Kiedy kupowaliśmy ten dom, wydawało mi się, że spełniamy nasze największe marzenie. Ucieczka z miasta, własny kawałek ziemi, stary przedwojnenny dom do remontu i nawet mały domek gościnny, z którego byłam tak dumna. Mieliśmy tam urządzić pracownię albo przyjmować moich rodziców, kiedy wpadną na weekend. Robert też wydawał się zachwycony.

WIDEO…

player placeholder

– Zobaczysz, Marta, wreszcie będziemy mieli przestrzeń – mówił, kiedy podpisywaliśmy akt notarialny. – Zero sąsiadów za ścianą, tylko my i natura.

Przez pierwsze miesiące naprawdę tak było. Cieszyliśmy się ciszą, piliśmy kawę na tarasie, planowaliśmy, gdzie posadzimy kwiaty. Ale potem przyszła wiosna, a wraz z nią – pojawili się koledzy Roberta.

Zobacz także:

Starzy kumple zaczęli nas okupować

Zaczęło się od krótkich wizyt. Ktoś wpadł na grilla, potem ktoś inny przyjechał pomóc przy cięciu drewna. Problem w tym, że ci znajomi to byli głównie jego kumple z dawnych lat, chłopaki, z którymi trzymał się w liceum i na studiach. Część z nich w ogóle nie znałam, bo pojawili się znikąd, kiedy tylko dowiedzieli się, że Robert ma dom na wsi z dużym ogrodem.

– To tylko na jeden wieczór, kochanie – tłumaczył, kiedy pewnej soboty na podwórko wjechały trzy samochody. – Dawno się nie widzieliśmy, trzeba to uczcić.

Wieczór przeciągnął się do rana. Siedzieli na tarasie, głośno rozmawiali, śmiali się z żartów, których nie rozumiałam. Ja siedziałam w sypialni, próbując zasnąć, ale dudnienie ich głosów niosło się po całym domu. Rano kuchnia wyglądała jak pobojowisko, a na trawniku walały się puste puszki.

– Robert, to miało być nasze miejsce – powiedziałam, kiedy w końcu zwlekli się z materacy w salonie i odjechali. – Nie chcę tu ciągłych imprez.

– Oj, nie przesadzaj, przecież to moi przyjaciele. Kiedyś musieliśmy się spotykać po knajpach, a teraz mamy warunki. Nie bądź taka sztywna.

Zabolało mnie to. „Sztywna”. Przecież to ja spędziłam potem całą niedzielę, sprzątając po jego gościach. Ale zacisnęłam zęby. Pomyślałam, że może to po prostu początkowy entuzjazm, że z czasem im się znudzi.

Traktowali mnie jak służkę

Nie znudziło się. Z każdym tygodniem bywało coraz gorzej. Nasz dom stał się darmowym ośrodkiem wypoczynkowym dla jego dawnej paczki. Zaczęli wpadać bez zapowiedzi, zostawać na noc, traktować naszą lodówkę jak swoją. Robert rozkwitał, czuł się jak pan na włościach, jak gospodarz idealny.

Ja z kolei czułam się coraz bardziej spychana na margines. Przestałam zapraszać swoje koleżanki, bo nigdy nie wiedziałam, czy akurat na tarasie nie będzie siedział Tomek, Krzysiek czy inny Marek, opowiadając po raz setny te same anegdoty ze studiów.

Pewnego piątku wróciłam z pracy, marząc tylko o ciszy i gorącej kąpieli. Miałam za sobą ciężki tydzień. Kiedy podjechałam pod dom, zobaczyłam na podjeździe samochód, którego nie znałam. Weszłam do środka i usłyszałam głosy z kuchni.

– O, jest i gospodyni! – zawołał wysoki, łysiejący mężczyzna, którego widziałam może dwa razy w życiu. To był Jacek, kolega Roberta jeszcze z czasów liceum.

Robert stał przy blacie, krojąc kiełbasę. Uśmiechał się szeroko, ale w jego oczach dostrzegłam cień zakłopotania.

– Cześć, kochanie. Jacek wpadł przejazdem. Zostanie na weekend.

Zamarłam. Żadnego telefonu, żadnego pytania. Po prostu: „zostanie na weekend”.

– Moglibyśmy porozmawiać przez chwilę? – zapytałam cicho, starając się nie pokazać złości przy gościu.

Weszliśmy do sypialni. Zamknęłam za nami drzwi.

– Co to ma znaczyć, Robert? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Przecież to tylko Jacek. Ma teraz trudny okres, pokłócił się z dziewczyną, musiał się wyrwać z miasta. Nie mogłem mu odmówić.

– Ale to też mój dom! Chcę mieć tu chociaż chwilę spokoju, a nie ciągle kogoś obsługiwać.

– Nie musisz nikogo obsługiwać! – podniósł głos. – Jesteśmy u siebie, on jest gościem. Dlaczego zawsze musisz robić problem z niczego?

