka
Stylizacja Jola Czaja; makijaż Agnieszka Wasiak; fryzury Łukasz Pycior
Produkcja sesji Joanna Guzowska

Redakcja VIVA! dziękuje za pomoc w realizacji sesji Panu Sławomirowi Pilarskiemu oraz Sheraton Warsaw Hotel & Towers, ul. Prusa 2, Warszawa. Zdjęcia wykonano w Apartamencie Królewskim
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)