Reklama

Małgorzata Bohosiewicz-Suchoń jest prawnikiem, mediatorem rodzinnym oraz ekspertem w obszarze rozwiązywania konfliktów rodzinnych i wsparcia rodzin w sytuacjach kryzysowych. Od ponad 27 lat pracuje z rodzinami doświadczającymi konfliktów, kryzysów relacyjnych oraz sytuacji wymagających interwencji prawnej i psychologicznej. Ma bogate doświadczenie we współpracy z rodzinami patchworkowymi i sama od ponad 20 lat tworzy własną rodzinę patchworkową. Podzieliła się z nami swoim doświadczeniem dotyczącym największych trudności, ale też plusów takich relacji.

Budowanie rodziny na nowych zasadach

Katarzyna Troszczyńska: Kto bardziej potrzebuje mediacji? Ludzie podczas rozstania, czy ci budujący swoje życie od nowa, z nową miłością?

Małgorzata Bohosiewicz-Suchoń: Trafiają do mnie osoby w trakcie rozwodu, i takie, które już zaczęły budować nową rodzinę patchworkową. Często te dwa procesy dzieją się równocześnie: jedna relacja się kończy, a druga już się zaczyna. Wtedy trzeba poukładać bardzo wiele spraw naraz, rozstanie, podział majątku, opiekę nad dziećmi, a jednocześnie zasady funkcjonowania nowej rodziny.

Nie oszukujmy się, patchwork stał się dziś czymś całkowicie normalnym. To już nie jest żadna egzotyka. Wystarczy spojrzeć wokół siebie, co druga albo trzecia rodzina funkcjonuje w takim modelu. Konflikty bywają podobne jak w każdej rodzinie z dziećmi: codzienność, obowiązki, emocje. Ale w patchworku dochodzi dodatkowe obciążenie: dzieci „moje”, „twoje”, czasem także wspólne. Jest więcej osób, więcej potrzeb i więcej uczuć do pogodzenia. Dlatego trzeba wspólnie ustalić, jak ta rodzina ma wyglądać, jakie będą w niej zasady i jak chcemy ją budować. Na to wszystko potrzeba czasu. Na relacje w takiej rodzinie pracuje się latami, szczególnie na relacje z dziećmi.

A właśnie chciałam zapytać, czy druga miłość jest łatwiejsza czy trudniejsza? Rozumiem, że trudniejsza, bo często wchodzą w grę dzieci, byli partnerzy, całe wcześniejsze życie.

Powiedziałabym, że przede wszystkim dojrzalsza. Sama jestem w patchworku, więc mówię też z własnego doświadczenia. Kiedy pierwszy raz wychodziłam za mąż, miałam 22 lata i zupełnie inaczej patrzyłam na małżeństwo, rodzinę czy relację między kobietą a mężczyzną. W pierwszym związku wchodzimy trochę z wyobrażeniami wyniesionymi z domu, z filmów, z obserwacji. Dopiero życie pokazuje nam, czym naprawdę jest codzienność w relacji.

Kiedy wchodziłam w drugi związek, byłam już bogatsza o doświadczenia z pierwszego małżeństwa. Wiedziałam, o co naprawdę warto walczyć, a co można odpuścić. Lepiej znałam też siebie, swoje potrzeby, granice, wartości.

I myślę, że z wiekiem pojawia się też większa zgoda na rozmowę i kompromis. Mniej chcemy wygrać, bardziej chcemy się porozumieć.

Na przykład?

Wiemy o co naprawdę warto walczyć, a na co szkoda energii. Mam wrażenie, że z wiekiem po prostu mniej dramatyzujemy. Pewnych rzeczy już się tak nie przeżywa. Wiadomo, co tak naprawdę jest ważne w życiu. W pierwszym związku byłam bardzo restrykcyjna. Jeśli coś ustaliliśmy, to dokładnie tak miało być. Chciałam postawić na swoim, miałam poczucie: „ja wiem lepiej”.

W drugim związku już tego nie mam, dziś myślę o sobie bardziej jako o partnerce w relacji.

Daje pani więcej przestrzeni drugiemu partnerowi?

Tak, choćby w kwestiach rodzicielskich. Chyba bardziej ufam. Nie chodzi o to, że wcześniej nie ufałam, ale kiedyś miałam poczucie, że jako matka wiem lepiej, mam lepszą intuicję i większe prawo do decydowania.

To chyba częste u kobiet?

Bardzo, szczególnie u młodych matek. Ale myślę, że w drugiej relacji najważniejsze jest coś innego: nauczyłam się mówić o swoich potrzebach. Jasno komunikować, czego potrzebuję i pytać też drugą stronę o jej potrzeby, potem wspólnie ustalać priorytety. Nauczyłam się, że trzeba mówić wprost, czego często nie robimy w pierwszych związkach. Dusimy wszystko w sobie, rozmawiamy z koleżankami, a nie partnerem. Dzisiaj uważam, że większość problemów w relacjach bierze się z braku rozmowy i uczciwości wobec siebie. Trzeba umieć nazwać rzeczy po imieniu.

Dziś, kiedy jestem chora, mówię: „potrzebuję, żebyś zrobił mi herbatę i poszedł po leki”. Jeśli wracam zmęczona z pracy i chcę się wygadać, uprzedzam: „nie doradzaj mi teraz, po prostu mnie wysłuchaj”. Mężczyźni często od razu wchodzą w tryb rozwiązywania problemów, a ja po prostu nauczyłam się mieć odwagę mówić, że tego nie potrzebuję.

Patchwork to wyzwanie dla związku

Znajoma terapeutka powiedziała mi kiedyś, że drugi związek jest trudniejszy, bo często są już dzieci i bardzo trudno znaleźć czas tylko dla siebie, nie ma tego okresu miodowego, pierwszej fazy zakochania, gdy istniejecie tylko wy.

Tak, w patchworku to wyzwanie. Uważam, że rodzice powinni choć raz w roku wyjechać sami, choćby na kilka dni. W pierwszym małżeństwie w ogóle tego nie pilnowałam. Byłam pochłonięta pracą, dzieckiem i domem. Myślę, że między innymi dlatego zaczęliśmy się rozmijać.

W drugim związku bardzo dbaliśmy o nasz czas, zwłaszcza że oboje mieliśmy dzieci z poprzednich relacji. Staraliśmy się dwa razy w roku wyjechać choćby na weekend tylko we dwoje. Nie zawsze się udawało, ale mieliśmy też ogromne wsparcie rodziny. A to jest bardzo ważne, akceptacja bliskich dla nowego związku. Bez tego patchworkowi jest dużo trudniej.

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że patchwork ma szansę działać wtedy, kiedy byli partnerzy choć trochę na to pozwalają. To chyba najtrudniejszy element całej układanki. My mieliśmy bardzo trudne doświadczenia. Naprawdę mogłabym napisać o tym książkę.

Dlatego tak ważne jest mówienie o potrzebach i ustalanie wszystkiego wprost. Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że w patchworku bywają momenty, kiedy potrzeby dzieci są absolutnie na pierwszym miejscu. Czasem trzeba zrezygnować z własnej wygody czy czasu dla pary po to, żeby dzieci mogły zbudować bezpieczne relacje.

W jakim była Pani wieku, kiedy zaczynała swoje „drugie życie”?

Ja byłam po trzydziestce, mąż przed czterdziestką. Moja córka miała sześć lat, starszy syn partnera dziesięć, a młodszy trzy. Dzisiaj wszystkie nasze dzieci są już dorosłe. Mówię „nasze”, bo stworzenie tej rodziny było ogromną pracą nas wszystkich. Budowaliśmy ten patchwork latami, z dużym poświęceniem, ale udało się stworzyć naprawdę dobrą rodzinę. Mamy już nawet wnuki.

Od początku dużo rozmawialiśmy o tym, jak wyobrażamy sobie nasz dom i nową rodzinę. Na ile wpuszczamy do niej doświadczenia z poprzednich związków, dzieci, dawne przyzwyczajenia. Mój drugi mąż bardzo jasno powiedział mi wtedy: „Rozwodzę się z żoną, ale nie z dziećmi. Chłopcy są dla mnie najważniejsi”. I to było dla mnie bardzo ważne, że potrafił oddzielić miłość do dzieci od miłości do partnerki. Nie każdy to umie.

Od początku staraliśmy się też budować dom tak, żeby żadne z dzieci nie czuło się gorsze. Każde miało swoje miejsce, swój pokój, swoje rytuały. Tworzyliśmy też własne rodzinne zwyczaje, coś tylko naszego. Ale to wcale nie było łatwe ani „instagramowe”. Najstarszy syn mojego męża przez dwa czy trzy lata nie chciał mieć ze mną kontaktu. Nie przyszedł na nasz ślub, choć pobraliśmy się dopiero po sześciu latach wspólnego życia. Potem jednak wrócił. Dzisiaj mamy dobrą relację, a przez pewien czas nawet z nami mieszkał.

Myślę, że kobietom bywa trochę łatwiej budować patchwork, bo po rozwodzie dzieci częściej zostają przy matkach. Moja córka była ze mną na co dzień i naturalnie weszła w nową rodzinę. Natomiast dzieci męża były w naszym życiu w trakcie wyznaczonych kontaktów. Nie mieliśmy kontaktu na codzień i w codziennych sytuacjach. Wiadomo, że silny wpływ na to miała druga strona. To bardzo komplikowało budowanie więzi.

Młodszy syn wszedł w ten układ dość naturalnie. Starszemu było trudniej; był bardziej świadomy, miał też silny konflikt lojalnościowy wobec mamy. W pewnym momencie chciał spotykać się wyłącznie z tatą, beze mnie. I to było naprawdę bolesne.

To chyba wymaga ogromnej cierpliwości.

Tak, ale od początku przyjęłam dwie zasady. Po pierwsze: nigdy nie zastąpię im mamy. Mama jest jedna i zawsze będzie najważniejsza. Ja mogę być kimś dodatkowym, osobą, która wspiera ich tatę i współtworzy dom. Po drugie: nigdy nie mówiłam źle o ich mamie. Bez względu na to, co się działo. Nawet kiedy mąż próbował coś komentować, zatrzymywałam go. Dzieci nie mogą być wciągane w konflikt dorosłych.

Nie narzucałam się też z uczuciami. Ta relacja musiała budować się powoli. Oni musieli zaufać mnie, a ja im. Ale jednocześnie od początku stawiałam granice. Kiedy chłopcy przychodzili do nas, mówiłam jasno: „To jest nasz dom i obowiązują tu pewne zasady”.

Bardzo zależało mi też na wspólnym życiu. Pamiętam, że mieliśmy nawet spór o to, jaki stół kupić do kuchni. Ja uparłam się, że musi być duży, okrągły. Chciałam, żeby wszyscy mogli przy nim siedzieć razem, miałam poczucie, że właśnie takie drobne codzienne rzeczy budują prawdziwą rodzinę.

Usłyszałam kiedyś, że najtrudniejsze w rodzinach patchworkowych jest właśnie zderzenie dwóch różnych światów.

Oczywiście, każda rodzina ma przecież własne zwyczaje, rytm życia, sposób spędzania czasu. I to wszystko trzeba stworzyć od nowa. Dlatego tak ważne jest budowanie wspólnych rytuałów, czegoś, co tę rodzinę scala i zakorzenia. My na przykład zawsze wspólnie planowaliśmy wakacje. Siadaliśmy razem przy stole i rozmawialiśmy: „Dobrze, mamy dwa tygodnie, to co chcemy robić?”. Dzieci rzucały swoje pomysły, my swoje i razem dochodziliśmy do kompromisu. To bardzo nas zbliżało.

Najtrudniejsze były chyba weekendy. Przez pewien czas mieszkałam na Śląsku, a mój mąż w Łodzi, więc widywaliśmy się głównie wtedy. Trzeba było pogodzić potrzeby wszystkich: moje, dzieci i jego synów, którzy też chcieli mieć tatę dla siebie.

