Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński

Uciekli do Afryki, by się wyciszyć, zapomnieć o warszawskiej rzeczywistości.
/ 16.03.2006 16:57
Katarzyna Montgomery: Aniu, kiedy myślisz „Afryka”, z czym Ci się ona kojarzy?
Anna Maria Jopek: Z Marcinem.

– Ciekawe!
A. M. J.: Naprawdę, bo zanim dotarłam do Afryki, dotarłam do Marcina. A Marcin był uzależniony od Afryki, więc stale do niej uciekał i ciągle o niej opowiadał. Kiedy zaczęłam z nim dzielić życie, zaczęłam z nim dzielić Afrykę. I Marcin, i Afryka stali się moją fascynacją. Niezgłębioną.

– Afryka wciąż Cię dziwi?
A. M. J.: Zawsze otwieram tu szeroko oczy. Wszystko jest tak inne od tego, czego dotykam na co dzień. Afryka jest dla mnie formą ucieczki. Intensywność przeżyć, doświadczenia ludzi, smaku, obrazu, zapachu skutecznie izolują mnie od warszawskiej rzeczywistości. Całkowicie odwracają uwagę od pozostawionych w domu, a nawet w głowie, spraw. Nie da się tutaj pamiętać.

– Ucieczki od czego?
A. M. J.: Od rozmaitych moich fobii, lęków, natręctw. Od mojej „choroby” muzycznej. Od rachunków, dorosłości, odpowiedzialności. Od czasu płynącego zbyt szybko, za którym nie nadążam.
To jest inne życie w każdym wymiarze. I w tym miejskim, który widzieliśmy tu, w Nairobi, i w wiejskim, który przeżyliśmy na plantacji herbaty w Kericho. Wspaniale jest móc znaleźć się tutaj choćby na chwilę. Być wędrowcem, przybyszem. I w tej inności, w tym tak różnym od codzienności warszawskiej kontekście, łatwiej się sobie przyjrzeć.

– Co to za choroba muzyczna?
A. M. J.: Na co dzień mam swoje natręctwa muzyczne i zmagam się z nimi. Im dłużej się tkwi w muzyce, tym bardziej chce się wypracować swój własny język. Z każdym rokiem pojawia się coraz więcej wątpliwości, pytań: czy na pewno się rozwijam, czy przypadkiem się nie cofam. Z drugiej strony pewnych spraw nie da się kalkulować, analizować. Podąża się za instynktem, intuicją. Za przeczuciem muzyki, jaką się chce tworzyć. Teraz, kiedy przez ostatnie miesiące tak intensywnie z Marcinem pracowaliśmy, marzyłam o tym, żeby uciec od swojej płyty.
Marcin Kydryński: Ale reklama!
A. M. J.: Ale to prawda. Kiedy się pracuje nad płytą, w pewnym momencie staje się ona obsesją. Nie można nawet spać. Marcin, powiedz sam.
M. K.: W studiu siedzimy krótko, ale zanim do niego wejdziemy, wcześniej długo zmagamy się z piosenkami. O czym one mają być, jak mają brzmieć, jakie mają mieć akordy, jakie zestawienia słów, formę, gęstość. O tym myśleliśmy i rozmawialiśmy od lata, jeszcze zanim usiedliśmy z gitarą. Ania już nie mogła mnie słuchać, a ja stawiałem jej mnóstwo pytań.
A. M. J.: I to jest czasem nie do wytrzymania, bo muzyka musi się po prostu dziać. Płytę „Niebo” nagrywaliśmy naszym całym zespołem równocześnie – na sto procent, czyli tak jak w latach 60. Ślubowaliśmy sobie nie czepiać się nad stan. Zostawić w tych nagraniach prawdę, trochę błędów, ułomności, zapis chwili.

– Rozumiem, że to jakiś ewenement.
A. M. J.: W czasach wielkich postprodukcji, kiedy można we wszystko ingerować milion razy, bardzo chcieliśmy nagrać coś prawdziwego, naturalnego. To trudne zadanie, bo komputery przyzwyczaiły nas, że zawsze można coś poprawić. Zdjęcie, muzykę. Nie do wytrzymania jest ta presja absolutnej doskonałości, która przecież nie istnieje, a za którą się uganiamy. To powoduje, że nasza niedoskonałość staje się czymś bardzo wstydliwym. Dziś trzeba być wiecznie młodym, szczupłym i z precyzją komputera osiągać każdy dźwięk... A ja kocham wahanie i błądzenie, i jakąś nutę, która nie chce rezonować i zwyczajnie „nie odpala”.

– Wróćmy do Afryki. Z czym Tobie, Marcinie, się ona kojarzy?
M. K.: Jestem tu po pięciu latach przerwy. Afryka kojarzyła mi się zawsze z miejscami, o których czytałem w dzieciństwie i mogłem je odnaleźć tylko na tym kontynencie. Afryka zmienia się, jak wszystkie miejsca na ziemi, jednak pozostała najbardziej nieprzenikalna. Wiele się tu dzieje, kraje odzyskują niepodległość, wybuchają konflikty plemienne, jednak jest w niej ciągłość. I ta ciągłość to jest mit Afryki, który jest bliski mnie, w głębi duszy romantycznemu wędrowcy.

– Trywializując można uznać, że w Afryce poszukujesz przygody Stasia i Nel z „W pustyni i w puszczy”.
M. K.: Powierzchownie tak. Ale jak spojrzeć głębiej, to widać, że próbuję sobie udowodnić, że czas może nie mijać. Że istniejemy w takiej samej rzeczywistości, w jakiej żyli wielcy podróżnicy: kiedy pływały parowce i kiedy książki pisała Karen Blixen. To jest ten romantyczny punkt widzenia, który zakłada, że nie istnieje coś takiego, jak postęp, a mówiąc krócej: że my się nie starzejemy. Ja też uciekałem do Afryki od rozmaitych spraw. Wracałem pod Kilimandżaro i prawie wszystko było takie samo, jak wtedy, gdy byłem tam wcześniej. I było mi z tym dobrze. W odróżnieniu od Azji południowo-wschodniej, gdzie z roku na rok widziałem, jak rośnie Manhattan w każdej wiosce. Mieszkałem kiedyś na Zanzibarze, traktując go jako bazę, z której wyruszałem na wyprawy do innych krajów. W moim miejscu nie było prądu, bieżącej wody, chodziłem z lampą naftową po plaży, patrzyłem w gwiazdy. Wtedy czułem bardzo silny kontakt i związek emocjonalny z tym miejscem, z przeszłością. Jestem może trochę sentymentalny. Pewnego roku zastałem tam powstające z dnia na dzień hotele włoskie. Więcej już tam nie wróciłem.

– Pytam o Wasze skojarzenia z Afryką, bo gdy przyglądam się Wam w tej podróży, coraz bardziej widzę, że jesteście bardzo afrykańscy.
A. M. J.: No tak, jestem afrykańska, ale raczej z werandy naszego kolonialnego domu na plantacji herbaty, w którym mieszkaliśmy.

– Bardzo afrykańska jest Wasza rodzinność. W wieku trzydziestu kilku lat, żyjąc w Warszawie, pracując w show-biznesie, szacunek, z jakim traktujecie swoją rodzinę, jest wyjątkowy.
A. M. J.: Przyznaję, że wśród takich wolnych duchów, artystycznie zawirowanych to się rzadko zdarza.

– Mimo różnych przygód, które nam się tu przytrafiają, jest też w Was afrykański dystans.
A. M. J.: Aż tak to może nie. Ludzie naprawdę wiele tu znoszą. Mam swoją teorię, że mieszkańców Afryki można czasem porównać do antylop i lwów. Antylopy nie boją się zaglądać innym głęboko w oczy. Płynie od nich absolutna, niezaprzeczalna dobroć, nie są skrępowane żadnymi konwenansami i nie ma w tych spojrzeniach żadnych podtekstów. Nie ma śladu gry i fałszu. Z żadnym Europejczykiem nie można wejść w taki rodzaj kontaktu poprzez pierwsze spojrzenie. Te spojrzenia są czyste, bezbronne. Jednocześnie spotykasz tu też prawdziwych mięsożerców. Jest w nich absolutna, niczym niepohamowana dzikość.

– Zdecydowanie wyglądacie mi na antylopy. Jest w Was podobna życzliwość do świata.
A. M. J.: Obawiam się, że my aż tyle jej w sobie nie mamy.
M. K.: Zwłaszcza ja.

– Wielu z nas nie rozumie Afryki. Przyjeżdżamy tu z bagażem wyobrażeń o szczęściu i nie umiemy się z tego wyzwolić. Popłakałaś się, gdy spotkaliśmy roześmiane dzieci w wiosce niedaleko plantacji. Ja też połykałam łzy.
A. M. J.: A potem zdałam sobie sprawę, że te dzieci mogą być sto razy szczęśliwsze niż mój synek Franio, którego gnam na angielski dwa razy w tygodniu. Siedząc w samochodzie myślałam: „Ależ ja jestem głupia. Dlaczego usiłuję wcisnąć wszystkich w swoje ramy”.

– Co Cię tak poruszyło w tych dzieciach?
A. M. J.: To, że są tak cudne, bezbronne i barwne. Te dziewczynki były jak małe motyle. I choć według naszych stan dardów nie powinny być wcale szczęśliwe, to jednak były. Przymierzanie ich szczęścia do naszego jest bez sensu. Myślimy, że powinny wyrwać się z tej wioski, zdobyć wspaniałą pracę, a może to wcale nie jest ich szczęście. Może one już osiągnęły swoje szczęście, a dla nas pozostanie ono tym, za czym się bezustannie goni.

– Ciebie, Marcin, taka wioska nie ściska za gardło?
M. K.: Mam zupełnie inną perspektywę, bo z tyłu głowy pozostają mi zawsze obozy uchodźców w Sudanie, Etiopii czy nawet w północnej Kenii. Z tych miejsc człowiek wychodzi zupełnie odmieniony. Ta gromada dzieci na tle dzieci z obozów uchodźców to rzeczywiście gromada szczęśliwych motyli, które mają jeszcze wszystko przed sobą. Byłem w wielu takich obozach i wciąż jest we mnie wspomnienie tamtych obrazów, niewygodne i uwierające. Nie można o tym myśleć, jednocześnie nic nie robiąc, aby tym ludziom pomóc. To strasznie trudna sytuacja, bo ja nie mogę im pomóc. Nie poświęcę swojego życia, jak wielu wspaniałych ludzi, którzy przyjeżdżają tu leczyć, działać w organizacjach humanitarnych. Nie robię tego, więc całe to moje przejęcie jest w pewnym stopniu oszukane. Nie lubię siebie myślącego w ten sposób. Bardzo często te obrazy do mnie wracają, zwłaszcza teraz, kiedy przyjechałem po latach do Afryki. Tak dojmująca niesprawiedliwość nie ma prawa istnieć na świecie, a jednak poprzez swoje zaniechanie zgadzam się na to. Wypadałoby pomóc choćby tylko jednej osobie na jedną chwilę. Byłoby to już gestem czystego dobra, bo, jak mówi Talmud, kto ratuje jedno istnienie, ratuje cały świat.

– Mówisz o tym, żeby z takiego obozu dla uchodźców zabrać jedno dziecko i wychować?
M. K.: Nie wiem. Może postąpić jak Angelina Jolie, która wydostała dwoje dzieci z obozu dla uchodźców w Kambodży. Można z niej żartować, że jest przede wszystkim seksbombą z wielkimi ustami, ale ja nie postąpiłem jak ona. Rozmiar nędzy, jaki się spotyka w Afryce, jest niewyobrażalny, a jednak tacy jak ja zrobią tam parę zdjęć, średnich zresztą, wyjeżdżają, żyją dalej i spokojnie śpią.
A. M. J.: To przerażające, jak wielu rzeczy nie da się zrobić. Staramy się być dobrymi rodzicami dla naszych synów, a i to jest już bardzo trudne.

– Zatem paradoksalnie piękna Afryka, uwodząca nas dobrocią, emocjami, których na co dzień na ulicach europejskich miast nie doświadczamy, do której się tak garniemy, jednocześnie nas przeraża. Uciekamy przed nią.
M. K.: Przypomnij sobie zdjęcia Sebastiao Salgado, który fotografował głód w Etiopii w 1984 roku. To zdjęcia tak piękne, że masz ochotę powiesić je sobie na ścianie. Przyjeżdżamy, widzimy biedę, rozpacz i głód, pustynię, suszę i to jest tak estetyzujące, że nam jest z tym dobrze, bo tak pięknie wygląda. A gdybyśmy to samo zobaczyli na Syberii, zmienilibyśmy zdanie. Zdjęcia Salgado miały obudzić świadomość, a tymczasem ludzie oglądają je w albumach do wieczornej herbaty. Bo są naprawdę piękne. I to jest ta okrutna tajemnica Afryki. Wszystko tragicznie i pięknie pasuje do siebie. Dramatyczna układanka.
A. M. J.: Na szczęście takiej Afryki nie doświadczyłam, bo zapewne nie mogłabym wrócić do wielu rzeczy, które teraz robię. Każdy z nas wybiera sobie ścieżkę i drogę, i obrazy, które jest w stanie udźwignąć. Moje doświadczenie Afryki jest zupełnie turystyczne, jest zaledwie delikatnym otarciem się o nią. Skoro moja emocjonalność już pęka przy brudnych dzieciach zza płotu, pewnie by nie wytrzymała niczego więcej.

