Dać sobie drugą szansę

Moja pierwsza wielka miłość wpoiła mi swoje życiowe motto dotyczące związków: „odgrzewana herbatka nie smakuje dobrze”. Przyswoiłam, przemyślałam i doszłam wniosku, że rzeczywiście, jeśli coś pękło to klejenie i łatanie na siłę nie ma wielkiego sensu. Widać to nie były dwie połówki tego samego jabłka, lepiej więc nie tracić czasu i poszukać swego prawdziwego przeznaczenia.
/ 03.01.2008 19:59
Moja pierwsza wielka miłość wpoiła mi swoje życiowe motto dotyczące związków: „odgrzewana herbatka nie smakuje dobrze”. Przyswoiłam, przemyślałam i doszłam wniosku, że rzeczywiście, jeśli coś pękło to klejenie i łatanie na siłę nie ma wielkiego sensu. Widać to nie były dwie połówki tego samego jabłka, lepiej więc nie tracić czasu i poszukać swego prawdziwego przeznaczenia. Gdy nam nie wyszło, nie próbowaliśmy już drugi raz i z dzisiejszej perspektywy myślę, że to była dobra decyzja.

Tymczasem jednak setki tysięcy par rozstaje się, wyprowadza, drze zdjęcia i wyrzuca wspólne pamiątki, aby za trzy miesiące znów się zdzwonić i dać sobie jeszcze jedną szansę. Choć zerwali z powodu gniewu, frustracji, krzywdy czy fałszu, całkowicie świadomie i z własnej woli, coś nie pozwala im o sobie zapomnieć, stopniowo wymazuje za to z pamięci urazy i smutki.

Analizując statystyki rozwodowe widać, że wyraźnie rośnie liczba par, które po okresie separacji postanawiają na nowo budować związek. Socjologowie tłumaczą ten fenomen stopniowym powrotem zainteresowania wartościami takimi jak rodzina, macierzyństwo, dom. Wygląda na to, że po okresie dominacji indywidualizmu i mody na życie bez zobowiązań znów na sile przybiera odwieczna ludzka skłonność do zapuszczania korzeni.

Wszyscy wiemy dobrze jakie negatywne konswekwencje niosą ze sobą rozstania – niepełne rodziny, strach przed samotnością, traumatyzujący wpływ rozwodów na psychikę dzieci, nieraz drastyczna zmiana sytuacji materialnej... Czy są to jednak wystarczające powody aby żyć ze sobą nawet jeśli się nie kochamy, czujemy do siebie urazę lub, nie daj Boże, odrazę? Czy dzieci wychowywane w zwaśnionym domu naprawdę czują się lepiej niż z jednym, ale kochającym i spokojnym rodzicem? Ja bym miała sporo wątpliwości.

Czasem jednak ten powrót, czy też regularne powroty, nie mają właśnie nic do czynienia z rozsądkiem czy kalkulacją. Wręcz przeciwnie, ona wie, że poradziłaby sobie sama, pamięta jego wyskoki czy humory, zdaje sobie sprawę, że on nie wkłada nic od siebie w ich związek, a jednak... nie może bez niego żyć. Dla kobiet jest to oczywiście daleko bardziej naturalne – nasz macierzyński instynkt, trwałość w uczuciach i skłonność do monogamii utrudniają znacznie rozstanie z ukochanym, nawet jeśli to łobuz i pasożyt. Paradoksalnie jednak facetom też nie przychodzi to łatwo. Zwykle po kilku beztroskich randkach z nowymi pannami dochodzą do wniosku, że brakuje im tego czegoś ekstra: jej zapachu, sposobu w jaki robi tosty na śniadanie czy słucha opowieści z pracy.

Pewnie, można powiedzieć, że to kwestia przyzwyczajenia i tęsknoty za znanym. Ale pewnie każdy z nas ma znajomych, którzy rzucają w siebie talerzami od czasu do czasu, nienawidzą się czy robią sobie regularnie na złość i rozstają się definitywnie, ku uldze otoczenia. Ale gdy potem dają sobie jeszcze jedną, sto pięćdziesiątą ósmą szansę, i siedzą przed tobą objęci, nie można oprzeć się wrażeniu, że ta dwójka należy do siebie.

Więc co z tą herbatką? Warto czasem podgrzać czy lepiej parzyć nową? Wszystko zależy od ludzi oczywiście. Psychologowie twierdzą, że na udany powrót mogą liczyć tylko pary typu „dawca-dawca”, inaczej mówiąc, gdzie obydwie strony wkładają wysiłek i serce w pielęgnowanie związku. Nie łudźmy się, nostalgia czy samotność nie są wystarczająco dobrą podstawą do budowy uczucia na nowo. Nie będziemy raczej szczęśliwi również, jeśli rozstaliśmy się z nadzieją na znalezienie „lepszego modelu”. Wady partnera po dwóch tygodniach będą nas irytować tak samo jak przedtem, o ile oczywiście nie zmienimy nieco swoich priorytetów.

Kluczem do sukcesu jest zrozumienie dlaczego nam nie wyszło za pierwszym razem. I nie chodzi tu o wskazanie winnego – wręcz przeciwnie, raczej o znalezienie rozwiązania na przyszłość. Czasami przydatna jest swoista umowa partnerska dotycząca komunikacji swoich problemów, szczerości czy nawet tak trywialnych spraw jak zmywanie naczyń. Pamiętajmy, że często to właśnie małe kamyczki potrafią wykoleić lokomotywę miłości.

Nade wszystko nie zapominajmy o empatii i uwodzeniu. Zrozumienie drugiej strony, jej uczuć i trosk to podstawa budowania zaufania i prawdziwej wspólnoty. Natomiast gra w kuszenie, pożądanie i spełnienie może naprawdę dokonać cudów – w rzeczywistości frustracje seksualne są bardzo często praprzyczyną konfliktów w związku. I w końcu czy jest lepsza metoda godzenia się po sprzeczkach niż wspólne prześcieradło?

Agata Chabierska