Staraliśmy się dobrze to organizować. Sobota była naszym wspólnym dniem: wyjazdy, kino, narty, gry, wspólne majsterkowanie. Ale niedzielny poranek należał tylko do chłopców i ich taty. Ja spędzałam wtedy czas ze swoją córką.

To bardzo ważne, żeby dzieci miały rodzica także „na wyłączność”. Wiele osób o tym zapomina, pojawia się zazdrość o czas partnera z dziećmi. Tymczasem dzieci rozwiedzionych rodziców często żyją w lęku, że nowa partnerka albo nowy partner zabiorą im mamę czy tatę. Skoro rodzina już się rozpadła, boją się utraty tego, co jeszcze zostało.

I ja też musiałam przepracować tę lekcję. Początek wcale nie był dla mnie łatwy. Byłam zaborcza, chciałam mieć męża dla siebie, czuć, że jestem najważniejsza. Pamiętam sytuacje, kiedy mówił: „Przyjeżdżam w piątek, ale po drodze zabieram chłopców”, a ja myślałam: „Jak to? Nie widzieliśmy się tydzień, a ty najpierw jedziesz po dzieci?”. On spokojnie tłumaczył: „Ta miłość jest po prostu inna. Kasia jest z tobą na co dzień, a ja swoje dzieci widuję głównie w weekendy. Muszę ten czas podzielić”. Dopiero po czasie zrozumiałam, że kiedy daję chłopcom przestrzeń tylko dla taty, wszyscy na tym zyskujemy. Oni przestali się bać, że chcę im ojca zabrać.

Z czasem zaczęliśmy budować to bardziej świadomie. Mówiłam mężowi: „Jedź z chłopakami na męski weekend”. A ja w tym czasie robiłam coś z córką albo organizowałyśmy sobie babski wieczór. To wszystko wymagało ogromnej pracy. Było mnóstwo konfliktów, trudnych emocji i wiele przepłakanych nocy. Ale dzisiaj mam ogromną satysfakcję, kiedy widzę, że wszystkie dzieci przyjeżdżają do nas do domu i mówią o sobie „brat” i „siostra”, choć formalnie nimi nie są.

Najbardziej wzruszało mnie zawsze to, że dorastający chłopcy przychodzili ze swoimi problemami do mnie, a moja córka do mojego drugiego męża.

Pary, które przychodzą do Pani na mediacje też mają problem z zaborczością?

To jest bardzo częsty temat u par, które trafiają na mediacje. Wiele osób wchodzi w nowe rodziny z ogromną potrzebą bliskości i bezpieczeństwa, a jednocześnie z lękiem, że znów będą „na drugim miejscu”. Ja też musiałam się tego uczyć, że miłość do dzieci nie odbiera nic partnerowi i odwrotnie. Paradoksalnie właśnie te własne doświadczenia bardzo pomagają mi dziś lepiej rozumieć emocje innych ludzi i patrzeć na ich konflikty z większą czułością, a nie oceną. Chodź pamiętajmy każda rodzina to inna historia.

"Patchwork działa wtedy, kiedy byli partnerzy na to pozwalają"

Powiedziała Pani, że ważne jest, czy były partner sprzyja nowemu związkowi, to chyba rzadkie?

Chodzi bardziej o to, w jaki sposób kończy się poprzedni związek. Im więcej w tym szacunku, kultury i troski o dzieci, tym łatwiej później budować nową rodzinę. Bo jeśli były partner aktywnie buntuje dzieci przeciwko nowej relacji, podważa nowego partnera albo utrudnia kontakty, to budowanie patchworku staje się naprawdę bardzo trudne.

Jeśli nie mamy wsparcia rodziny czy przyjaciół, budowanie patchworku jest jeszcze trudniejsze. Rodzice często boją się też, że nowa partnerka czy partner będą „fajniejsi”, bliżsi dziecku, bardziej lubiani. Pojawia się lęk przed konkurencją. A ja często mówię rodzicom: spróbujcie spojrzeć na tę trzecią osobę inaczej. Nie jak na zagrożenie, tylko jak na dodatkowego dorosłego, który może dziecko wesprzeć i pomóc także wam jako rodzicom.

Oczywiście to wymaga bardzo jasnych ustaleń. Trzeba rozmawiać o tym, jaką rolę nowy partner ma pełnić wobec dzieci. Czy tylko wspiera, czy uczestniczy w wychowaniu, a jeśli tak, w jakim zakresie.

Kto powinien to ustalać?

Rodzice. Jeśli wchodzę w nowy związek i mam dziecko, mówię partnerowi wprost: „Możesz mnie wspierać, możesz doradzać, ale decyzje dotyczące mojego dziecka podejmujemy ja i jego ojciec”. I to jest zdrowe.

Nowi partnerzy często chcą wejść zbyt mocno w rolę wychowawczą. Zaczynają oceniać, poprawiać, stawiać wymagania. A to bardzo łatwo budzi opór i niechęć dziecka do tego domu. Dlatego jeśli coś nas niepokoi, najlepiej rozmawiać o tym spokojnie wieczorem, w cztery oczy. Nie atakować: „twoje dziecko jest niegrzeczne”, tylko powiedzieć: „Zauważyłam coś takiego, może warto się temu przyjrzeć?”. Czasem za zachowaniem dziecka stoi po prostu stres, lęk albo trudność odnalezienia się w nowej sytuacji.

I przyznam szczerze: kiedy mój mąż zwracał uwagę na coś dotyczącego mojej córki, często odbierałam to jak atak. Dopiero później zrozumiałam, że jako rodzice nie zawsze jesteśmy obiektywni. Kochamy swoje dzieci i pewnych rzeczy po prostu nie widzimy. Warto więc słuchać siebie nawzajem. Ale jednocześnie pamiętać, że rodzice pozostają rodzicami.

Czy trudnością nie jest też to, że żyje się z partnerem, który nie jest biologicznym rodzicem dziecka?

Pewnie czasem tak. Ale po latach doszłam do jednego wniosku: rodzicem nie zawsze jest ten, kto urodził, tylko ten, kto naprawdę wychowuje i jest obecny. Moja córka miała kontakt ze swoim tatą, ale to mój drugi mąż był przy niej na co dzień. Nie próbował nikogo zastępować ani „odbierać” ojcostwa. Po prostu był, spokojnie, cierpliwie, bez narzucania się.

Choć zdarzało się, że córka, gdy była nastolatką mówiła: „Nie jesteś moim tatą, nie będziesz mi mówił, co mam robić”, to z czasem zbudowała się między nimi bardzo silna więź. Dzisiaj, kiedy dzieje się coś ważnego albo trudnego, moja córka najpierw dzwoni właśnie do niego. A teraz mówi o nim, że jest najwspanialszym dziadkiem dla jej dzieci. To pokazuje, że takie relacje naprawdę mogą się zbudować, ale wymagają czasu, cierpliwości i codziennej obecności.

Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że po rozwodzie biologiczny rodzic czasem się wycofuje. I to bywa bardzo trudne. Dlatego tak ważne jest, żeby mimo wszystko próbować utrzymywać możliwie dobre relacje między wszystkimi dorosłymi, dla dobra dzieci.

U nas z czasem udało się dojść do takiego momentu, że podczas ślubów dzieci czy narodzin wnuków wszyscy spotykaliśmy się razem przy jednym stole — byli partnerzy, nowi partnerzy, cała rodzina. Dla dzieci to było bardzo ważne.

"Czas, cierpliwość, małe kroki"...

A co zrobiłaby Pani dziś inaczej?

Pewnie wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Jednak gdyby decydować, co najważniejsze, to kwestia tempa wprowadzania nowych partnerów do życia dzieci.

W moim przypadku wprowadzenie do życia mojego przyszłego męża było bardzo szybkie. Wszystko się poukładało ale było obarczone wielkim ryzykiem. Dlatego jeśli miałabym poradzić innym to powiedziałabym: nie spieszcie się. Wprowadzajmy dziecko we wspólne relacje dopiero wtedy gdy mamy pełne przekonanie, że to jest poważna relacja. Nie wszyscy mogą mieć takie szczęście jak ja. Bo jeśli dziecko zdąży się przywiązać, a partner nagle znika, przeżywa kolejne porzucenie.

Dlatego w patchworku najważniejsze są czas, cierpliwość i małe kroki. Najpierw rozmowa z dzieckiem. Potem wspólny spacer, kino, obiad. Obserwowanie emocji i reakcji. Dopiero na końcu wspólne zamieszkanie. I trzeba uszanować, że dziecko może powiedzieć: „Nie jestem jeszcze gotowe”. To nie znaczy, że dziecko ma decydować o życiu rodzica. Ale jeśli bardzo protestuje, warto się zatrzymać i zastanowić, z czego ten opór wynika. Czasem chodzi o lęk, czasem o lojalność wobec drugiego rodzica, czasem o zbyt szybkie tempo zmian.

Wiele osób marzy o „filmowym” patchworku: wielkiej szczęśliwej rodzinie, w której wszyscy od razu się kochają. A rzeczywistość zwykle wygląda inaczej. Dzieci bywają zazdrosne, rywalizują o uwagę, testują granice. Dlatego nie można budować patchworku egoistycznie, tylko wokół własnej potrzeby bycia zakochanym. W tej rodzinie jest więcej osób, więcej emocji i więcej czasu potrzebnego na oswojenie zmian.

Jak układać relacje z byłą partnerką czy byłym partnerem?

Przede wszystkim nie eskalować konfliktu. Dziś zawsze powtarzam rodzicom: po rozwodzie nie warto wchodzić w niekończące się wojny SMS-owe i wzajemne oskarżenia. Jeśli łączą nas dzieci, to rozmawiajmy o dzieciach — o zdrowiu, szkole, sprawach organizacyjnych. Wszystko inne tylko napędza konflikt.

A finanse w drugim związku? To chyba trudniejszy temat niż w pierwszym małżeństwie?

Myślę, że w ogóle nie umiemy rozmawiać o pieniądzach. O pracy, obowiązkach, wspólnym budżecie, o tym, jak ma wyglądać codzienne życie. Bardzo często wchodzimy w związki z założeniem: „jakoś to będzie”. A potem okazuje się, że każde z nas ma zupełnie inne wyobrażenie rodziny.

Dlatego bardzo podoba mi się to, że niektóre młode pary zaczynają dziś od terapii albo konsultacji dla par, nie dlatego, że już mają kryzys, tylko po to, żeby przedyskutować ważne sprawy. To może być świetny pomysł także dla osób, które wchodzą w patchwork.

Bo my często nie rozmawiamy wcześniej o najważniejszych rzeczach: czy chcemy mieć dzieci, ile, jak podzielimy obowiązki, co wynosimy z własnych domów, jak będziemy zarządzać pieniędzmi, kto za co płaci, czy mamy wspólne konto, czy osobne. A dzieci naprawdę wywracają świat do góry nogami. Patchwork jeszcze bardziej.

Sama pochodzę z domu, w którym wszystko było wspólne. I podobnie budowałam drugi związek, na zaufaniu i partnerstwie. Oboje pracowaliśmy, wspieraliśmy się zawodowo, a kiedy mąż miał większe możliwości rozwoju, ja bardziej zajęłam się organizacją domu i życia rodzinnego. Mieliśmy osobne konta, ale wspólnie nimi zarządzaliśmy. Była pełna transparentność. Duże wydatki zawsze omawialiśmy razem. I myślę, że to jest kluczowe: nie sam model, tylko rozmowa i wspólne ustalenia. Każdy związek może działać inaczej, byle obie strony się na to świadomie zgadzały.

Dopiero w drugim małżeństwie zrozumiałam też, jak bardzo wartości wyniesione z domu wpływają na relację. Kiedy poznałam mojego obecnego męża i zaczęliśmy opowiadać sobie o rodzinach, miałam poczucie, że wychowaliśmy się niemal w identycznych domach, z podobnym podejściem do pracy, rodziny i życia. To było dla mnie ogromne odkrycie.

