Andżelika Borys

Skromna polska nauczycielka z Grodzieńszczyzny stała się symbolem oporu wobec reżymu Łukaszenki.
Dziś Andżelika jest już bardzo zmęczona. Nieodłączne szpilki zostały w przedpokoju, a elegancki łososiowy kostium na poręczy krzesła w sąsiednim pokoju. Teraz siedzi w fotelu podwinąwszy nogi pod siebie, ubrana w pidżamę ze spodniami rybaczkami.

To już nasze chyba dwudzieste spotkanie w schludnym mieszkaniu w bloku przy Aziorskiej Szosie, składającym się z trzech malutkich pokoików i trochę większego salonu. Mieszkanie rodzice kupili Andżelice i jej siostrze Ani. Teraz, zależnie od fantazji białoruskich telewizyjnych propagandzistów, przeistacza się w luksusową posiadłość albo rozkoszną willę.

Niezawodna Ania, ładna blondynka, młodsza od siostry o dziewięć lat, jak zwykle uwija się, by gościom, których przez mieszkanie Andżeliki przewijają się dziesiątki, przygotować coś do jedzenia. Jak zwykle stara się być na każdą prośbę siostry. "Boże, jak to dobrze, że Ania ma teraz wakacje", wzdycha Andżelika, bo na co dzień jej siostra studiuje w Polsce.

Wojna Andżeliki
Przez ostatnie kilka miesięcy Andżelika nie tylko nie ma czasu na prowadzenie domu, ale w ogóle na cokolwiek poza walką o Związek Polaków na Białorusi, zwłaszcza odkąd zdecydowała się wydać frontalną wojnę byłemu przewodniczącemu ZPB - Tadeuszowi Kruczkowskiemu.

Od dawna Andżelika, wtedy szefowa wydziału oświaty ZPB, była przekonana, że sprawy w Związku idą w
coraz gorszym kierunku. Z jednej z ważniejszych niezależnych organizacji społecznych na Białorusi, Związek przekształcał się w zależne od białoruskiego reżymu, folklorystyczne biuro podróży.
Andżelikę, do przesady skrupulatną i uczciwą, przerażał stosunek byłego prezesa do społecznych pieniędzy, denerwowało wrogie nastawienie do jakichkolwiek niezależnych inicjatyw, etykietkowanych jako "niebezpieczne działania polityczne", ale już najbardziej ze wszystkiego do szału doprowadzał ją brak działań, które pomogłyby rozwijać polskie szkolnictwo.

"Mieliśmy takie spotkanie z białoruskimi władzami oświatowymi. Siedzę ja i mój szef, bo wtedy Kruczkowski był moim szefem, przewodniczącym Związku Polaków - opowiada Andżelika - domagam się różnych rzeczy, stawiam się i awanturuję, a on to wszystko łagodzi, a czasem zachowuje się wręcz, jakby nie zwracał uwagi na moje argumenty... na koniec wychodzi z tego wszystkiego, że ci Polacy to sami nie wiedzą, czego chcą, a ja po prostu jestem pomylona".

"Co to za polska szkoła - tłumaczy mi dalej zirytowana - jeżeli na korytarzach słychać tam język rosyjski. Jedyną polską szkołę w Grodnie zmieniono na szkołę muzyczną. Czy to ma sens?".
Andżelika bardzo wiele jeździła po prowincji, spotykała się z prezesami oddziałów ZPB, wizytowała szkoły, była popularna. Kiedy okazało się, że władze za wszelką cenę po raz kolejny chcą poprzeć kandydaturę Tadeusza Kruczkowskiego na stanowisko prezesa ZPB, że delegaci są naciskani, wzywani do władz swoich rejonów i obwodów, Andżelika zdecydowała się: zostawi swoją ukochaną oświatę i będzie kandydować, a nóż się uda. No i udało się, nowa prezes przeszła znaczną większością głosów. Jej zwolennicy zrywali się na równe nogi, i klaskali, a ona po prostu beczała.

Dręczenie Andżeliki
"Nie mogłam uwierzyć, że się nam udało - mimo zastraszania ludzi przez władze, mimo tych wszystkich intryg, jednak się udało!". Teraz Andżelika już wie, że to był dopiero pierwszy akt. W dwa miesiące po VI Zjeździe władze państwowe zdecydowały, że był on przeprowadzony nieprawidłowo i musi być powtórzony. A 27 lipca wieczorem do siedziby Związku Polaków w Grodnie wkroczyli antyterroryści i wyrzucili siłą wszystkich obecnych. Teraz Domu Polskiego, w którym znów rezyduje Tadeusz Kruczkowski, pilnuje milicja.

Dla Andżeliki zaczął się akt drugi. Dzień po dniu przesłuchania. Dzień po dniu niewiarygodnie jadowite programy o Polsce i o samej Andżelice w białoruskiej państwowej telewizji. W ponownie przejętym przez ludzi Kruczkowskiego miejscowym polskim piśmie "Głos znad Niemna", zwanym teraz gadzinówką, padają sugestie, że Andżelika nie jest Polką, tylko białoruską nacjonalistką (cokolwiek by to miało oznaczać), a zza polskiej granicy dochodzą puszczane nie wiadomo przez kogo plotki, że wychowała się podobno... w Ameryce.
Po kolei zatrzymania wszystkich współpracowników - na 10, 15 dni aresztu w nieludzkich warunkach. Może dziewczyna, pozbawiona wsparcia bardziej doświadczonych w bojach kolegów, wreszcie się załamie?

Historia Andżeliki
Dzisiejszy dzień był szczególnie ciężki. Rano spotkanie z dziennikarzami z moskiewskiego biura "Le Figaro". Kiedy siedzieli razem przy kawie, do Andżeliki podszedł milicjant i wręczył jej wezwanie na przesłuchanie. Poszła z adwokatem. Potem była pierwsza rozmowa na milicji - najpierw nieoficjalna, zaraz potem w następnym pokoju już oficjalne przesłuchanie. Już czterdzieste drugie - liczy teraz Andżelika, pijąc drinka z colą. A ledwo zdołała dojść do domu, zadzwonił telefon, że ma przyjść znowu, ponieważ zarządzono "eksperyment śledczy". Doświadczony adwokat mówi, że chodzi prawdopodobnie o rewizję. Znów stawiła się wraz z adwokatem na milicji, ale "eksperyment" odwołano...

"W mojej rodzinie z obu stron są tylko Polacy", opowiada teraz. "W 45 roku przesunięta na zachód granica przecięła ziemie mojego dziadka. Część jego gospodarstwa została koło Sokółki. W Polsce mieszkają dwie siostry mojej mamy - jedna w Łapach, druga w Kuźnicy Białostockiej. Kiedy byłam dzieckiem, w największym stopniu wychowywała nas babcia - matka mojego ojca. Święta wszystkie obchodzono u nas po polsku i po katolicku. Chrzczono mnie w nocy, po kryjomu, w parafii w miejscowości Żełudak, do komunii też przystępowałam po kryjomu".
Andżelikę, jej dwóch braci i siostrę wychowało pokolenie, dla którego polskość i katolicyzm były nierozdzielne. Owszem, dyskoteki organizowano na Grodzieńszczyźnie przez okrągły rok, ale mało kto śmiał pójść na zabawę w wielkim poście - opowiadają teraz. Potem była nauka w Polsce, w studium nauczania początkowego w Zamościu, jeszcze później przyjęto ją na trzeci rok pedagogiki do filii UW w Białymstoku. Jej opowieść o życiu jest zwarta i krótka. Jak raport. Nadzwyczaj konkretna. Bo taka też jest Andżelika.

Misja Andżeliki
O niczym chyba Andżelika nie mówi z takim przejęciem, jak o tym swoim posłannictwie. Najbardziej na świecie kocha swoją pracę nad szerzeniem polskiej oświaty na Białorusi. Poświęcała jej i dni powszednie, i weekendy, bo przecież szkolenia dla nauczycieli, różne konkursy czy przeglądy polskiej poezji i piosenki trzeba było organizować w dni wolne - dyrektorzy szkół nie zawsze chcieli zwalniać nauczycieli i uczniów z zajęć na takie okazje.


Opowiada z pasją, jak mając 25 lat została kierownikiem działu oświaty, najważniejszego działu Związku Polaków na Białorusi, jak opracowywała statystyki nauczania polskiego w blisko 300 szkołach na Białorusi, jak przemierzała Białoruś wzdłuż i wszerz, żeby prawie każdą szkołę odwiedzić osobiście i przekonać się, jakie ma potrzeby, uświadomić prezesom oddziałów ZPB, jak ważna jest oświata i więź z kulturą polską.

Ten dział oświaty to było jej ukochane dziecko, a potem ukochanym dzieckiem stał się cały Związek. A teraz Andżelika, jak każda matka, krzywdy swojego dziecka wybaczyć nie może...
"Co i rusz w nocy przypomina mi się, jak wyciągali nas z siedziby i jak szarpali tych naszych starszych ludzi, jak ich ciągnęli po schodach - Andżelika ma łzy w oczach - a ja tak chciałam, żeby za mojej kadencji Polski Dom już nie był tylko biurem, żeby ci wszyscy ludzie tam mogli przychodzić. I oni przychodzili. To był ich dom. Starsze panie przynosiły i pasztet, i szarlotkę, a gdy okazało się, że w spadku po poprzedniku mam do spłacenia dług - 16 tysięcy dolarów, to przyszli do mnie i powiedzieli, żebym się nie martwiła, bo zorganizują zbiórkę, a przecież wiesz, ile na Białorusi się zarabia, a tym bardziej ile ludzie mają emerytury".

A teraz Andżelika wie jedno - nie może zawieść tych wszystkich ludzi, bo jakby się to dziś nie wydawało dziwne i staroświeckie, szczerze wierzy w zasady i w przyzwoitość. W swoim sposobie działania jest najzupełniej współczesna, w tych zasadach trochę jakaś taka niedzisiejsza. Jak wiele osób konkretnych, wolała się zajmować tym, na co uważała, że ma wpływ. Otwarta i bystra z natury, nigdy nie zastanawiała się głębiej nad sprawami wielkiej polityki. Teraz jednak uczy się szybko.

Prywatne życie Andżeliki
"Słuchaj, Andżeliko - pytam znienacka - a co ty właściwie lubisz robić prywatnie, kiedy nie walczysz o polskość na Białorusi?".
"Ojej", śmieje się i odpowiada równie solidnie, jak na pytanie o pracę. "Masę rzeczy. Po pierwsze lubię sprzątać. To mnie odpręża. Strasznie jestem porządnicka. I lubię morze. Bardzo lubię morze. Mogłabym godzinami na nie patrzeć. Ale lubię też się bawić, czasem tak sobie zaszaleć, potańczyć, wcale nie stronię od mocnych trunków. Tylko teraz to chyba od siedmiu miesięcy nigdzie nie byłam, bo nie wiadomo - pójdziesz, coś ci gdzieś dosypią, potem sfotografują i kompromitacja gotowa. I na zakupach też już chyba z siedem miesięcy nie byłam. Kiedyś zawsze umiałam sobie coś ładnego i taniego kupić, potem ktoś mi coś zwęził, coś dopasował, aż panie w polskim konsulacie w Grodnie pytały, gdzie sobie to kupiłam... A teraz to już nie mam do tego głowy".
"A mężczyźni? Jest ktoś? A może był?"
"Hmmm...", takich tematów Andżelika nie porusza zbyt chętnie... Wreszcie mówi, że najbardziej to nie lubi mięczaków, a takich facetów jest dziś zbyt wielu. A tak poza tym to owszem, był ktoś, długo, przez siedem lat, ale to wszystko nie mogło się dobrze skończyć i ciężko to odchorowała.
Życie prywatne Andżeliki to jedna z tajemnic małego Grodna, w którym prokurator pije kawę w tej samej kawiarni co znany opozycyjny redaktor, a wszyscy wiedzą prawie wszystko o wszystkich... W tym przypadku jednak znajduje zastosowanie staroświecka zasada, że o sprawach prywatnych damy nie mówi się publicznie. A Andżelika Borys jest właśnie damą.

Zbroja Andżeliki
Dla polujących na nią funkcjonariuszy białoruskiego systemu: wyniosła, zdecydowana i nieprzystępna. Bardzo pomylili się ci, którzy myśleli, że taką ot, prostą nauczycielkę, łatwo będzie złamać. Cóż, władze straszą, a Andżelika się boi. Pewnie, że się boi - każdy by się bał - nie jest łatwo żyć pod presją kolejnych przesłuchań, pod okiem tajniaków, którzy śledzą każdy krok i czekać, kiedy właściwie pójdzie się do paki. Jutro? Za tydzień? I na jak długo? Na 10 dni? A może na dwa lata?
Na co dzień Andżelika - ta polska "Siłaczka" z białoruskiej, postsowieckiej Grodzieńszczyny - nie rozstaje się więc ze "zbroją". Jej tarcza i miecz to klasyczny kostium, staranne uczesanie i wysokie obcasy. "Wtedy czuję się sobą", mówi. "I jestem gotowa na wszystko".

Agnieszka Romaszewska-Guzy
korespondentka TVP
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)