Nasz dom miał duszę, tak przynajmniej powtarzał mi Adam, kiedy podejmowaliśmy decyzję o zakupie. Stara, przedwojenna willa na przedmieściach, z wysokimi sufitami, skrzypiącymi podłogami i piecem, który pamiętał chyba jeszcze Gomułkę. Zgodziłam się, bo też uległam temu urokowi, ale szybko okazało się, że dusza domu bywa kapryśna, zwłaszcza w połowie listopada.

WIDEO…

player placeholder

Awaria spadła na nas nagle

Przeprowadziliśmy się zaledwie dwa miesiące temu, a ja wciąż potykałam się o nierozpakowane kartony. W salonie unosił się zapach farby wymieszany z kurzem. Kiedy tamtego wieczoru usiadłam z kubkiem gorącej herbaty na kanapie, poczułam nieprzyjemny chłód. Dotknęłam kaloryfera. Był lodowaty.

– Adam! – zawołałam, owijając się ciaśniej kocem. – Kaloryfery są zimne!

Zobacz także:

Mój mąż wszedł do salonu w dresie, trzymając w ręku śrubokręt. Miał minę, jakby właśnie przegrał bitwę z czymś bardzo skomplikowanym.

– Piec padł – oznajmił ponuro. – Próbowałem go zresetować, odpowietrzyć, nic z tego. Potrzebujemy fachowca.

Spojrzałam na niego z przerażeniem. Zbliżał się weekend, temperatura na zewnątrz spadała poniżej zera, a my zostaliśmy w wielkim, nieszczelnym domu bez ogrzewania.

– Dzwoniłeś już gdzieś? – zapytałam, czując, jak dreszcz przebiega mi po plecach.

– Znalazłem numer na lokalnej grupie sąsiedzkiej. Podobno jest tu taki jeden w okolicy, co przyjeżdża o każdej porze, jak się dobrze zapłaci. Ma być za godzinę.

Odetchnęłam z ulgą, nie przypuszczając, że ten wieczór przyniesie mi coś znacznie gorszego niż tylko zmarznięte stopy.

Znałam dobrze tę twarz

Kiedy rozległ się dzwonek, byłam już ubrana w gruby sweter i dwie pary skarpet. Adam poszedł otworzyć, a ja zostałam w salonie, próbując ogrzać dłonie o kubek. Usłyszałam głosy w przedpokoju.

– Dobry wieczór, pan w sprawie pieca? Proszę wejść, to na dole – mówił Adam.

– Dobry wieczór. Tak, dzwonił pan niedawno. Zaraz rzucę okiem.

Ten głos. Zamarłam. Znałam ten głos. Lekko chropowaty, z charakterystycznym przeciąganiem samogłosek. To było niemożliwe. Minęło przecież tyle lat.

Wstałam z kanapy i wolnym krokiem podeszłam do przedpokoju. Mężczyzna w roboczych spodniach i grubej kurtce właśnie zdejmował buty. Kiedy podniósł głowę, nasze spojrzenia się spotkały.

– Maciek? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Zrobił krok w moją stronę, a na jego twarzy malowało się całkowite zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca szerokiemu uśmiechowi.

– Kaśka? Nie wierzę. Ty tu mieszkasz?

Adam, który stał obok, patrzył to na mnie, to na niego, a jego oczy powoli zwężały się w szparki.

– Wy się znacie? – zapytał, a jego głos był nagle bardzo zimny, zimniejszy niż powietrze w naszym salonie.

– Ze studiów – odpowiedziałam szybko, czując, jak na policzki występuje mi rumieniec. – Byliśmy... razem na roku.

To nie była cała prawda. Maciek był moją wielką miłością. Burzliwą, intensywną, z gatunku tych, które kończą się łzami i złamanym sercem. Rozstaliśmy się po trzech latach, w bolesnych okolicznościach, i od tamtej pory go nie widziałam.

– O, no proszę – powiedział Adam, a jego ton był pełen fałszywej uprzejmości. – Kolega ze studiów naprawi nam piec. Jaki ten świat mały.

Maciek uśmiechnął się lekko do Adama, ale w jego oczach dostrzegłam coś, co mogło być rozbawieniem.

– Ano, mały. Prowadź pan do tego pieca, bo wam tu zamarznąć przyjdzie.

Tylko podsycał jego zazdrość

Zeszli do piwnicy, a ja zostałam na parterze, czując się jak w jakiejś absurdalnej komedii. Moja wielka miłość sprzed lat w moim nowym domu, naprawiająca piec, podczas gdy mój mąż, który zawsze miał skłonności do zazdrości, stoi mu nad głową.

Chodziłam po kuchni, próbując zająć myśli czymś innym, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Zeszłam po schodach na dół.

Maciek klęczał przed wielkim, stalowym potworem, czyli naszym piecem, świecąc sobie latarką. Adam stał oparty o ścianę z założonymi rękami, obserwując każdy jego ruch.

– I co, da się coś z tym zrobić? – zapytałam, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.

Maciek odwrócił głowę. Miał brudną od smaru twarz, ale wciąż te same, jasne oczy.

– Sterownik padł. I pompa obiegowa też ledwo zipie. Będę musiał pojechać do hurtowni po części, ale to dopiero rano. Dzisiaj mogę to spiąć na krótko, żebyście mieli chociaż trochę ciepła przez noc.

– Na krótko? – wtrącił Adam. – To bezpieczne?

– Jakbym uważał, że nie jest, to bym tego nie proponował – odpowiedział Maciek, a w jego głosie zabrzmiała nuta irytacji. – Znam się na tym, proszę pana.

Adam prychnął cicho.

– No tak, kolega ze studiów wie najlepiej.

Poczułam, jak rośnie we mnie napięcie. Adam zawsze był zazdrosny o moją przeszłość. Nigdy nie lubił, kiedy wspominałam czasy przed nim, a teraz miał przed sobą uosobienie tego, czego najbardziej się obawiał.

– Zrobię wam herbaty – powiedziałam szybko, chcąc przerwać tę niezręczną sytuację. – Maćku, napijesz się?

– Chętnie. Z cytryną i dwiema łyżeczkami cukru, tak? – rzucił z uśmiechem.

Zamarłam. Pamiętał. Po tylu latach pamiętał, jak piję herbatę. Spojrzałam na Adama. Jego twarz była czerwona z gniewu.

– Widzę, że kolega pamięta detale – wycedził przez zęby mój mąż.

– Trudno zapomnieć, jak się z kimś mieszkało przez dwa lata – odpowiedział Maciek, wracając do dłubania w piecu.

Uciekłam na górę, czując, jak serce wali mi jak młotem. Co on sobie myślał, mówiąc to przy Adamie?

Stworzył sobie gotową historię

Przez następną godzinę słyszałam z piwnicy stukanie, przekleństwa i ciche głosy. Przyniosłam im herbatę, ale atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Adam nie spuszczał z Maćka wzroku, a Maciek zdawał się to całkowicie ignorować, co jeszcze bardziej rozwścieczało mojego męża.

Kiedy Maciek wreszcie skończył, kaloryfery zaczęły delikatnie robić się letnie.

– Dobra, na dzisiaj wystarczy. Rano przywiozę części i zrobię to porządnie – powiedział, wycierając ręce w szmatkę. – Należy się stówka za diagnozę i tymczasowe odpalenie.

Adam wyjął portfel i rzucił banknot na stół z taką siłą, jakby chciał nim kogoś uderzyć.

– Dzięki – warknął.

Maciek schował pieniądze do kieszeni i spojrzał na mnie.

– Fajnie było cię zobaczyć, Kasiu. Będę jutro koło dziewiątej.

Kiedy drzwi za nim się zamknęły, Adam odwrócił się do mnie z furią w oczach.

– Co to miało być?!

– A co miało być, Adam? – zapytałam, próbując zachować spokój, choć w środku cała drżałam.

– Ten cały teatrzyk! „Z cytryną i dwiema łyżeczkami cukru”! „Mieszkaliśmy razem przez dwa lata”! Ty się w ogóle słyszysz? Zapraszasz do naszego domu swojego byłego gacha?!

– Nie zaprosiłam go! Ty do niego zadzwoniłeś! – krzyknęłam, czując, jak puszczają mi nerwy. – Nie miałam pojęcia, że to on!

– Akurat! – Adam zaśmiał się gorzko. – Na pewno od dawna się z nim kontaktujesz, co? Czekałaś tylko na okazję, żeby go tu ściągnąć, jak ja będę wyglądał jak idiota!

– Chyba oszalałeś! – powiedziałam, nie wierząc własnym uszom. – Adam, to jest chore. Przestań wymyślać historie!

Kłóciliśmy się przez dobrą godzinę. Wykrzykiwał mi wszystkie swoje paranoje, a ja próbowałam się bronić. W końcu zamknął się w sypialni na górze, a ja zostałam w salonie, owinięta kocem, wpatrując się w ledwo ciepły kaloryfer.

Poranek spędziłam z nim sama

Rano obudziłam się zesztywniała i zziębnięta. Adam nie zszedł na dół. Punktualnie o dziewiątej rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzyłam, a tam stał Maciek z pudełkiem części w rękach.

– Cześć – powiedział cicho, patrząc na moją zmęczoną twarz. – Mąż w domu?

– Śpi – skłamałam, nie chcąc tłumaczyć, że prawdopodobnie z premedytacją mnie unika.

Maciek zszedł do piwnicy. Tym razem nie szłam za nim. Siedziałam w kuchni, pijąc kawę i nasłuchując. Po godzinie wyszedł i zaczął myć ręce w zlewie kuchennym.

– Zrobione. Powinno działać bez problemu przez kilka lat – powiedział, wchodząc do kuchni.

Podałam mu kubek z kawą. Wziął go, a jego dłonie lekko otarły się o moje.

– Przepraszam za wczoraj – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Nie powinienem był gadać o tym przy nim. Widziałem, że go to wkurzyło.

– Jest zazdrosny. Chorobliwie – westchnęłam, czując niespodziewaną potrzebę wygadania się.

Maciek kiwnął głową, opierając się o blat.

– Zawsze zadawałaś się z facetami, którzy nie potrafili cię docenić, Kaśka.

Teraz już miał powód

Spojrzałam na niego zaskoczona. Zrobił krok w moją stronę. Nagle dom, który jeszcze wczoraj wydawał się ogromny i zimny, skurczył się do tej jednej, małej przestrzeni w kuchni.

– Pamiętasz, jak kiedyś rozmawialiśmy, że fajnie by było mieć taki stary dom? – zapytał cicho.

– Maciek, przestań – powiedziałam, odsuwając się o krok. – Mam męża.

– Wiem. I widzę, jak na ciebie patrzy. Jak na swoją własność, a nie jak na wyjątkową kobietę.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo usłyszałam skrzypienie schodów. Adam stał w drzwiach do kuchni. Jego twarz była biała z gniewu. Słyszał wszystko.

– Wynoś się stąd – powiedział powoli, cicho, ale z taką groźbą w głosie, że aż mnie zmroziło.

Maciek odstawił kubek, wziął swoją skrzynkę z narzędziami i bez słowa wyszedł z domu.

Zostaliśmy sami. Kaloryfery w końcu zaczęły grzać pełną mocą, ale w naszym salonie nigdy nie było tak zimno. Adam nie odzywa się do mnie od dwóch dni. Mijamy się w korytarzach tego starego, wielkiego domu jak duchy. Zastanawiam się, czy to ciepło, które w końcu do nas wróciło, kiedykolwiek roztopi lód, który narósł między nami. A może ten dom od początku wiedział, że to z nami coś jest nie tak?

Katarzyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: