Bill Murray

Dlaczego leń musi ciężko pracować? Odpowiedzi udzielił nam najzabawniejszy człowiek Hollywood.
/ 16.03.2006 16:57
Elżbieta Ciapara: Nie boi się Pan, że kiedyś - tak jak grany przez Pana Don Johnston w "Broken Flowers" - dostanie anonimowy list z informacją, że ma Pan dorosłego syna?
Bill Murray: Taka myśl przychodziła mi do głowy jeszcze przed filmem Jarmuscha. Myślałem, że być może gdzieś dorasta moje dziecko, o którym nic nie wiem. Zdarzało mi się szaleć w czasach młodości. Różne głupstwa i różne rzeczy się robiło, więc wszystko jest możliwe. Ale jak na razie nie dostałem żadnego anonimu w różowej kopercie i chyba już raczej nie dostanę.

- Pana bohater wiadomość o synu przyjmuje dość spokojnie. Czy Pan też tak by zareagował?
Nie wiem. Można sobie wyobrazić setki różnych reakcji na informację: "Gratuluję, masz dorosłego syna". Mógłbym na przykład wpaść w histerię. Mógłbym zacząć się wygłupiać tak, jak robiłem to w moich wcześniejszych filmach. Zacząć gadać różne głupoty. Mogę zacząć gadać je teraz i chyba już to robię. Proszę mnie powstrzymać! (śmiech). Mógłbym też nic nie robić. Zaraz to zademonstruję. Pani zadaje pytanie, a ja na nie odpowiadam, tylko patrzę na panią w sposób, który rozśmieszy widzów. W "Broken Flowers" wszystko opiera się na minimalizmie. Także moje reakcje. Nie chcieliśmy z Jimem zbyt wiele ujawniać. Zależało nam na klimacie trochę z pogranicza klasycznego kryminału.

- Jest Pan podobno dość wybredny w wyborze ról...
Nigdy nie przyjąłem roli dla pieniędzy i jestem z tego powodu dumny. Uważam, że granie tylko po to, aby zarobić kupę forsy, jest poniżej godności. To swojego rodzaju prostytucja.

- Moje pytanie było bardziej niewinne. Chciałam tylko zapytać, jak Jimowi Jarmuschowi udało się namówić Pana do udziału w "Broken Flowers"?
Zaintrygował mnie temat filmu. Historia ojca, który dowiaduje się, że ma dorosłego syna. Ale to także historia syna, który szuka ojca. To temat bardzo mi bliski. Straciłem ojca, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Miałem 12 lat, kiedy umarł... Oczywiście sam temat nie wystarczył, żeby mnie skusić. Jim musiał się sporo natrudzić i trafić na mój dobry dzień, a nie miewam ich zbyt wiele.

- Dobry dzień?
Jest wiele dni, kiedy po prostu nie chce mi się ruszać z domu. Jeżeli ktoś zaproponuje mi rolę w taki właśnie dzień, nie ma żadnych szans. Na pewno usłyszy ode mnie: "Dziękuję, nie jestem zainteresowany, mam inne sprawy na głowie". Teraz na przykład zamierzam zrobić sobie dłuższe wakacje od aktorstwa. Zagrałem w trzech filmach z rzędu. Czuję się wycieńczony.


- Czym się Pan zajmie podczas wakacji?
Mam sporo innych zainteresowań. Jestem na przykład zawodowym początkującym. Ciągle coś zaczynam. Co roku próbuję - po raz kolejny - nauczyć się dobrze grać na pianinie. Co roku próbuję - po raz kolejny - nauczyć się grać na gitarze. Co roku próbuję - po raz kolejny - nauczyć się grać na perkusji. Jestem okropny, po prostu beznadziejny. Ale niezły ze mnie rysownik! Szkoda, że nie mam przy sobie ołówka. Mógłbym coś narysować, żeby udowodnić swoje umiejętności plastyczne.

- Ma Pan ośmioro rodzeństwa. Dorastanie w takim gronie było chyba niezłym treningiem aktorskim. Mając tyle rodzeństwa, musiał Pan walczyć o uwagę rodziców...
To prawda. Stale rywalizowaliśmy między sobą. Zwłaszcza żeby zwrócić na siebie uwagę ojca. Kiedy wychodziliśmy do szkoły, ojciec jeszcze spał, wracał z pracy późno, o szóstej wieczorem. Mogliśmy więc z nim być tylko kilka godzin, zanim sami musieliśmy iść spać. Między nami toczyła się walka o to, komu ojciec poświęci czas i uwagę. Pewnie ta stała rywalizacja wykształciła w nas instynkt aktorski. Nie tylko ja wybrałem taką karierę. Moi trzej bracia też są aktorami. Do tego grona należałoby też jeszcze dorzucić moją siostrę Nancy. Jest zakonnicą, wykonuje tańce liturgiczne i gra show jednego aktora jako Katarzyna z Sieny.

- Sam ma Pan sześcioro dzieci (dwójkę z pierwszego małżeństwa i czworo z drugiego z kostiumografką Jennifer Butler).
Sugeruje pani, że też zostaną aktorami, bo teraz muszą rywalizować między sobą o moją uwagę?

- A muszą?
Staram się poświęcać każdemu z nich tyle samo uwagi, ale każdego traktować w indywidualny sposób.

- Kiedy postanowił Pan zostać aktorem komediowym?
Jeszcze w dzieciństwie. Kiedyś starałem się zwrócić na siebie uwagę ojca, odstawiając przy kolacji parodię - zresztą bardzo kiepską - Jamesa Cagneya (gwiazda kina gangsterskiego lat 30. XX wieku - red.). Tak się wygłupiałem, że spadłem z krzesła, rąbnąłem się głową o nogę stołu i omal nie straciłem przytomności. Bolało mnie okropnie, ale słysząc śmiech moich bliskich, pomyślałem: "Jest świetnie, warto było się uderzyć". To chyba wtedy postanowiłem zostać aktorem.

- Nie zmienił Pan potem zamiaru?
Nie chciałem być sprzedawcą samochodów czy sprzedawać ubezpieczenia, a taką drogę życiową wybrała większość moich kolegów z dzieciństwa. Nie znaczy to, że nie szanuję tych zawodów. Po prostu nigdy się w nich nie widziałem. Aktorstwo do mnie przemawia. I choć może nie satysfakcjonuje mnie do końca, to bardzo lubię swoją pracę. A kiedy ma się pracę, którą się lubi i która przynosi zadowolenie, człowiek sam siebie szanuje.


- Nie ma Pan ani prawnika, ani agenta prasowego. Jak więc się Panu udało zrobić karierę w Hollywood?
Miałem bardzo dużo szczęścia. Pierwsze kroki stawiałem w "Second City". To była grupa komików, w latach 60. najlepsza w całych Stanach Zjednoczonych. Występowałem z takimi aktorskimi znakomitościami, jak mój starszy brat Brian czy John Belushi. Oczywiście byłem tylko smarkatym debiutantem, ale wiele się wtedy nauczyłem. Poza tym świetnie wyglądało to w CV.

- Dziś sam jest Pan gwiazdą komedii.
Miałem farta, że odniosłem sukces. Ale proszę mi wierzyć, nigdy nie był on moim celem. Właśnie dlatego nie mam ani prawnika, ani agenta prasowego. Tacy ludzie popychają cię do robienia rzeczy, które "są dobre dla kariery", ale niekoniecznie dobre dla ciebie samego. Nie potrzebuję robić sobie publicity. Ludzie mnie znają. Po "Second City" zacząłem grać w telewizyjnych programach satyrycznych - "National Lampoon" i "Saturday Night Live". Publiczność oswoiła się z moją twarzą, nie miałem więc problemu z przejściem z telewizji na duży ekran. W kinie też nie potrzebuję agenta prasowego. Odmawiam udziału w cyrku medialnym. Kiedy spotykam się z dziennikarzami, to tylko po to, żeby rozmawiać o moich filmach, a nie chwalić się nowym - oczywiście supertrendy - wystrojem domu czy zdumiewającymi efektami nowej diety.

- O gażach też Pan nie chce rozmawiać? Dostaje Pan 9 milionów za rolę.
Moi rodzice mieli dziewięcioro dzieci do wykarmienia. Ojciec sprzedawał materiały budowlane. W domu się nie przelewało. Razem z rodzeństwem musieliśmy zarabiać na nasze kieszonkowe. Teraz mam pieniądze. Można powiedzieć, że jestem bogaty. Starcza mi na wszystko. Nie potrzebuję więcej. I na tym zamknijmy temat moich zarobków.

- Wspomniał Pan Johna Belushi.
Jego karierę przerwała tragiczna śmierć. Nie chcę rozmawiać o Johnie. To, jak żył, było jego prywatną sprawą. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo mi go brakuje. Był wspaniałym człowiekiem o niesamowitym poczuciu humoru. Na temat jego śmierci napisano mnóstwo bzdur. Wbrew powszechnej opinii John wcale nie przedawkował. Wypił zaledwie cztery piwa. To go właśnie zabiło. Nie mógł pić.

- Alkohol i narkotyki to niestety stały element wielu aktorskich karier...
Na szczęście nigdy nie byłem uzależniony od narkotyków czy od alkoholu. Znam inne sposoby wesołego spędzania czasu. Owszem, jak niemal każdy dorosły człowiek piję alkohol od czasu do czasu, ale nie mam ulubionego drinka. Kiedy barman pyta mnie: "Co podać?", odpowiadam: "Bo ja wiem? A co pan ma?".


- Często nazywa się Pana współczesnym Busterem Keatonem. Ciekawa jestem, czy ma Pan jakiegoś aktorskiego idola, kogoś, kto jest dla Pana aktorską inspiracją?
Nie mam idola. Ale bardzo lubię Cary Granta. Był o wiele lepszym aktorem i komikiem, niż się uważa. Bardzo wysoko cenię także angielskiego aktora Johna Hurta. Mogę oglądać go w każdej roli.

- Sporo Pan podróżuje. "Między słowami" kręcił Pan w Japonii, "Podwodne życie ze Stevem Zissou" we Włoszech...
Włochy! Uwielbiam Włochy. To piękny kraj, ale zupełnie nie da się tam pracować. Byłem z dala od mojej rodziny. Bardzo za nią tęskniłem. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, a robiliśmy trzygodzinne przerwy na lunch! Jak w takich warunkach można marzyć o szybkim nakręceniu filmu? Jakby nie wystarczyła godzina, no dobrze, nawet półtorej godziny. Najgorszy był ostatni tydzień zdjęć. Miałem nadzieję, że skończymy w piątek i będę mógł na weekend wrócić do domu... Ale w piątek ekipa zaczęła strajk. To we Włoszech normalka. Zjadasz trzygodzinny lunch i idziesz strajkować. Tak więc praca we Włoszech była mordęgą, ale styl życia Włochów, ich radość życia bardzo mi się podobają. Włosi mają inną mentalność i priorytety niż Amerykanie czy Anglicy. Nie śpieszą się z kończeniem czegokolwiek, co bywa męczące. Też jestem leniwy i nie przepadam za pracą. Ale kiedy już pracuję, to lubię pracować naprawdę ciężko - żeby jak najszybciej skończyć i znowu nic nie robić.

Wrzesień, 2005
Rozmawiała Elżbieta Ciapara ("FILM")