Anna Dymna - Anioł, nie gwiazda

Anna Dymna fot. ONS
Kiedy zaczynała karierę, była krucha i zjawiskowo piękna. Jeszcze jako 34-latka grała słodkie podlotki. Dziś Anna Dymna ma 57 lat.
/ 03.03.2009 09:01
Anna Dymna fot. ONS
Znajoma aktorki wyparowała kiedyś: „Anka, ty absolutnie nie jesteś medialna. Żadnych afer, żadnych kochanków. Przecież to nudne”. Sama Anna Dymna śmieje się, że żadna z niej gwiazda. Nie idzie z duchem czasu: nie gra w reklamach, od popularnych seriali woli deski krakowskiego Starego Teatru. Łatwiej spotkać ją, kiedy przecina rowerem Planty niż na bankiecie z udziałem gwiazd. Niechętnie mówi o życiu prywatnym. Za to, gdzie tylko może, wspomina o swoich niepełnosprawnych podopiecznych z ośrodka w Radwanowicach. I o Fundacji „Mimo wszystko”, którą pięć lat temu stworzyła z myślą o nich.

Serwisy plotkarskie trzymają się od Anny Dymnej z daleka. A ona i tak od lat wygrywa w rankingach popularności. Bywa, że kiedy idzie ulicą, słyszy: „Pani Dymna? Ależ się pani zmieniła!”. Dla niektórych nadal jest filmową Anią Pawlaczką, córką skłóconego z Kargulem Pawlaka z „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”, albo hrabianką z „Janosika”. Za każdym razem, kiedy w telewizji leci powtórka „Samych swoich” czy „Znachora”, młodzi chłopcy piszą do niej listy miłosne. Odpisuje im: „Syneczku, mogłabym być twoją babcią albo mamą”.

Będziesz aktorką, inaczej zamorduję!
Anna Dymna na ekranie debiutowała jako 19-latka. Zanim skończyła studia, miała już na koncie udział w kilkunastu filmach. Pomyśleć, że wcale nie miała iść do szkoły teatralnej. Złożyła papiery na psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. „Psychologia!? Nie po to włożyłem w ciebie, kretynko, tyle pracy! Ty masz być aktorką! Inaczej zamorduję!”, wrzeszczał na całą klatkę schodową Jan Niwiński, postać w Krakowie legendarna. Wybuchowy i nieco ekscentryczny był dla dorastającej Anny autorytetem. Niwiński założył tzw. koci teatr, czyli warsztaty teatralne dla dzieci i młodzieży, kuźnię młodych talentów. Wielu wybitnych aktorów zaczynało właśnie tam. Ania była ulubienicą Niwińskiego. I jego sąsiadką – mieszkała z rodzicami i braćmi w tej samej kamienicy. Ciemnowłosa, drobna. Zodiakalny rak, rocznik 1951, jedno z trojga rodzeństwa państwa Dziadyków.

Aktorka wspomina, że w jej rodzinnym domu się nie przelewało. Ojciec Anny, z zawodu inżynier lotnik, z wyboru antykomunista, często tracił pracę. Matce z biurowej pensji trudno było utrzymać pięcioosobową rodzinę. Mimo to dzieciństwo kojarzy się Annie Dymnej z poczuciem bezpieczeństwa. Rodzice szanowali życiowe wybory swoich dzieci, ale kiedy za namową swojego mentora Ania zapisała się na egzaminy do PWST, nie byli zachwyceni. Woleli, żeby zdobyła bardziej „konkretny” zawód. Któregoś dnia podsłuchała, jak ojciec pociesza matkę: „Nie przejmuj się. I tak się nie dostanie”.

Dziewczynka z kucykiem
Anna Dymna była najlepsza ze zdających. Wkrótce została jedną z najpilniejszych studentek. Wiotka, efemeryczna, reżyserzy chętnie obsadzali ją w rolach podlotków. Już po pierwszym roku studiów, pewnego letniego dnia szła ulicą w kwiecistej sukience, z włosami związanymi w kucyk. Musiała wyglądać na jakieś 14 lat. Zaczepił ją znany fotograf. „Dziewczynko – zagadnął – robię zdjęcia do »Przekroju«. Wiesz, co to jest »Przekrój«, prawda? Nie bój się... Zobacz, tam, w aucie, siedzi moja żona. Pojedziemy do twojej mamusi – jeśli się zgodzi, zrobię ci zdjęcie do gazety”. Było jej głupio się przyznać, że jest studentką. Wsiadła do samochodu, rzeczywiście poprosiła mamę o zgodę. Znalazła się na okładce.

Zaraz po studiach Anna Dymna rozpoczęła pracę w Starym Teatrze, w którym gra do dziś. Już na początku kariery wystąpiła u Wajdy w „Nocy Listopadowej”, u Swinarskiego w „Dziadach”, w „Wiśniowym sadzie” Jerzego Jarockiego. Inne młode aktorki tylko o tym marzyły. Mogło się jej przewrócić w głowie. Nie przewróciło. Często podkreśla, że swoją „normalność” zawdzięcza pierwszemu mężowi.


Piękna i bestia
Do dziś Anna mówi o Wiesławie Dymnym: miłość mojego życia. Choć początek ich znajomości był mało romantyczny. Niespełna 20-letnią Annę obsadzono w filmie „Pięć i pół bladego Józka”, do którego scenariusz napisał właśnie jej przyszły mąż. Zdjęcia kręcili w terenie. Wieczorem kompletnie zalany Dymny bankietował z kolegą pod drzwiami jej pokoju. Poprosiła, żeby się uspokoili, obrzucił ją wyzwiskami. Dała mu w twarz. On jej oddał. Natychmiast spakowała rzeczy, na drugi dzień już jej nie było. Jednak miała zobowiązania wobec ekipy, musiała wrócić. Dymny czekał na nią na dworcu. Skruszony, z bukietem goździków. Tak to się zaczęło. Kraków wrzał od plotek. Młodziutka aktorka i znany krakowski artysta, współtwórca Piwnicy pod Baranami. Mówili o nich: piękna i bestia. Dymny miał opinię pijaka i furiata. A ona? Nie przejmowała się tym, co gadają. Byli z Wieśkiem niemal nierozłączni. Odprowadzał ją na każdą próbę, obsypywał prezentami. Razem urządzali też ich wspólne mieszkanie na poddaszu. Rysował dla niej, pisał wiersze. Powtarzał, że nigdy nie może czuć się lepsza tylko dlatego, że jest popularna. Dorastała u jego boku. Na jednej z dedykowanej żonie kartek obiecywał: „Będziemy zawsze razem. Przyrzekam ci to i nigdy, nigdy nie zostawię cię samą”. Nie dotrzymał słowa.

Fatum?
Ich mieszkanie spłonęło jesienią 1977 roku. Meble zajęły się od telewizora. Ogień pochłonął prawie wszystko. Nie mieli się gdzie podziać, przyjęła ich koleżanka Anny z teatru. Koczowali u niej w salonie. 12 lutego Dymny zaginął. Aktorka w końcu znalazła ciało męża na remontowanym właśnie poddaszu. Nie wiadomo, co było przyczyną śmierci. Nie ustaliła tego ani sekcja zwłok, ani  śledztwo. Anna została wdową w wieku 27 lat. W książce „Warto mimo wszystko” wspomina, że jej rozpacz graniczyła z obłędem. Myślała, że nic gorszego nie może jej już spotkać. Myliła się.

Zaledwie trzy miesiące po pogrzebie jechała na plan zdjęciowy nad Balaton. Kierowca miał prowadzić auto przez całą noc. Tak, żeby Anna była z samego rana na planie. Usnęła na tylnym siedzeniu. Obudziła się w węgierskim szpitalu. Miała połamane nogi, pękniętą miednicę, uraz kręgosłupa. Paradoksalnie to właśnie wypadek pomógł Dymnej otrząsnąć się z tej największej rozpaczy. Obudził się w niej instynkt samozachowawczy. Była szczęśliwa, że w ogóle żyje. Tylko że na tej jednej stłuczce się nie skończyło. Nawet ona – zawsze deklarująca, że nie wierzy w przesądy – zaczęła się zastanawiać, czy nad jej życiem nie zawisło fatum. Kolejne trzy poważne wypadki, kolejne urazy. Kogoś innego te doświadczenia mogłyby złamać. Nie ją.


Baba z cycem
Po drodze było jeszcze drugie małżeństwo. Ze studentem AWF, który czuwał nad rehabilitacją aktorki. Związek zakończył się rozwodem, ale Anna Dymna podkreśla, że niczego nie żałuje. Bo „jak mogłaby żałować, skoro dzięki temu związkowi ma syna Michała”. Michał urodził się w listopadzie 1985 roku. Na Wigilię położyła go sobie pod choinkę, powtarzając, że to najwspanialszy prezent, jaki mogła dostać. Była szczęśliwa, odmieniona. Także fizycznie. W ciąży utyła ponad 30 kilo. Myślała, że w jej zawodzie to może być przeszkoda. Z tych lęków wyleczył Dymną Kazimierz Kutz. Kiedy weszła do niego na próbę, znany reżyser obrzucił ją spojrzeniem i z nieukrywaną satysfakcją powiedział: „No, teraz to masz dupę i cyce! Wreszcie się i z ciebie prawdziwa baba zrobiła!”. Została jedną z jego ulubionych aktorek. Inni reżyserzy także odkryli ją na nowo. Śmiała się, że do 34. roku życia wyglądała jak dziecko, a dodatkowe kilogramy wreszcie ją z tego wyzwoliły. Kilka lat temu wystąpiła na scenie w kostiumie kąpielowym. Po spektaklu podeszła do niej młoda dziennikarka: „Dziwię się, że z takim ciałem ma pani odwagę pokazywać się na scenie”. Dymnej nie drgnęła powieka. Odpowiedziała, że robi to dla kobiet w swoim wieku. Żeby się nie wstydziły chodzić w kostiumie po plaży.

Matka, skrzydła ci wyrosną
Mało która gwiazda dostaje tyle listów. Na adres Teatru Starego przychodzą całe stosy. I jeszcze mnóstwo e-maili. Ogromna część od ludzi potrzebujących. Anna Dymna od dawna kojarzona jest z działalnością charytatywną. Została laureatką Orderu Uśmiechu, a także pierwszą kobietą odznaczoną Medalem Brata Alberta. W 1999 roku ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski zaprosił ją do swojego ośrodka w podkrakowskich Radwanowicach. Bała się tego spotkania. Już wcześniej angażowała się w aukcje i kwesty, ale z ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo miała do czynienia po raz pierwszy. Od tamtego czasu wciąż wraca do Radwanowic. Prowadzi amatorski teatr, przygotowując niepełnosprawne osoby do kolejnych spektakli. Występują m.in. na Ogólnopolskim Festiwalu Osób Niepełnosprawnych „Albertiana”, który Dymna wymyśliła i współorganizuje. Aktorka prowadzi też w telewizyjnej Dwójce program „Spotkajmy się”, w którym rozmawia z osobami dotkniętymi przez los. Założona przez nią Fundacja „Mimo wszystko” z początku miała jedynie finansować warsztaty terapeutyczne w Radwanowicach. Teraz ma w planach m.in. budowę dwóch nowoczesnych ośrodków rehabilitacyjnych. Za pracę w fundacji Dymna nie bierze grosza. Kalendarz puchnie od terminów. Zawsze uśmiechnięta i serdeczna, czasem i ona ma wszystkiego dość. Wtedy zaszywa się w domu pod Krakowem, w którym mieszka z obecnym mężem Krzysztofem Orzechowskim, dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego. To jej azyl. Są tu ukochane koty. A także ogród. Położony na skale, zasadzenie najmniejszego drzewka wymagało od niej ogromnego wysiłku. Czasem porównuje ten ogród do swojego życia.    

Zofia Fabjanowska-Micyk / Party

Redakcja poleca

REKLAMA