Antonio Banderas

Zorro ma kłopoty. Postarzał się, żona chce, by siedział w domu, a dziecko uważa go za nudziarza. Czy Antonio Banderas ma podobne problemy?
Maciej Łubieński: Film "Maska Zorro" kończy się happy endem. To nie jest dobry punkt wyjścia do nowej opowieści. Dlaczego więc zdecydowaliście się nakręcić drugą część?
Antonio Banderas: To właśnie było wyzwanie i moim zdaniem się udało. W "Legendzie Zorro" historia spisku przeplata się z historią o kryzysie małżeństwa, kłopotach z wychowaniem syna. To skrzyżowanie filmu akcji z kinem familijnym, a wszystko zaprawione silnie komediowym sosem.

- Akcja "Legendy Zorro" rozgrywa się 10 lat po wydarzeniach, które były kanwą "Maski Zorro". Wybacz uwagę, ale wy: Catherine Zeta-Jones, Ty i ekipa też jesteście starsi o ładnych kilka lat. Czy to miało jakieś znaczenie w pracy nad filmem?
Kiedy kręciliśmy pierwszego "Zorro", Catherine i ja byliśmy u progu naszych hollywoodzkich karier. Catherine nie była jeszcze żoną Michaela Douglasa, ja byłem niedługo po ślubie z Melanie Griffith, nasza córka Carmen miała rok. Catherine kilka lat temu urodziła Dylana. Można więc powiedzieć, że przez ten czas nabieraliśmy doświadczeń rodzinnych, tak jak nasi bohaterowie. To pomaga w tworzeniu roli.

- Chcesz powiedzieć, że masz za sobą doświadczenie kryzysu małżeńskiego?
Pewnie czytałeś o tym, że Melanie jest zazdrosna, że wciąż podejrzewa mnie o rozmaite romanse. Bzdury!

- Filmowa żona, którą gra Catherine Zeta-Jones, ma Ci za złe, że zaniedbujesz rodzinę. Znasz te narzekania?
Właśnie dlatego nie ożeniłem się z Catherine, tylko z Melanie. Ale poważnie. Ona rozumie, że mężczyzna nie może siedzieć cały czas w domu i że musi się zajmować swoimi sprawami. Ale jeśli będziesz się upierał przy tym temacie, zaraz doświadczysz ostrza szpady Zorro, amigo!

- Szpady Zorro? Straszysz mnie chyba swoimi kaskaderami, senor?
Chcę oświadczyć, że wszystkie tricki staram się robić sam, bez udziału kaskaderów. To kwestia bycia fair wobec widzów. Muszę jednak przyznać, że nie jestem już tak sprawny, jak wtedy, kiedy kręciliśmy pierwszą część filmu. Lata lecą, sam zwróciłeś na to uwagę. Wielokrotnie czułem się bardzo zmęczony tym ganianiem po planie. Nie wiem, czy podołałbym takiemu treningowi jeszcze raz. Zwróć jednak uwagę, że Zorro nie jest typowym superbohaterem. Czasami jest trochę niezdarą, potyka się, przewraca, nie wszystko mu zawsze wychodzi. To nie jest maszyna, tylko człowiek z krwi i kości.

- A gdybyś miał porównać Zorro z innym bohaterem, którego grałeś - Desperado?
U Desperado wszystko jest przesadzone. To bohater odrealniony. On jest jak Batman czy James Bond. Tacy ludzie nie mogą istnieć w normalnym świecie. Desperado nosi w sobie mroczną tajemnicę, przeżywa jakąś udrękę, a Zorro to normalny facet, ma po prostu kryzys małżeński. Powtarzam: nie jest herosem, jest zwykłym człowiekiem, któremu udają się niezwykłe rzeczy. To klasyczna postać ze świata płaszcza i szpady. Zapytasz, w czym są podobni? Grał ich hiszpański aktor Antonio Banderas.

- Dla Melanie jesteś bardziej Desperado czy Zorro?
Oczywiście Zorro! Z tą różnicą, że jak się kładę spać, zakładam piżamę, a nie maskę i czarną pelerynę. Chociaż może ona by wolała czasem taką odmianę? Ale znowu mnie próbujesz naciągnąć na jakieś sprośne wyznania!

- Wróćmy więc do filmu. Gdyby do pracy nad filmem o Zorro wzięli się inni reżyserzy, na przykład Twój przyjaciel, reżyser "Desperado" Robert Rodriguez?
Aż strach pomyśleć! Robert przymierzał się do tego tematu i miał już pomysły na konkretne sceny. Opowiadał mi na przykład o scenie, w której miałbym nadziać na szpadę cztery osoby naraz. Wyobrażasz sobie taki szaszłyk? Byłby to Zorro na ostro, Zorro ļ la picante.

- A gdyby Zorro wyreżyserował inny Twój przyjaciel - Pedro Almodóvar?
To by było dopiero pikantne. Zorro Almodóvara byłby gejem. Miałby kwiat wetknięty za ucho i poruszałby się zmysłowymi kocimi ruchami.

- A propos kocich ruchów. Zrobiłeś furorę, dając głos Kotu w "Shreku 2".
Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, rola Kota jest ukoronowaniem mojej amerykańskiej kariery. Pomyśl sobie: przyjechałem do USA, znając tylko trzy słowa na krzyż: Clinton, good, yes. Wszystko, co miałem do zaoferowania, to latynoska prezencja, a po dziesięciu latach chcą mnie słuchać, a nie oglądać. To się nazywa amerykański sen!

- Dałeś się zamerykanizować, czy raczej starasz się zhispanizować swoją rodzinę?
W Ameryce niczego nie trzeba się wyrzekać, niczego przyjmować na siłę. Moja rodzina żyje między kulturami. Melanie mówi już bardzo dobrze po hiszpańsku, a nasza córka jest dwujęzyczna. Niedługo zaczynam pracę nad nowym filmem w Hiszpanii. Cieszę się, że Carmen będzie chodzić tam do szkoły.

- Czy Zorro powróci po raz trzeci?
Jesteś pewien, że chciałbyś zobaczyć Zorro dziadka? Wyobraź sobie grubego, wąsatego faceta, który na wiadomość o popełnionej niegodziwości zdejmuje rumiane wnuki z kolan, sapiąc gramoli się na konia, który ledwo go może unieść, a potem galopuje na spotkanie losu, ryzykując zawał serca, swój i wierzchowca. Nikt w to nie uwierzy, gorzej, nikogo to nie obchodzi. Dlatego uroczyście ogłaszam: Nie będzie trzeciej części Zorro!

Rozmawiał Maciej Łubieński
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)