Wyszłam z pokoju, czując piekące łzy pod powiekami. Wzięłam kluczyki od samochodu i pojechałam do pobliskiego miasteczka. Siedziałam w kawiarni przez dwie godziny, pijąc zimną już kawę i zastanawiając się, jak to się stało, że nasze wymarzone życie zamieniło się w koszmar.

Tego było już za wiele

Kiedy wróciłam wieczorem, oni siedzieli w najlepsze w salonie. Przemknęłam do sypialni, nie mając ochoty na żądne rozmowy. Następnego dnia rano, kiedy robiłam sobie śniadanie, Jacek wszedł beztrosko do kuchni.

– Dzięki, że mnie przygarnęliście, Marta – powiedział, opierając się o blat. – To naprawdę super z waszej strony. Szczególnie, że to nie będzie tylko na weekend.

Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc.

– Słucham?

– No, Robert ci nie mówił? – Jacek podrapał się po głowie, wyglądając na lekko zmieszanego. – Zgodził się, żebym pomieszkał w waszym domku gościnnym. Wiesz, tymczasowo. Zanim nie stanę na nogi. Obiecał mi to wczoraj.

Myślałam, że się przesłyszałam. Domek gościnny? Ten sam, który mieliśmy remontować na pracownię? Ten sam, który miał być tylko nasz?

– Obiecał ci to? – powtórzyłam powoli, czując, jak krew pulsuje mi w skroniach.

– Tak, mówił, że to żaden problem. Że i tak stoi pusty.

Wyszłam z kuchni, zostawiając go samego. Nie było sensu dłużej ciągnąć tej rozmowy. Ani tej całej sytuacji.

Przestałam być milutka

Znalazłam Roberta w ogrodzie. Wyrywał chwasty przy ogrodzeniu.

– Robert. Co ty mu naobiecywałeś? – zapytałam od razu, nie bawiąc się we wstępy.

Wyprostował się i spojrzał na mnie z udawanym spokojem.

– Komu? Jackowi?

– Nie udawaj. Powiedział mi, że ma zamieszkać w naszym domku gościnnym. Powiedz mi, że to jakiś głupi żart.

Robert westchnął, wycierając ręce o spodnie.

– Marta, to tylko na jakiś czas. On naprawdę nie ma gdzie się podziać. A domek stoi pusty. Przecież to mój stary przyjaciel, muszę mu pomóc.

– Ale nie zapytałeś mnie o zdanie! – krzyknęłam. – To nasz wspólny dom! Nasza własność! Jak mogłeś podjąć taką decyzję beze mnie?!

– Bo wiedziałem, że będziesz na nie! – odkrzyknął. – Zawsze jesteś na nie! Od kiedy tu mieszkamy, tylko zrzędzisz i narzekasz. Nie potrafisz się wyluzować, nie potrafisz cieszyć się tym, co mamy. Chcę mieć tu przyjaciół, chcę żyć, a ty zachowujesz się jak stara baba na wsi!

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cios. Spojrzałam na niego, na człowieka, z którym miałam spędzić resztę życia. Człowieka, który dla aprobaty dawnych kolegów był gotów poświęcić nasz spokój i nasz związek.

– Czyli ty tak to widzisz – powiedziałam cicho, czując przeraźliwą pustkę. – Teraz już twoi przyjaciele są ważniejsi ode mnie. Twój wizerunek fajnego kumpla jest ważniejszy niż nasza umowa.

– Nie o to chodzi, Marta, przestań dramatyzować...

– Nie dramatyzuję. Ty po prostu nie dorosłeś do bycia mężem i partnerem. Nadal chcesz być chłopakiem z liceum, który robi imprezy u starych na chacie. Tylko że to nie jest chata starych. To jest też mój dom. I nie zgadzam się, żeby on tu mieszkał.

Odwróciłam się i odeszłam, nie czekając na jego odpowiedź.

Koniec z imprezowym życiem

Jacek wyjechał w niedzielę wieczorem. Sam zrozumiał, że nie jest mile widziany, chociaż Robert do końca próbował udawać, że wszystko jest w porządku. Kiedy odjechał, w domu zapadła ciężka, gęsta cisza.

Robert próbował ze mną rozmawiać, tłumaczyć, że to był tylko impuls, że nie pomyślał. Ale ja już nie potrafiłam słuchać tych wymówek. Zrozumiałam, że problemem nie był Jacek, ani inni koledzy. Problemem był Robert i jego potrzeba udowodnienia im, że wciąż jest tym samym, wyluzowanym kumplem, z którym można wszystko.

Siedzę teraz na tarasie, patrząc na nasz wymarzony ogród. Jest cicho. Żadnych głośnych śmiechów, żadnego stukania butelek. Ale ta cisza wcale nie przynosi ulgi. Myślę o domku gościnnym, który miał być naszą pracownią. Zastanawiam się, ile jeszcze razy Robert podejmie decyzję za moimi plecami, żeby tylko zaimponować komuś z przeszłości. I nie jestem pewna, czy chcę tu zostać, żeby się o tym przekonać.

Marta, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: