Adrien Brody

Kiedy pracuje, daje z siebie wszystko. Rola w „King Kongu” zabrała mu rok życia. Ale nie żałuje. Życie bez wyzwań nie miałoby dla niego smaku.
Jest dziewiąta rano. Za oknem nowojorskiego Regency Hotel pada śnieg. W każdym rogu stoją już bajecznie ubrane choinki z zapalonymi świeczkami. Adrien, który właśnie promuje tu z Naomi Watts „King Konga”, przeciąga się na ich widok. „Jest jeszcze tak wcześnie”, mówi przepraszająco i spogląda przez okno. „No dobra, nie ma co zwlekać, zaczynamy”. Klaska w ręce i uśmiecha się od ucha do ucha. Ale wygląda na bardzo zmęczonego. Blady, z podkrążonymi oczami przypomina postać nie z tego świata.

Fan Jacksona
Brody mile wspomina pracę nad filmem. Nie wiedział jednak, że zabierze mu to tyle czasu. „Liczyłem na jakieś dwa miesiące. Utknęliśmy w Nowej Zelandii na prawie rok”, opowiada ze śmiechem. A potem mówi o tym, że ten okres był naprawdę wspaniały. „Nagle znajdujesz się kilka tysięcy kilometrów od domu, życia, do którego przywykłeś, wszystkiego, z czym jesteś związany. Poznajesz zupełnie inną kulturę, innych ludzi. To naprawdę niezwykłe”, mówi z przejęciem.
Nie ukrywa też, że bardzo zależało mu na tej roli. „Po »Pianiście« bardzo dokładnie wertowałem scenariusze. Nie chciałem zagrać niczego, do czego nie miałbym przekonania. Na taką historię, jak ta w »King Kongu«, czekałem bardzo długo. Bo brakuje dobrych romantycznych opowieści. Postać młodego pisarza, który zakochuje się w pięknej aktorce i robi wszystko, aby uratować ją z rąk bestii, od początku wydała mi się niesamowita”, opowiada. „Od momentu, w którym obejrzałem trylogię »Władca pierścieni«, byłem wielkim fanem reżysera Petera Jacksona. Naprawdę marzyłem, żeby z nim pracować”. Miał nadzieję, że Jackson nie rozmyśli się i nie zastąpi go w ostatniej chwili innym aktorem. Jako dziecko Brody był także miłośnikiem dinozaurów. W „King Kongu” mógł stanąć z nimi oko w oko.

Iść na całość
Kiedy Adrien trafia na taką rolę, jest gotów na wszystko. Z pobłażaniem patrzy na wielu swoich kolegów: „Ech, aktorzy. Najważniejsze dla nich jest to, co widzą, patrząc w lustro”. Brody’ego to nie dotyczy. Jeden z największych perfekcjonistów przemysłu filmowego, porównywany do Roberta De Niro, nie cofnie się przed niczym, aby tylko jak najbardziej wiarygodnie odtworzyć graną przez siebie postać. Przystał na warunki Romana Polańskiego, by schudnąć kilkanaście kilogramów do roli w „Pianiście”. Sprzedał też mieszkanie i samochód. Wszystko po to, aby poczuć się jak ktoś, kto nie ma nic. Jeszcze przed zdjęciami do „King Konga” zagrał w „Obłędzie” żołnierza, który trafia do szpitala psychiatrycznego. Aby zbliżyć się do granej przez siebie postaci, całymi dniami chodził w kaftanie bezpieczeństwa i na jeden dzień dał się zamknąć w kostnicy.
„King Kong” okazał się nie mniejszym wyzwaniem. Siłowanie się z własnym ciałem trwało po kilkanaście godzin dziennie. „Nie było dnia, żebym nie spadł z jakiejś skały czy nie wisiał na jakimś drzewie”, przyznaje aktor. Na szczęście, skończyło się na kilku ranach i niezliczonych siniakach. Brody powtarza, że najważniejsze jest to, aby ciągle mieć przed sobą jakieś wyzwanie.

Aktor mimo woli
W młodości nie zdążył zastanowić się, kim chce być. Wszystko obmyśliła za niego matka, fotografka Sylvia Plachy. To ona zapisała go na zajęcia z aktorstwa. Brody, wychowany w słynącej z rozbojów zachodniej części dzielnicy Queens, miał większe szanse na trafienie za kratki niż na zdobycie Oscara. „Nie byłem pokornym dzieckiem. Często się buntowałem, sprawiałem rodzicom mnóstwo kłopotów. A tam, gdzie się wychowywałem, było wiele okazji, żeby wpaść w poważne tarapaty”, opowiada. Ale jego matka, Węgierka, postanowiła, że nie pozwoli synowi zginąć. Z młodym Adrienem dużo rozmawiał też ojciec, nauczyciel historii polskiego pochodzenia. „Nie byłoby mnie zapewne tutaj, gdyby nie moi rodzice, którzy potrafili mnie otoczyć prawdziwą miłością i opieką”, opowiada aktor. O matce często mówi, że jest najważniejszą kobietą w jego życiu. „Ona jest prawdziwym wojownikiem. Kiedy przyjechała do USA z Węgier, nie miała nic. To, co osiągnęła, zawdzięcza tylko sobie. Po niej odziedziczyłem siłę do walki i pasję do pracy”, opowiada Brody. To ona także oswoiła go z kamerą. Od chwili jego narodzin robiła mu tysiące zdjęć. „Po tylu latach obiektyw nie robi już na mnie żadnego wrażenia”. Za chwilę okaże się, że nie ma wcale przesady w tych słowach. Kiedy przechodzący dziennikarz pyta, czy może mu zrobić zdjęcie, Brody zgadza się bez wahania. Pozując na wprost aparatu, uśmiecha się tak, jakby właśnie dostawał drugiego Oscara.

