Awaria Bourne’a

Ta rozmowa może zniszczyć wizerunek faceta, którego nikt i nic nie pokona.
/ 17.09.2007 10:42
Czarna koszulka polo, czarne dżinsy, pochylona głowa. Matt Damon sprawia wrażenie, jakby chciał się ukryć przed światem. Na wywiad w hotelu Four Seasons w Beverly Hills aktor przychodzi dziesięć minut przed czasem. W ręku trzyma garść chusteczek i ciągle wyciera nos. Od razu widać, że jest w słabej formie. „Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem wolny dzień. To się musiało skończyć przeziębieniem. Aaapsik! Przepraszam”.

W ostatnio opublikowanych wywiadach Matt jest poważny, odmawia rozmowy na tematy niezwiązane z jego najnowszą rolą w „Ultimatum Bourne’a”. Amerykańscy dziennikarze wiedzą, że jeśli nie podoba mu się jakieś pytanie, po prostu wychodzi. Z Damonem trzeba uważać. Postanawiam zacząć ostrożnie.

– W Twoich ostatnich wywiadach...

Wiem! Wiem! Tak, są strasznie nudne. Ale dziś mam bardzo dobry humor, więc może nie będzie tak źle. Aaapsik!

Nagły atak kataru wstrząsa aktorem. Sięga po garść chusteczek.

– Bourne, któremu cieknie z nosa?! Ten wywiad może zniszczyć Twój wizerunek.
To może po prostu napisz, że nawet Bourne jest na pozór tylko człowiekiem, ale tak naprawdę w środku to twardy facet, którego nic nie pokona. Nawet przeziębienie. Przepraszam. Apsik!

Nowy atak kataru jest bardzo silny. Wygląda na to, że przeziębienie pokona niezniszczalnego agenta. Po chwili jednak wszystko się uspokaja. „Spokojnie, to tylko awaria Bourne’a”, żartuje Matt

– Ta rola zmieniła Twoje życie.
Tak. W 2002 roku mój telefon milczał, a ja siedziałem i patrząc w ścianę zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek stanę przed kamerą. Kiedy więc Doug Liman, reżyser „Tożsamości Bourne’a”, zaproponował mi rolę, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Do dziś zastanawiam się, dlaczego to mnie Liman postanowił zaangażować do tego filmu. Każdego dnia rano dziękuję Bogu, że na swojej drodze spotkałem reżysera, który we mnie uwierzył.

– W 1998 roku razem z Benem Affleckiem odebraliście Oscara za scenariusz „Buntownika z wyboru”. W Hollywood ciągle jesteś uważany za genialnego scenarzystę. Dlaczego kiedy nie miałeś pracy, nie napisałeś czegoś sam dla siebie?
To nie jest takie proste. Napisanie scenariusza zabrało mi i Benowi pięć lat. Kolejne miesiące to były przepychanki z wytwórniami. Lubię pisać scenariusze i kiedy mam wolną chwilę, staram się to robić, ale nigdy nie chciałem, żeby to było moje główne zajęcie. Bo dla mnie najważniejsze ciągle jest aktorstwo.

– Twój przyjaciel Ben Affleck właśnie wyreżyserował pierwszy film „Gone, Baby Gone”. Główną rolę gra tam jego brat Cassey. Oprócz niego wystąpił także Ed Harris i Morgan Freeman. Dlaczego Tobie nie zaproponował roli?
Chyba o mnie zapomniał. To żart oczywiście. Kiedy Ben kompletował obsadę, ja byłem na planie „Ultimatum Bourne’a”. Miałem przed sobą 140 dni zdjęciowych wypełnionych od rana do wieczora. Nie było mowy, żeby się wyrwać na chwilę i zagrać u przyjaciela.

– Widziałeś już film Bena?
Tak. I uważam, że jest świetny. Ben w ogóle jest niesamowicie zdolnym facetem. Wiem, co mówię, bo znam go od dziecka. Razem wychowywaliśmy się w jednej dzielnicy w Bostonie, wspólnie chodziliśmy do szkoły i marzyliśmy o aktorstwie. Potem nasze kariery ułożyły się trochę inaczej. Ben miał ciężki moment, kiedy związał się z Jennifer Lopez i razem wystąpili w filmie „Gigli”. Film nie był najlepszy i prasa  nie zostawiła na nim suchej nitki. Jego zdjęcia były na okładce każdego brukowca. Nie wiem, jak on dał sobie z tym radę. No nie! Znowu! Aaaaapsik!!!

Katar znów bierze Matta w obroty. Aktor przez pół minuty wyciera nos. Ledwo przeprasza, kiedy następuje nowy atak. Mija kolejne pół minuty. Matt zdążył zużyć już opakowanie chusteczek.

– Z katarem średnio sobie radzisz. Za to znakomicie idzie Ci z paparazzi. Trudno w brukowcach znaleźć coś o Twojej rodzinie.
To proste. Nie mieszkam w Los Angeles, tylko w Miami. Tam nie ma gwiazd. Jestem tylko ja i Shakira, więc fotoreporterzy dużo tu nie zarobią. Wolą mieszkać w Hollywood. Poza tym nie zgadzam się na sesje fotograficzne z żoną i córką, nie udzielamy razem wywiadów. Moja żona nie jest aktorką, więc dla prasy nie jest też tak bardzo interesująca. W rozmowach z dziennikarzami zawsze staram się być nieprzyzwoicie grzeczny i momentami nudny. Dziś z tą grzecznością mam kłopoty.

– Myślałeś o tym, żeby pójść w ślady Bena i także zająć się reżyserią?
No pewnie. Niedawno o tym rozmawialiśmy i wspólnie podjęliśmy decyzję, że kolejny projekt zrobimy już razem. Może on będzie reżyserował, a ja wystąpię, może odwrotnie. Zobaczymy. Ale widzisz, teraz uzmysłowiłem sobie, że nasza przyjaźń może wyglądać zupełnie inaczej, kiedy Ben będzie moim szefem na planie.

– Wasza przyjaźń z Benem trwa już prawie 30 lat. Nie dość, że razem zaczynaliście kariery, to jeszcze prawie w tym samym czasie urodziły się Wam córki. To było zaplanowane?
No coś ty! Ułożyło się jednak naprawdę przedziwnie. W tym roku wspólnie spędziliśmy na Hawajach dzień ojca. Rano wzięliśmy nasze córki na plażę. Siedzieliśmy we czwórkę w piasku. Nagle spojrzałem na Bena i mówię: „Stary, popatrz, co się z nami stało? Wyobrażałeś sobie kiedyś nas w takiej sytuacji?”. Strasznie się śmialiśmy. Ale kiedy nasze córki razem się bawią, nie mogę przestać na nie patrzeć.

– Twoja córka Isabella w lipcu skończyła rok. Podoba Ci się rola ojca?
Kiedy wcześniej czytałem, jak inni aktorzy opowiadają, że narodziny dziecka zmieniły ich życie, myślałem sobie: „Co za brednie”. A potem na świat przyszła Isabella i nagle okazało się, że rzeczywiście nic już nie jest takie samo. I wiesz, co było najważniejsze? Że nagle zrozumiałem, jak puste i pozbawione sensu było moje życie. No bo co robiłem? Wstawałem rano, jadłem szybko śniadanie i biegłem na plan. Potem ćwiczyłem dwie godziny na siłowni, wracałem do domu, jadłem sałatkę, pogadałem z żoną i tyle. A teraz mam córkę, której jestem potrzebny i która chce, żebym to ja ją nosił w nocy, kiedy ząbkuje. A dla mnie najważniejsze są właśnie te chwile, które spędzam z nią. I jestem wściekły, kiedy długo jej nie widzę, bo nie chcę, żeby mnie omijały ważne chwile z jej życia.

– „Ultimatum Bourne’a” kręciłeś w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, Madrycie. Zabierałeś żonę i córkę ze sobą?
Były ze mną wszędzie. Niedawno wziąłem do ręki paszport Isabelli. Ze zdumieniem zobaczyłem, że ma tam już 11 stempli. Ja nie miałem tylu do 30. roku życia! Wiem, to egoistyczne, że chcę ją mieć przy sobie i przez to musi ze mną ciągle podróżować.

– Pewnie przyzwyczaiła się do podróży i nie płacze w samolocie tak bardzo jak inne dzieci.
Krzyczy strasznie. Zawsze, gdy samolot startuje, a ona zaczyna płakać, myślę sobie, że teraz pewnie wszyscy pasażerowie wzdychają: „Boże, znowu Damon zabiera ze sobą to wrzeszczące dziecko”.

– Planujecie z żoną jeszcze dzieci?
Bardzo bym chciał. Ale to nie tylko moja decyzja. Pertraktujemy na razie. Ojej, przepraszam! Nie wytrzymam! Aaapsik!

Kiedy po minucie Mattowi udaje się opanować kolejny atak kataru, przez kolejną minutę przeprasza. „Przynajmniej nie jest nudno. Apsik!” Nowy atak, nowa garść chusteczek. To oczywiste, że wywiad dobiega końca, jeszcze kilka pytań i twardy Bourne rozleci się na moich oczach na kawałki. Ostatnie pytanie. Ryzykuję trudny temat.

– Twoi rodzice rozwiedli się, gdy miałeś dwa lata. Podobno zarzekałeś się, że Ty nigdy się nie ożenisz. Dwa lata temu jednak powiedziałeś sakramentalne „tak”...

Nigdy nie mówię w wywiadach o tym, jak i kiedy poznałem moją żonę. Nie znajdziesz nigdzie żadnych zdjęć z naszego ślubu. Jedyne informacje, jakie o Lucianie przedostały się do prasy, to takie, że z zawodu jest barmanką. Odpowiadając jednak na twoje pytanie: rzeczywiście, uważałem zawsze, że małżeństwo jest kpiną i że ślub biorą tylko ludzie pozbawieni wyobraźni. Zresztą nadal tak uważam. Ożeniłem się tylko dlatego, że Luciana zgodziła się zostać moją żoną. Aaaapsik!

Wszystkie chwyty, jakie zna twardziel Bourne, okazują się niewystarczające. Katar uniemożliwia dalszy wywiad. Damon nie przestaje przepraszać. Ale tak jak obiecywał, przynajmniej nie było nudno. Apsik!

Rozmawiała Iza Bartosz / Viva
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)