Reklama

Decyzja o budowie domu wydawała się wtedy początkiem czegoś dobrego. Staliśmy z Sewerynem na naszej działce, między wysoką trawą i młodymi brzozami, i wyobrażaliśmy sobie, gdzie będzie kuchnia, gdzie salon, a gdzie taras.

– Tutaj zrobimy duże okno – mówił, rysując patykiem linię w ziemi. – Będziesz piła kawę i patrzyła na ogród.

Wierzyłam mu. Wierzyłam, że to miejsce stanie się naszą wspólną przystanią. Na początku wszystko robiliśmy razem – wybieraliśmy projekt, dyskutowaliśmy o kolorach ścian, oglądaliśmy próbki materiałów. Potem jednak Seweryn zaczął coraz częściej znikać.

– Muszę pilnować budowy – powtarzał niemal codziennie. – Jak się człowiek nie pojawi, to wszystko stanie.

Byłam nawet wdzięczna, że tak się angażuje. Sama rzadko tam bywałam, bo praca zabierała mi większość dnia. Dopiero gdy zaczęłam pojawiać się na budowie częściej, zauważyłam, że coś między nami zaczyna się zmieniać. Nasze rozmowy robiły się krótsze, bardziej nerwowe. A dom, który miał nas do siebie zbliżyć, powoli zaczynał nas od siebie oddalać.

Nasz związek zaczął się psuć

Pierwsza poważna kłótnia wydarzyła się przy fundamentach. Przyjechałam wtedy na budowę po pracy. Beton był już wylany, a obok stał Seweryn z planem w ręku i rozmawiał z Grzegorzem, kierownikiem ekipy.

– Cześć – powiedziałam, podchodząc bliżej.

– O, jesteś – rzucił krótko.

Zajrzałam w plan.

– Co to jest?

– Zmiana w układzie kuchni – odpowiedział.

Podniosłam głowę.

Jaka zmiana?

Seweryn wzruszył ramionami.

– Niewielka. Przesunęliśmy ścianę.

– My?

– No… ja z Grzegorzem.

Poczułam, jak coś we mnie się napina.

– Seweryn, mieliśmy to ustalić razem.

– Ewa, naprawdę nie mamy czasu na każdą drobnostkę – odpowiedział zniecierpliwiony.

– Drobnostkę? To jest nasz dom!

Grzegorz, kierownik ekipy, odsunął się dyskretnie kilka kroków dalej. Dwóch robotników przestało na chwilę mieszać zaprawę i spojrzało w naszą stronę.

– Ja tu jestem codziennie – powiedział Seweryn ostrzej. – Ktoś musi podejmować decyzje.

– A ja niby nie mam nic do powiedzenia?

– Nie o to chodzi.

– To o co?

Westchnął ciężko.

– O to, że gdybyś częściej tu bywała, wiedziałabyś, co się dzieje.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam pokazać.

Odwróciłam się i ruszyłam w stronę samochodu. Kiedy zamykałam drzwi, zauważyłam kątem oka, że jeden z robotników patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Jakby było mu niezręcznie. Albo jakby coś wiedział. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek.

Czułam narastający niepokój

Po tamtej kłótni zaczęłam częściej pojawiać się na budowie. Nie mówiłam o tym Sewerynowi. Sama nie do końca wiedziałam, dlaczego to robię. Chyba chciałam zobaczyć, jak wygląda jego codzienność, o której tyle opowiadał. Pewnego wtorkowego popołudnia przyjechałam tam zaraz po pracy. Na działce stał już szkielet ścian, a w środku krzątali się robotnicy. Rozejrzałam się. Seweryna nie było. Podszedł do mnie młody chłopak w roboczej kurtce. Później dowiedziałam się, że miał na imię Olek.

– Dzień dobry – powiedział uprzejmie.

– Dzień dobry. Jest Seweryn?

Chłopak zawahał się na moment.

– Pan Seweryn… chyba przed chwilą wyjechał.

Przed chwilą?

– No… tak.

Kiwnęłam głową, choć coś w jego odpowiedzi zabrzmiało dziwnie. Przeszłam się po budowie. W kuchni, która wciąż była tylko zarysem ścian, dwóch mężczyzn układało instalację.

– Dzień dobry – odezwałam się.

– Dzień dobry, pani Ewo – odpowiedział jeden z nich.

– Seweryn był dzisiaj?

– Był… był – odparł szybko.

– A kiedy wróci?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Pewnie zaraz.

Usiadłam na prowizorycznej ławce z desek i czekałam prawie godzinę. Seweryn się nie pojawił. Wieczorem wrócił do domu zmęczony i zniecierpliwiony.

– Nie uwierzysz, jaki dziś był dzień – powiedział, zdejmując kurtkę. – Cały czas na budowie.

Spojrzałam na niego uważnie.

– Naprawdę?

– A gdzie miałbym być?

– No właśnie – odpowiedziałam spokojnie. – Gdzie?

Zmarszczył brwi

– Co to ma znaczyć?

Byłam dzisiaj na działce.

Na chwilę zapadła cisza.

– I co? – zapytał chłodno.

– Nic. Po prostu cię tam nie było.

Seweryn westchnął ciężko i oparł dłonie o blat kuchenny.

– Ewa, ja nie stoję tam cały czas w jednym miejscu. Czasem trzeba pojechać po materiały, coś załatwić.

– Rozumiem.

– No właśnie. Więc nie rób z tego problemu.

Pokiwałam głową, ale w środku czułam narastający niepokój. Przez kolejne dni sytuacja się powtarzała. Przyjeżdżałam – Seweryna nie było. Robotnicy mówili, że „dopiero co wyjechał” albo że „zaraz powinien wrócić”. Za każdym razem słyszałam te same zdania. I za każdym razem brzmiały one trochę mniej przekonująco. Zaczęłam się zastanawiać, czy to tylko zbieg okoliczności. Albo czy ja po prostu nie chcę zobaczyć prawdy.

Wszyscy coś przede mną ukrywali

Kilka tygodni później przyjechałam na budowę w środku dnia. Tym razem nie planowałam tego wcześniej. Po prostu skończyłam spotkanie w pracy wcześniej i nagle pomyślałam, że zajrzę na działkę. Słońce stało wysoko, a w środku domu panował przyjemny chłód. Ściany były już postawione, w oknach pojawiły się ramy. Dom zaczynał przypominać miejsce, w którym kiedyś mieliśmy mieszkać.

Na podjeździe stał samochód Grzegorza. Seweryna znowu nie było. Przez chwilę chodziłam po budowie, słuchając stukania młotków i odgłosu przesuwanych desek. W końcu wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do męża. Odebrał po kilku sygnałach.

– Halo?

– Gdzie jesteś? – zapytałam.

Na budowie – odpowiedział bez wahania.

Zatrzymałam się w niedokończonym salonie i powoli rozejrzałam wokół. Przede mną stała tylko drabina i wiadro z narzędziami.

– Na budowie? – powtórzyłam.

– Tak. Mam tu trochę zamieszania. Coś się stało?

– Nie. Tak tylko pytam.

Usłyszałam w słuchawce jakieś stłumione dźwięki, jakby Seweryn był w zamkniętym pomieszczeniu.

– Rozmawiałeś dziś z Grzegorzem? – zapytałam.

– Oczywiście. Przecież jestem tu od rana.

Poczułam dreszcz na karku.

– A gdzie dokładnie jesteś?

– Ewa… – westchnął. – Naprawdę nie mam teraz czasu na przesłuchanie. Zadzwonię później.

Rozłączył się. Stałam przez chwilę w milczeniu, trzymając telefon w dłoni. Kilka metrów dalej Olek przycinał jakąś deskę. Gdy podniosłam wzrok, zauważyłam, że patrzy w moją stronę.

– Pani Ewo… wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie.

– Tak… chyba tak.

Podeszłam bliżej.

– Olek, mogę cię o coś zapytać?

Chłopak odłożył narzędzie.

– Jasne.

– Seweryn często tu jest?

W jego oczach pojawiło się wahanie. Krótkie, ale wyraźne.

– No… bywa.

– Codziennie?

Spojrzał w stronę Grzegorza, który właśnie coś sprawdzał przy wejściu.

– Różnie.

– Co to znaczy „różnie”?

Olek podrapał się po karku.

– Wie pani… przyjeżdża czasem na chwilę. Sprawdza coś, pogada z kierownikiem… i jedzie dalej.

– Na chwilę?

– No…

Nie dokończył zdania. W powietrzu zawisła niezręczna cisza. Czułam, że oni wszyscy wiedzą coś, czego ja nie wiem. Albo czego nie chcą powiedzieć. Przez resztę dnia chodziłam po budowie jak cień. Patrzyłam na ściany, które rosły z tygodnia na tydzień i miałam wrażenie, że nic z tego nie jest takie, jak sobie wyobrażałam. Jeszcze nie znałam prawdy, ale czułam już wyraźnie, że coś w tej historii nie zgadza się od samego początku.

W końcu to do mnie dotarło

Kilka dni po rozmowie z Olkiem znów pojawiłam się na budowie. Tym razem wcześniej niż zwykle, jeszcze zanim większość ekipy zaczęła pracę. Powietrze było chłodne, a na deskach zbierała się poranna wilgoć. Przez chwilę chodziłam po domu w ciszy. W salonie stały już ramy okien, przez które wpadało jasne światło. To właśnie tu kiedyś mieliśmy postawić duży stół. Usłyszałam kroki za plecami i odwróciłam się. To był Grzegorz.

– Dzień dobry, pani Ewo – powiedział spokojnie.

– Dzień dobry.

Stał chwilę w milczeniu, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Seweryn pewnie przyjedzie później – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego. – Zawsze mówi, że ma tu dużo spraw.

Grzegorz spojrzał na mnie uważnie.

– Pani naprawdę wierzy, że mąż tu pracuje do późna?

To zdanie zabrzmiało tak zwyczajnie, a jednocześnie jakby ktoś nagle otworzył okno w dusznym pomieszczeniu.

– Co pan ma na myśli? – zapytałam cicho.

Grzegorz przez chwilę milczał.

– Nie chcę się wtrącać w prywatne sprawy – powiedział w końcu. – Ale skoro pani pyta… pan Seweryn rzadko tu jest.

– Jak to rzadko?

– Przyjeżdża na chwilę. Czasem porozmawia ze mną, sprawdzi coś przy planach… i wyjeżdża.

– A wieczory?

Grzegorz powoli pokręcił głową.

– Wieczorami już dawno nikogo tu nie ma.

Stałam bez ruchu

Nagle przypomniały mi się wszystkie te dni, kiedy Seweryn wracał późno do domu. „Byłem na budowie”. „Trzeba było dopilnować materiałów”. „Robotnicy wszystko robią po swojemu”. Tyle razy to słyszałam. Tego samego dnia wieczorem przyjechałam na działkę razem z nim. Seweryn zatrzymał samochód i spojrzał na mnie zdziwiony.

– Po co tu przyjechaliśmy?

– Chciałam coś sprawdzić.

Weszliśmy do środka domu. Było już prawie ciemno.

– O co chodzi, Ewa? – zapytał zniecierpliwiony.

Odwróciłam się do niego.

– Grzegorz powiedział mi dziś coś bardzo ciekawego.

Na jego twarzy pojawiło się napięcie.

– Co takiego?

– Że prawie cię tu nie ma.

Seweryn przez chwilę milczał

– To bzdura.

– Naprawdę?

– Oczywiście.

– To powiedz mi… gdzie byłeś wtedy, kiedy mówiłeś, że siedzisz tu całymi dniami?

Jego spojrzenie zrobiło się ciężkie. Milczał, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Już znałam odpowiedź.

– Dlaczego nagle mnie przesłuchujesz?

– Bo zaczęłam zauważać rzeczy, których wcześniej nie widziałam.

Cisza między nami była gęsta i niewygodna.

– Seweryn – powiedziałam w końcu spokojnie – po co w takim razie to wszystko? Po co ten dom?

Nie odpowiedział od razu. Patrzył na ściany, jakby próbował znaleźć w nich jakąś odpowiedź.

Ten dom był twoim pomysłem – powiedział w końcu.

Te słowa spadły były jak kubeł zimnej wody. Zrozumiałam wtedy coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć do wiadomości. Budowa domu była dla mnie marzeniem. Dla niego – tylko obowiązkiem. Kiedy ja snułam w głowie plany dotyczące wspólnego mieszkania, on budował już coś innego. Nie ze mną.

Po tamtym wieczorze Seweryn przestał pojawiać się na budowie. Wszystkimi sprawami zaczęłam zajmować się sama. Rozmawiałam z ekipą, sprawdzałam plany, pilnowałam kolejnych etapów. Dom powoli rósł. Kilka miesięcy później stanęłam w gotowym salonie. Podłoga była już położona, ściany pomalowane na jasny kolor. Stałam przy dużym oknie, dokładnie tam, gdzie kiedyś Seweryn rysował patykiem linię w ziemi. Tylko że tym razem byłam tam sama.

Patrzyłam na ogród i myślałam o jednym zdaniu, które usłyszałam od Grzegorza. Czasem zastanawiałam się, czy wolałabym go nie usłyszeć. Ale prawda była taka, że bez niego wciąż żyłabym w świecie, który istniał tylko w mojej wyobraźni. A dom… który miał być symbolem naszego wspólnego życia… stał się początkiem mojego nowego.

Ewa, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama