Daniel Olbrychski

Uważa, że mógłby wystąpić jako świadek świętości Jana Pawła II.
Czy 60-lecie to dobry pretekst do podsumowania?
Gorszy niż 50-lecie, lepszy niż 70-lecie. Ale... może się mylę, może jest na odwrót, bo najważniejsze jest żyć? Życie bywa trudne, ale, jak mówi Tołstoj, największym szczęściem życia jest życie.

– Prawdziwe „dziecko szczęścia” z Pana. Głośny debiut, pasmo ról arcydzieł u boku gwiazd i pod okiem mistrzów, światowe festiwale i znaczący dorobek. No i wychodzi na to, że rozmawiam z dobrem narodowym Polaków.
Mówiąc to, pani się uśmiecha. Ja też się uśmiecham. To znaczy, że mamy właściwy stosunek do tej śmiałej tezy. Proszę o następne pytanie.

– Ale nie narzeka Pan na los?
Grzeszyłbym. Nie mogę narzekać na nic, co mnie spotkało w moim zawodowym życiu. A życie osobiste? Jest co wspominać. Nabrałem na stare lata przekonania, że coś trwałego może łączyć kobietę i mężczyznę i wierzę, że związki z dziećmi mogą stać się pociechą.

– Porozmawiajmy więc o pociesze, jaką można mieć z pociech. Król Lear, w którego wcielił się Pan na swoje 60-lecie miał troje dzieci, tak jak Pan...
Ale same córki, a ja mam dwóch synów i jedną córkę. Przez lata trwały konflikty na tle wychowawczym, a z najmłodszym dzieckiem kontakt mam znikomy i nie jest to moja wina, tylko głupiej kobiety, która go urodziła. Ponieważ nie zostałem z nią, uznała, że należy mi w tym kontakcie przeszkadzać.

– Ja tam się nie dziwię, gdy kobieta chce mieć Pana na wyłączność. Większość kobiet nie lubi się dzielić mężczyzną z nikim i niczym.
Nie jestem w stanie odnieść się do kobiecego punktu widzenia z oczywistych powodów. Natomiast gdy pyta pani o bilans, to zawodowe życie dało mi znacznie więcej, niż oczekiwałem, będąc młodym człowiekiem. W życiu osobistym zawodziłem się wielokrotnie, dotkliwie.

– Przyczyniał się Pan do tego?
Przyczyniałem się, a jakże, przyczyniałem. Każdy popełnia grzechy, błędy, ja zresztą też bywałem opuszczany, cierpiałem z miłości. Ale nie za wszystko ponoszę odpowiedzialność.

– Narzeka Pan, a ma udane wnuki, kochające dziadka, zakochaną...
...fantastyczną żonę. Z Rafałem po latach konfliktów niedawno wyszliśmy na prostą. Niemniej moje życie osobiste było pasmem klęsk.

– Niejeden by chciał mieć takie pasmo. Córka – utalentowana projektantka mody, też się Panu udała.
Weronika jest w Nowym Jorku. Tak, jest kochana, zdolna, śliczna. I nie ma ogromnej, nieodpartej potrzeby kontaktu ze mną. Może to dziedziczne? W końcu ma nie tylko moje geny. Ten rodzaj chłodu jest mi obcy. Tęsknię za nią, ona za mną mniej, tak mi się wydaje. W styczniu miała 25. urodziny... Wysłałem jej e-maila, licząc, że może mi odpowie, może znajdzie czas.
Moje najmłodsze dziecko ma 18 lat, nie wiem, gdzie mieszka dokładnie, wiem tylko, że w Nowym Jorku. Jego matka po raz kolejny zmieniła mieszkanie. Widocznie uznała, że lepiej będzie, jeżeli w ogóle z synem się nie poznamy.
Pisałem do niego przez całe jego życie. Pisałem do jego matki, proponowałem wakacje. Najpierw słyszałem: „Jest za mały”, potem, że za duży i że już nie chce. Ma na imię Viktor – miałem wpływ na wybór imienia. To połączenie pisowni anglosaskiej ze słowiańską, właśnie przez v i przez k... Jak pamiętam sprzed paru lat, jest bardzo do mnie podobny...

– A Pan po kim ma tę, chyba niesłowiańską, urodę?
W równym stopniu po mojej matce – Polce z Kresów, jak i po ojcu z Gór Świętokrzyskich. Po ojcu mam dołek w brodzie, tak jak i silne szczęki. Za to oczy – matki.

– Blond loczki cherubinka?
Raczej po rodzinie ojca.

– Szczupła sylwetka?
Po obojgu rodzicach.

– Niemiecki film „Nitschewo” z Pana udziałem dwa lata temu został nagrodzony na festiwalu kina miłosnego w Weronie. Co też Pan tam wyczyniał?
Grałem czeskiego reżysera, który wchodzi w emocjonalny trójkąt z parą młodych Niemców. To oni wyczyniali. Ja już raz, kiedyś w życiu zagrałem wątek miłosny z licealistką w filmie „Kolejność uczuć” Radosława Piwowarskiego i kosztowało mnie to kupę nerwów. Nie chciałem, broniłem się na wieść, że ma tę rolę zagrać Marysia Seweryn. Reżyser pytał mnie, dlaczego, a ja mu na to: „Nie mogę grać wątku miłosnego z dziewczyną, która mówi do mnie »wujku« i którą jeszcze »wysiusiałem« na plaży, gdy spędzaliśmy rodzinnie wakacje. Ona ze swoją matką, ja z Rafałem i jego matką.

– I teraz Marysia Seweryn gra jedną z córek Leara – niedobrą Reganę.
Pamiętam, jak przed laty w filmie przekazywała wujkowi w trakcie namiętnego pocałunku gumę do żucia, wprost z ust do ust.
Myśleliśmy z jej matką, że Marysia, na złość, z przekory, powie aktorstwu „nie”, tak jak moja córka. A ona przez tę gumę właśnie zaraziła się chęcią bycia aktorką. I okazało się, że słusznie, bo na scenie jest fantastyczna.

– Król Lear to władca i ojciec, który popełnił okropne błędy w stosunku do swych dzieci. Wywyższył te nieuczciwe: Gonerylę I Reganę, skrzywdził prawdomówną Kordelię. Czy grając tę trudną postać dowiedział się Pan czegoś o sobie?
Przypuszczam, że mądrzej postępowałem od Leara, gdyż moje układy z dziećmi, przy całej nienormalności sytuacji: każde miało inną matkę i dorastały w rozbitych związkach, były w miarę normalne. I wszystkie rodziły się jako dzieci miłości.
W nieskończoność można się zastanawiać, dlaczego Lear wykazał się nieumiejętnością zawierania kompromisów.

– A Pan umie?
Trudno mi to idzie. Jak się zmuszam do ich zawarcia, to potem żałuję; jak nie, też żałuję, że nie umiałem... Gdy Kordelia go zawiodła, mówiąc: „Połowę serca mam dla ciebie, połowę muszę dać mężowi”, jak każdy despota oniemiał. Jak każdy polityk chciał wszystkiego.

– „Król Lear” to bite trzy godziny na scenie.
Ogromne zadanie fizyczne. To moje Himalaje i moje aktualne uzależnienie. Zdobywam najwyższy szczyt podejściem zimowym. Ciężkie i trudne, długie jak cholera, dramatyczne, trup się ściele gęsto, nie do końca wszystko rozumiem. „Ja też”, pocieszał mnie Andron Konczałowski.

– A propos uzależnienia... To prawda, że jeszcze rok temu palił Pan jak smok i tak też pił?
Prawda. Paliłem do 60 papierosów dziennie, piłem też sporo. Teraz jestem naprawdę w dobrej formie fizycznej, lepszej nawet, niż gdy grałem Hamleta u Hanuszkiewicza, mając 25 lat. Zagrałem go na deskach Teatru Narodowego 450 razy i spektakl zszedł z afisza na moją prośbę, choć mogliśmy grać latami! Mam teraz większe doświadczenie, więcej umiejętności w operowaniu głosem i ciałem.

– To prawda, że po śmierci papieża rzucił Pan papierosy i alkohol?
Prawda, pod wpływem uroczystości pogrzebowych Ojca Świętego zdarzyło się coś niezwykłego i wstrząsającego. Pomyślałem: zacznij porządkować świat od siebie. I stało się, podjąłem decyzję.

– Z dnia na dzień?
Z sekundy na sekundę, w chwili, jak o tym pomyślałem.

– Cierpiał Pan?
Nie, nic mnie to nie kosztowało. Żadna męka, żadne wyrzeczenie. W ogóle! Po zgaszeniu ostatniego papierosa i dopiciu ostatniego drinka podjąłem postanowienie i w nim trwam. W naszym domu są składy alkoholi, a moja żona Krystyna pali teraz jedną piątą tego, co przedtem.

– Wychodzi z pokoju?
Nie wychodzi, bo mnie to kompletnie nie przeszkadza. Nalewam żonie jej wino i gościom, bo bardzo lubię, jak goście piją. Bez szkody dla samopoczucia.

– I do chwili obecnej trwa Pan bez papierosa, bez lampki wina?
Może dwie, trzy przez ten blisko rok wypiłem.

– Ludzi walczących z uzależnieniem alkoholowym poznaje się po tym, że unikają bankietów, nie kuszą losu. Podziwiam, że potrafił Pan upić łyk i odstawić kieliszek.
Z ręką na sercu, prawda jest właśnie taka. Może to, że umiem wytrwać, nie świadczy o moich umiejętnościach autohipnozy, może to raczej kolejny dowód na wielkość tego człowieka, która sprawiła, że dałem radę? Bo przecież polskiemu papieżowi dedykowałem abstynencję w kwietniu 2005 roku. Uważam, że mógłbym wystąpić jako świadek świętości Jana Pawła II.

– To dziwna abstynencja. Dowodzi niezwykłej siły woli.
Rezygnacja z butelki wina jest wyrzeczeniem, ale nie z kieliszka albo dwóch! I ja umiałem zrezygnować z tej przyjemności.

– Jak długo Pan wytrwa w postanowieniu?
Jestem przekonany, że powrotu do pewnych zachowań nie ma. Duże picie to gorsze zdrowie, mniejsza aktywność, mniejsza radość z uczestnictwa. Dzięki postanowieniu przypomniałem sobie, jak wygląda życie na trzeźwo i wiele zyskałem. Mam więcej czasu, pogodę ducha, lepiej śpię, miewam sny kolorowe. Odkrywam inne życie. Niestety, zacząłem też lubić słodycze...

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva!
Zdjęcia Beata Wielgosz
Charakteryzacja Agnieszka Jańczyk
Produkcja sesji Ewa Opalińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)