Mężczyzna zdradzający żoną fot. Adobe Stock

„Zdradziłem żonę bez wyrzutów sumienia. Co dzieje się na delegacji, zostaje na delegacji...”

Historia mężczyzny, który za skok w bok podczas szkolenia dostał srogą nauczkę... Co się stało? Przeczytaj całą historię.
/ 27.01.2021 14:08
Mężczyzna zdradzający żoną fot. Adobe Stock

To było jak sen. Dosłownie. Ledwo się położyłem i zamknąłem oczy, usłyszałem cichutkie pukanie do drzwi. „Ech, żeby to była ona...” – pomyślałem. „Ale to na pewno ktoś z obsługi hotelowej, bo różne takie cuda się zdarzają, ale tylko w filmach dla dorosłych”. Z ciężkim westchnieniem wstałem i poczłapałem do drzwi. Uchyliłem je, gotów zrugać tego, kto mi zakłócał spokój. Ale nic nie powiedziałem. Zatkało mnie. I to zatkało na tyle, że przez kilka sekund trwałem tak przy tej szczelinie.

Dopiero kiedy kobieta po drugiej stronie uniosła brwi i zrobiła ruch, jakby chciała odejść, otworzyłem drzwi na całą szerokość. Uśmiechnęła się i weszła.

Ubrana była tak, jak przedtem – seksowna spódniczka przed kolana, ładna bluzeczka, z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami i wysokie obcasy. Przełknąłem ślinę, czując, że zaczynam być gotów do akcji. Zamknąłem drzwi, a ona zarzuciła mi ręce na szyję. Nasze wargi spotkały się w namiętnym pocałunku. Poczułem zawrót głowy, a moje ręce zaczęły błądzić po jej ciele. Oderwałem się od jej ust, pachnących czymś magnetycznie słodkim. Miała prześliczną, łabędzią szyję. Przez cały wieczór marzyłem, aby pokryć ją pocałunkami, a teraz miałem ku temu sposobność…

Spotkałem ją w hotelowej restauracji. Zszedłem na kolację i okazało się, że w soboty organizuje się tutaj klasyczne dancingi, jak za dawnych lat. Wprawdzie nie przepadałem za takimi imprezami, ale byłem głodny, a przy tym nie było zbyt tłoczno, przynajmniej na razie. Zespół grał stare kawałki z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ale na tyle dyskretnie, żeby człowiek słyszał własne myśli. Kelner podszedł, zamówiłem coś ciepłego oraz piwo, a potem zacząłem się rozglądać.

Dostrzegłem ją od razu. Siedziała dwa stoliki dalej, z nogą założoną na nogę, nad lampką wina. Talerz z resztkami sałatki odsunęła, najwyraźniej była już po kolacji. Piękna blondynka, na oko trzydziestoletnia – marzenie każdego chyba pana w moim wieku. Wyczuła moje spojrzenie, bo popatrzyła na mnie. Odwróciłem wzrok – głupio tak się na kogoś gapić. Ale po kilku minutach oczy same powędrowały w jej stronę. Zastanawiałem się, czy na kogoś czeka. Doszedłem do wniosku, że chyba nie, bo nie rozglądała się, nie patrzyła w stronę drzwi, kiedy ktoś wchodził. Za to znów mnie przyłapała…

Zmarszczyła lekko brwi, ale potem uśmiechnęła się lekko. Na parkiecie pojawiły się pierwsze pary, ludzi trochę przybyło, lecz wciąż restauracja była w połowie pusta. Wtedy po raz pierwszy pobłogosławiłem hotel za organizowanie takich potańcówek. Bo trochę głupio byłoby podejść tak sobie do kobiety i ją zaczepić. A przy muzyce… Zebrałem się, zostawiłem niedojedzoną kolację, zrezygnowałem z piwa, żeby nie chuchać jego wonią i skierowałem się do stolika kobiety.
– Czy zechce pani ze mną zatańczyć? – spytałem. Zawahała się, przez moment myślałem, że odmówi, ale wreszcie uśmiechnęła się i wstała.

Poprowadziłem ją na parkiet. Właśnie leciał wolny kawałek, pary kołysały się przytulone do siebie. Objąłem partnerkę w talii i dołączyliśmy do tańczących. Pachniała równie oszałamiająco, jak wyglądała. Poruszaliśmy się nieśpiesznie, a ja czerpałem z tego ogromną przyjemność.
– Mieszka pani w tym hotelu? – zapytałem.
– Nie. Ale przychodzę czasem coś zjeść. Mają tu dobrą kuchnię. A pan?
– A ja zatrzymałem się do poniedziałku. Praca, wie pani…
Delegacja – domyśliła się i znów uśmiechnęła. – I co, chciałby pan kogoś pewnie na tę noc poznać?

Zaskoczyła mnie bezpośredniością, trochę zesztywniałem. Ale skoro zaczęła taką grę…
– Nie myślałem o tym – odparłem, zmuszając się do uśmiechu. – A tak szczerze mówiąc, nie myślałem o tym do chwili, kiedy zobaczyłem panią.
– Żona nie byłaby szczęśliwa, gdyby teraz pana widziała – rzuciła wciąż z uśmiechem.
– Przy pani można zapomnieć nawet o żonie – odpaliłem.
Jednak kobiety nie interesował zbytnio mój stan cywilny, bo zmieniła temat.
– A co pan robi zawodowo, że musi jeździć w delegacje nawet w weekendy?
– Prowadzę szkolenia dla kadry kierowniczej.
– O, to ciekawe. Opowie pan coś o tym?

Umiała słuchać. Wróciliśmy do jej stolika, a ja mówiłem, jak wygląda takie szkolenie, po co się je przeprowadza. Zawołałem kelnera, zapłaciłem za kolację i zamówiłem do naszego stolika butelkę dobrego wina.
– Zawsze płaci pan gotówką? – spytała kobieta, kiedy chowałem portfel. – To coraz rzadziej się zdarza. Ja na przykład posługuję się prawie wyłącznie kartą.
– A ja lubię mieć przy sobie parę groszy – roześmiałem się. – Szczególnie w lokalach, bo wtedy łatwiej dać napiwek i nie ma ryzyka, że kelner dopisze dzisiejszą datę do rachunku przy ściąganiu z karty.
Po jakimś czasie znów poszliśmy tańczyć, korzystając z tego, że zespół zagrał następny nastrojowy numer. Przytulałem kobietę coraz mocniej i coraz śmielej przesuwałem dłoń z talii w niższe rejony, chociaż bez przesady, bo nie byliśmy sami. Nie protestowała, a nawet mocniej do mnie przywarła.
– A w którym pokoju pan mieszka? – spytała nagle, znów mnie zaskakując.
– Dwieście czterdzieści siedem, dlaczego pani pyta?
– Zwykła kobieca ciekawość.

Kiedy wróciliśmy do stolika po dobrych dwudziestu minutach takiego godowego tańca, miałem pewność, że tej nocy nie spędzę samotnie. Bez trudu stłumiłem wyrzuty sumienia i myśl o żonie. Rzadko zdarza się taka okazja. I wtedy nastąpiło rozczarowanie.
– Muszę już iść – oznajmiła kobieta.
– Bardzo miło było pana poznać.
Widząc moją zawiedzioną minę, zaśmiała się.
– Niech pan nie będzie taki smutny, proszę. Może się jeszcze zobaczymy, a może nawet całkiem niedługo…
Patrzyłem za nią i kląłem w duchu. Ale co miałem zrobić? Posiedziałem jeszcze chwilę, zapłaciłem za wino i wróciłem do pokoju. Pozostało mi tylko pomarzyć.

A teraz trzymałem ją w ramionach i mogłem się nią delektować do woli. Była zniewalająco urocza, kiedy ulegała mi powoli, chwilami stawiając lekki opór, a chwilami zaskakując śmiałością. Schodziłem coraz niżej, odpinając po guziczku bluzkę. Moje zmysły szalały, miałem wrażenie, że eksploduję lada chwila. A ona zanurzyła palce w moje włosy i kierowała mną. To było podniecające. Pieściłem jej piersi, a potem schodziłem jeszcze niżej, i jeszcze... Zatraciłem się całkowicie.

A kiedy po długich zmaganiach miłosnych nadeszło spełnienie, świat eksplodował barwami, a przed oczami zatańczyły mi gwiazdy. Zanim zapadłem w sen, usłyszałem tylko jeszcze, jak kobieta mówi szeptem:
– Przepraszam…
– Za co? – spytałem nieprzytomnie.
– Było cudownie.
– Mnie też – odparła nadal szeptem.
– I dlatego przepraszam…
Nie miałem siły zgadywać, o co jej chodzi, przytuliłem ją mocno i zasnąłem.

Rano obudziłem się rześki i zadowolony, chociaż gdzieś na dnie serca czaiły się wyrzuty sumienia. Kobiety obok nie było. Dopiero zdałem sobie sprawę, że nawet nie poznałem jej imienia. Wstałem i zajrzałem do łazienki. Nawet śladu po jej obecności. Wyglądało na to, że ubrała się i wyszła. Nagle przypomniałem sobie to jej „przepraszam” i skamieniałem. Rzuciłem się do marynarki i z ulgą namacałem portfel. Ale kiedy go otworzyłem, stwierdziłem, że brak w nim gotówki. A było tego kilkaset złotych… Straciłem też kartę płatniczą, tę zbliżeniową. Kredytowa była, bo po co złodziejce taka, w której trzeba znać PIN, albo składać podpis?

Od razu cała nocna przygoda wydała mi się o wiele mniej ekscytująca. Więcej, poczułem się brudny, jakbym przed chwilą wylazł z cuchnącego bagna. Właściwie powinienem zawiadomić policję. Ale, po pierwsze, było mi głupio i wstyd zeznawać w takiej sprawie, a po drugie… Po drugie, nie daj Boże, po powrocie do domu byłbym wzywany na przesłuchania i żona by się zorientowała, że coś się stało. Policjanci też zresztą bywają niedyskretni. Ograniczyłem się do telefonu do banku i zablokowania karty. Potem okazało się, że blondynka zdążyła zrobić już kilka zakupów w różnych sklepach na kolejnych parę setek, zanim karta przestała działać.

Uznałem to zdarzenie za ostrzeżenie i karę jednocześnie. Jak powiadają słowa mądrego żydowskiego przysłowia: „Pij wodę tylko z własnej cysterny…”. Co tu dużo gadać, należało mi się. I mogę powiedzieć jedno – już nigdy więcej!

Więcej listów do redakcji:
„Miałam 18 lat, gdy urodziła i wyrzekłam się własnej córki. Oddałam ją siostrze, która nie mogła mieć dzieci”
„Chciałam zostać mamą, ale nie układało mi się z facetami. Postanowiłam zajść w ciążę z pierwszym lepszym”
„Mówią, że stara miłość nie rdzewieje... To święta prawda. Tylko przy nim czułam szybsze bicie serca i drżenie ciała”