A jakie są największe "czerwone flagi" przy wchodzeniu w drugi związek?

Pierwszą byłoby zdanie: "Ja już się nie zmienię, jestem jaki jestem". Jeśli ktoś nie ma w sobie elastyczności i gotowości do kompromisu, to bardzo trudne.

Druga rzecz to stosunek do dzieci. Czasem po prostu czuć, że ktoś ma w sobie ciepło i uważność. Że rozumie, że dzieci są częścią tej relacji i że czasami będą na pierwszym miejscu. Niepokoiłoby mnie też, gdyby partner nie rozumiał codzienności rodzica. Jeśli dziecko choruje i trzeba odwołać randkę, a druga strona reaguje pretensją, to znaczy, że nie rozumie, w jaką relację wchodzi. Bo kiedy wchodzimy w związek z osobą, która ma dzieci, przyjmujemy ją razem z całym jej życiem, także z obecnością byłego partnera czy partnerki. Jeśli ktoś mówi: "Nie chcę, żeby ojciec dzieci dzwonił albo przychodził", to znaczy, że chyba nie do końca rozumie, czym naprawdę jest patchwork.

Jak nie przenosić traum z dawnego związku w nowy związek? Zostałam zdradzona, więc kontroluję, wszystko było na mojej głowie, więc teraz nadmiernie reaguję na jakikolwiek przejaw „lenistwa” u drugiego... Jak sobie z tym poradzić?

To jest bardzo częste. Po trudnych doświadczeniach człowiek zaczyna być bardziej czujny na rzeczy, które kiedyś go zraniły. Jeśli ktoś został zdradzony, może mieć większą potrzebę kontroli i bezpieczeństwa. Jeśli przez lata czuł się przeciążony, bo partner był bierny albo nie brał odpowiedzialności, to później nawet drobne sygnały „lenistwa” mogą uruchamiać silne emocje.

To nie znaczy, że ktoś jest „toksyczny” czy przewrażliwiony, raczej organizm i emocje próbują chronić przed kolejnym zranieniem. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy reagujemy na nową osobę tak, jakby była poprzednim partnerem.

Najważniejsze jest zauważanie tych triggerów i zadawanie sobie pytania: „Czy ja reaguję na to, co dzieje się teraz, czy bardziej na to, co pamiętam z przeszłości?”. Samo uświadomienie sobie tego już bardzo pomaga. A później ważna jest rozmowa, budowanie poczucia bezpieczeństwa i uczenie się, że nowa relacja nie musi powtarzać starego schematu. Czasami trzeba to przepracować z terapeutą.


Małgorzata Bohosiewicz-Suchoń jest prawnikiem, mediatorem rodzinnym oraz ekspertem w obszarze rozwiązywania konfliktów rodzinnych i wsparcia rodzin w sytuacjach kryzysowych. Od ponad 27 lat pracuje z rodzinami doświadczającymi konfliktów, kryzysów relacyjnych oraz sytuacji wymagających interwencji prawnej i psychologicznej. Jest założycielką oraz Prezesem Instytutu Wsparcia i Rozwoju Rodziny w Warszawie - interdyscyplinarnego ośrodka eksperckiego, który łączy wiedzę z zakresu prawa, psychologii, mediacji oraz interwencji kryzysowej. Instytut rozwija nowoczesne standardy pracy z rodzinami w konflikcie oraz tworzy systemowe rozwiązania wspierające dzieci i rodziców w sytuacji rozpadu relacji rodzinnych. Aktywnie współpracuje z organizacjami społecznymi działającymi na rzecz ochrony praw dziecka, w tym z Komitetem Ochrony Praw Dziecka oraz Fundacją ITAKA - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. Jest współtwórczynią i koordynatorką programów edukacyjnych i społecznych wspierających rodziców w odpowiedzialnym przeprowadzaniu procesu rozstania z poszanowaniem potrzeb dziecka.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...