Druga twarz Brody’ego
Może gdyby nie matka, byłby dziś muzykiem. Aktor jest zapalonym fanem hip-hopu i kiedy tylko może, komponuje podkłady dla raperów. Zajmuje się tym już od 12 lat. Ma nawet pseudonim artystyczny A. Ranger, a przenośny keyboard zabiera ze sobą na plan każdego filmu. W swoim domu w Los Angeles Brody założył nawet prywatne studio, w którym komponuje i już w tamtym roku zapowiedział, że niebawem stanie się drugim Dr. Dre.
Swój hiphopowy wizerunek aktor wykorzystał już zresztą w reklamie coca-coli. Z przylizanymi włosami, łańcuchem na szyi i puszką napoju w kieszeni spodni Brody przechadza się po nowojorskiej ulicy, a potem wskakuje do samochodu swoich koleżków spod ciemnej gwiazdy. Oglądając reklamówkę, trudno uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, o którym mówi się, że jest uosobieniem elegancji i dobrych manier.
Sam Brody coraz częściej przyznaje, że marzy mu się kariera producenta muzycznego. Na razie jednak muzyka musi poczekać. Zbyt dużo się dzieje w życiu Brody’ego aktora. Dodaje, że teraz przeżywa jeden z najbardziej owocnych momentów w swoim życiu. Kilka dobrych ról już za nim. Wierzy, że niejedna jeszcze przed nim. Po czym dodaje: „Dopóki wszystko w moim życiu dzieje się jak należy, nie widzę powodu, dla którego miałbym coś zmieniać”.

Miłość na odległość
Jedyne, co mu się nie podoba w aktorstwie, to narażenie na ciągłe plotki. U boku Brody’ego w „King Kongu” występuje Naomi Watts. Podczas kręcenia zdjęć bardzo zaprzyjaźnili się ze sobą. „Na szczęście kiedy razem graliśmy w Nowej Zelandii, paparazzi za bardzo się nami nie interesowali. Nie cierpię, kiedy plotkuje się, że flirtuję z partnerkami z planu”, opowiada Brody, który długo nie mógł zapomnieć dziennikarzom, że podczas niedawnego kręcenia filmu „Obłęd” przypisywali mu romans z Keirą Knightley. „Byłem naprawdę wkurzony. Oboje z Keirą mamy stałych partnerów. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, bo się zwyczajnie polubiliśmy. Potem, żeby już nie dawać okazji do plotek, zaczęliśmy pokazywać się oddzielnie. I to nie było miłe”, skarży się aktor.
Od kilku lat związany jest z Michelle Dupont, sekretarką z Los Angeles. Mieszkają w domu Brody’ego, a w ubiegłym roku dołączył do nich mały pies – prezent od Michelle. Aktor od razu oszalał na punkcie zwierzaka. Nazwał go Cleo i teraz najchętniej zabierałby go ze sobą wszędzie. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Brody nie mógł na przykład wziąć swego pupila do Nowej Zelandii, gdyż wcześniej pies musiałby przejść miesięczną kwarantannę. „To okazało się zbyt kłopotliwe”, przyznaje.
Nawet Michelle tylko kilka razy udało się odwiedzić Brody’ego na planie „King Konga”. Zapracowana nie chciała na długo opuszczać Los Angeles. „Ta rozłąka nie była dla nas najłatwiejsza. Ale już się chyba przyzwyczailiśmy do takich trudnych momentów. Od początku było wiadomo, że praca aktora to nie jest prorodzinne zajęcie”, przyznaje Brody i podkreśla, że ma bardzo wyrozumiałą partnerkę.

Dobra robota
Adrien cieszy się ze świąt i z tego, że choć przez chwilę może odetchnąć. „Znowu pobędę z rodzicami, będę miał czas dla siebie. W tym roku należy mi się to bardziej niż kiedykolwiek”, mówi rozmarzonym głosem. Znowu się przeciąga i nawet nie stara się ukryć ziewania. „Może i jestem zmęczony. Mam jednak poczucie dobrze wykonanej roboty”, przyznaje z uśmiechem.

Iza Bartosz/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)