– Tym razem przyglądamy się turystycznej wersji Afryki.
M. K.: Mieszkamy w hotelach z ciepłą wodą, a kiedy podróżowałem sam, mieszkałem w przydrożnych afrykańskich budach skleconych z desek. I powiem ci: mam 37 lat, czuję upływający czas i cieszę się, że jak skończymy rozmawiać, wezmę ciepły prysznic. Wcale do tamtych czasów nie tęsknię. Raczej mnie to zdumiewa.
A. M. J.:
A ja tęsknię za dawną sobą. Za tą dziewczyną, która pchała się z nartami do Murzasichla z Bukowiny. W tłumie stałam u kogoś pod pachą i nic mi nie przeszkadzało. Teraz już bym tego nie wytrzymała.
M. K.: No nie, gdybym powiedział, że tęsknię, to powinienem siedzieć teraz w jakimś zawszonym tropikalnym szałasie z karaluchami i kierowcami ciężarówek.
A. M. J.: Też nie tęsknię za tamtymi warunkami, ale za gotowością i za tym, kiedy tak mało rzeczy mi przeszkadzało. Na pewno teraz wspominasz mile te karaluchy.
M. K.: Nie. Poza tym to już nie jest możliwe, bo jest z nami Franio.

– Franio jest pierwszy raz w Afryce?
M. K.: Właściwie to już drugi, bo pierwszy raz był w brzuchu Ani, kiedy byliśmy w Senegalu. Tylko ze względu na niego powróciłem po pięciu latach do Afryki. Żartowałem sobie w duchu, że moi biografowie napiszą o mnie jak o Karen Blixen: „Nigdy już nie wrócił do Afryki” (w tym momencie śmiejemy się wszyscy – od red.). Taki miałem plan, ale kiedy Ania zdecydowała, że jedzie z Franiem, poczułem, że muszę jechać z nimi.

– I co mu chciałeś pokazać?
M. K.: Wszystko. Dziś bardzo długo słuchaliśmy, jak muezin śpiewa z pobliskiego minaretu, a potem mu dużo opowiadałem o islamie. Afryka to opowieść o świecie. Od drobiazgu do pełnej perspektywy.
A. M. J.: Może ta Afryka gdzieś pozostanie w nim i nie będzie miał później tak silnej wewnętrznej potrzeby podróżowania, jak jego tata.
M. K.: Mam nadzieję, że tak będzie.

– A jeśli jednak będzie chciał wyruszyć w taką romantyczną podróż z Kairu do Kapsztadu autostopem, jak jego tata w wieku 25 lat...
A. M. J.: Nie umiem sobie tego wyobrazić. Jak Masajowie, żyję tylko dniem dzisiejszym. Tak jak oni, nie umiem sobie wyobrazić jutra. Dziś Franio i Stasio są moimi małymi synkami i nawet nie chcę myśleć, że pewnego dnia będą dorośli. Kocham tę sytuację i wyciskam ją jak cytrynkę.
M. K.: Bardzo się boję tego momentu, bo pamiętam swój brak wyobraźni, kiedy wyruszałem w tę trasę. Teraz, kiedy byłem prawie wszędzie, mam wyobraźnię tak wygimnastykowaną, że pewnie niechętnie się na takie podróże zgodzę. Może jak im teraz pokażę goryle, przejedziemy się na wielbłądzie, przejdzie im apetyt na podróże, a ja będę spokojniejszy. I nie będę płakał w poduszkę, że Stasio nie chce jechać do Czadu, żeby zostać tam lekarzem.

– Zdziwiłabym się, gdyby tak nie chciał zrobić, mając takich rodziców.
Zaszczepiacie przecież w nich te wartości.
M. K.: Mam nadzieję, że gdy dorosną, świat będzie lepszy i powiem mu z czystym sercem: możesz jechać.
A. M. J.: Stałeś się na starość optymistą!

Rozmawiała Katarzyna Montgomery
Wyprawę fotografowali Tomasz Tomaszewski i Marcin Kydryński
Zdjęcia wykonano na plantacji firmy Unilever, producenta herbaty Lipton

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)