Załamana kobieta fot. Adobe Stock, Pixel-Shot

„Szefowa mnie wykorzystała, a potem wyrzuciła na zbity pysk. Życzyłam jej śmierci, a po miesiącu stała się tragedia”

„Wyszłam z biura upokorzona, zdruzgotana i z pomarańczową siatką na zakupy, jakbym właśnie wracała ze sklepu. A przecież niosłam w niej siedem lat swojego zawodowego życia. Ze złości w myślach zabiłam swoją szefową na sto różnych sposobów. Nie sądziłam, że jeden z nich może się ziścić”
/ 15.09.2021 14:27
Załamana kobieta fot. Adobe Stock, Pixel-Shot

Zawroty głowy, ból brzucha, osłabienie… W dniu, w którym straciłam pracę, wróciłam do domu i natychmiast położyłam się spać. Nie byłam w stanie niczego robić, ani rozmawiać z bliskimi, zupełnie jakby rozłożyła mnie nagła grypa.

Następnego dnia wcale nie poczułam się lepiej. Wręcz przeciwnie, stwierdziłam, że nie chcę nawet wstać z łóżka. Wszystko mnie bolało, wszystko było mi obojętne. Czułam się nikomu niepotrzebnym, bezwartościowym człowiekiem.

Pewnie dlatego, że zwolnienie spadło na mnie w zupełnie niespodziewanym momencie. Robiłam przecież nowy ważny projekt dla szefowej – reorganizację całego działu księgowego i wdrożenie nowego programu komputerowego. Harowałam nie po osiem, ale po dziesięć godzin dziennie i byłam przekonana, że jest ze mnie zadowolona. Przecież jeszcze kilka dni wcześniej gratulowała mi postępów, i to w obecności reszty pracowników!

Miałam tyle pracy, że brałam ją do domu

Kwitłam i czułam się doceniona. Mogłabym góry przenosić z tej radości zawodowego spełnienia i harować jeszcze ciężej, mimo że mąż patrzył na mnie z naganą, kiedy przynosiłam służbowe papiery do domu, żeby nad nimi posiedzieć.

– Zostaw to! – mówił. – Odpocznij wreszcie, zajmij się domem...

– To mam odpoczywać czy sprzątać? – pytałam zadziornie znad dokumentów rozłożonych na stole.

– Masz przestać przynosić biuro do domu – odpowiadał. – Czy ja się rozkładam ze swoją pracą w salonie?

Początkowo rozśmieszał mnie tym stwierdzeniem, bo jest kierowcą autobusu. Wyobrażałam sobie, jak wjeżdża nim do naszego pokoju i chichotałam. Niestety, mężowi nie było ani trochę do śmiechu. On wcale nie żartował, mówiąc, że nie chce widzieć więcej tych papierów.

Ale co miałam zrobić, skoro pracy było tyle, że w biurze zupełnie się nie wyrabiałam? Zastanawiałam się, czy nie pójść do szefowej i jej o tym nie powiedzieć, lecz nie miałam takiej śmiałości. Dlatego, kiedy pewnego dnia przedstawiła mi jakiegoś chłopaka, mówiąc, że przyjęła go do pomocy, żeby było mi lżej, bo mam za dużo pracy, sądziłam, że czyta mi w myślach! I byłam jej wdzięczna.

– To młody człowiek, będziesz go musiała wielu rzeczy nauczyć, ale mam nadzieję, że ci się przyda
– przedstawiła mi chłopaka.

Byłam bardzo zadowolona, że go zatrudniała, chociaż Grzesiek faktycznie okazał się kompletnie zielony. Niewiele wiedział o rachunkowości, mimo że był świeżo po kursie księgowym, na co pokazał mi stosowne papiery. Samo wdrażanie go w nasze księgi pochłaniało mnóstwo mojego czasu i energii, podobało mi się jednak to, że był chętny do pracy i zadawał mnóstwo pytań. Poza tym naprawdę błyskawicznie pojął nasz nowy program komputerowy.

„Będą jeszcze z niego ludzie” – myślałam z uśmiechem.

Kiedy szefowa pytała o jego postępy, chwaliłam go, bo naprawdę byłam z chłopaka zadowolona.
W końcu uznałam, że młody jest już wdrożony, poradzi sobie sam, a w związku z tym wreszcie mogę chociaż na tydzień pójść na urlop, nie bojąc się katastrofy w biurze. Powiedziałam to wszystko szefowej, a wtedy ona… zwolniła mnie!

Siedem długich lat poświęciłam tej firmie

Kiedy wręczała mi papier, doznałam takiego szoku, że nie byłam w stanie go wziąć, tak mi się trzęsły ręce. Jak przez mgłę pamiętam, co mi mówiła – abym nie brała tego wszystkiego do siebie, bo jestem naprawdę dobra i ona mnie ceni. „Dlaczego więc mnie zwalnia? W nagrodę?” – tłukło mi się po głowie.

Wychodząc z jej gabinetu, czułam się nie tylko skarcona, ale i odrzucona. Nagle na korytarzu zrobiło się bowiem pusto. Moje koleżanki i koledzy, których spotkałam w drodze do swojego biurka, z jakichś powodów nie patrzyli mi w oczy, w ogóle mnie nie dostrzegali. Jakbym stała się nagle niewidzialna! Gdy w końcu klapnęłam na krześle, miałam wrażenie, jakbym przebiegła maraton, a nie pokonała kilkanaście metrów.

Moje wypowiedzenie z pracy zakładało, że nie muszę już do niej przychodzić, jestem wolna, i w związku z tym mam opróżnić biurko. Nie byłam na to przygotowana, miałam tylko reklamówkę, w której przyniosłam sobie tego dnia śniadanie.

Pakowałam do niej rozmaite rzeczy z szuflad, ale szybko się wypełniła. Zagubiona przypomniałam sobie, że mam przecież jeszcze torbę na zakupy; zwykłą flanelową siatkę w pomarańczowym kolorze.

I tak wyszłam po raz ostatni z biura, z tą pomarańczową siatką na zakupy, jakbym właśnie wracała ze sklepu spożywczego. A przecież niosłam w niej nie ser i mleko, ale siedem lat swojego zawodowego życia.

Tak, poświęciłam tej firmie siedem lat, i oto, jak mi się odwdzięczono. Nie byłam w stanie pojąć, dlaczego, a kiedy następnego dnia dowiedziałam się, co tak naprawdę się wydarzyło, poczułam się jeszcze gorzej.

– Grzesiek jest synem przyjaciół szefowej? Jej chrześniakiem? – ta informacja, przekazana mi przez jedyną koleżankę, która odważyła się do mnie odezwać, uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba.
A więc przyjęła go do pracy tylko po to, by mnie zwolnić?

– To ty nic nie wiedziałaś? Wszyscy w biurze o tym mówili! – usłyszałam. – Dlatego dziwili się, że ty go tak hołubisz, wdrażasz.

– Naprawdę wszyscy? – poczułam się jeszcze bardziej oszukana.

Nagle wiele elementów układanki zaczęło wskakiwać na swoje miejsce. Te szepty za moimi plecami, te dziwne uwagi, których wtedy nie rozumiałam, teraz stały się nagle jasne. Dotarło do mnie także to, że tak naprawdę od tygodni byłam do zwolnienia. Szefowej chodziło tylko o to, abym jako osoba bardziej doświadczona wdrożyła nowy program i nauczyła wszystkiego Grzegorza.

„Zrobiła to z premedytacją! Wykorzystała mnie! Upokorzyła!” – myślałam, zaciskając zęby z wściekłości. Niczego w tym momencie nie pragnęłam tak, jak zemsty!

Boże, jakże ja ją chciałam dotknąć, skrzywdzić! Ją i tego jej Grzegorza, który z przymilnym uśmieszkiem wyciągał ode mnie wszystkie informacje na temat działania firmy.

„Pewnie doskonale bawili się moim kosztem!” – denerwowałam się, wyobrażając sobie, jak wychodzą z biura i idą ulicą, zaśmiewając się do łez z mojej naiwności. A wtedy… nagle zza zakrętu wyjeżdża ciężarówka i rozjeżdża ich oboje!

Tak, w ciągu pierwszych kilku tygodni od zwolnienia, w myślach zabiłam swoją szefową i tego smarkacza na sto różnych sposobów, zadając im przy tym mnóstwo bólu.

Aż pewnego razu…

Właśnie się obudziłam i jeszcze leniwie przeciągałam się w łóżku, bo niby do czego miałabym się spieszyć, skoro i tak nie miałam pracy, gdy zadzwonił do mnie mój mąż.

– Już wiesz, co się stało? – zapytał z przejęciem.

– Nie, o co chodzi? – zdziwiłam się.

– Pod twoim dawnym biurem wybuchł gaz! – zawołał Maciek.

Gaz?! Jak to gaz?! Momentalnie otrzeźwiałam. Spojrzałam na zegarek, minęła już dziesiąta. W biurze o tej porze na pewno byli już wszyscy pracownicy… O matko! To przecież prawdziwa tragedia!

W ciągu sekundy wyobraźnia podsunęła mi najstraszniejsze obrazy. Wybite szyby w oknach, popękane mury, wszędzie martwe ciała… Mojej byłej szefowej, Grzegorza, wszystkich kolegów i koleżanek.

Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Teraz, kiedy nieszczęście stało się tak realne, niemalże namacalne, zrozumiałam, że wcale nie chciałam, aby komukolwiek stało się coś złego. Ale chyba już było na to za późno, już niebo zdążyło mnie wysłuchać.

Nigdy już nikomu nie będę źle życzyć

Nagle poraziła mnie pewna myśl. Czyżby to była moja wina, że stała się ta tragedia? Czy to ja swoimi złymi życzeniami mogłam spowodować to, że tylu ludzi straciło życie i zdrowie? Przecież tak o to prosiłam!

Mimowolnie zaczęły trząść mi się ręce, a serce zabiło mocniej.

„Jestem zbrodniarką” – pomyślałam. – Ile jest ofiar? – zapytałam męża, sama nie wiedząc, jak udało mi się zapanować nad głosem. – Wszyscy zginęli? – przełknęłam ślinę.

– Nikt nie zginął, kochanie. Na szczęście gaz wybuchł wcześnie rano, przed siódmą. Nawet ochroniarz był akurat na obchodzie w zupełnie innej części budynku niż ta, która ucierpiała najbardziej, bo podobno znajdowała się bezpośrednio nad nieszczelną rurą – usłyszałam uspokajający głos męża.

Nie wierzyłam własnemu szczęściu! „Naprawdę, nikomu nic się nie stało? Boże, dziękuję ci!” – pomyślałam z prawdziwą ulgą. Wiem bowiem, że gdyby zginęła chociaż jedna osoba, czułabym się za to odpowiedzialna do końca życia.

Tamtego dnia przysięgłam sobie, że nigdy już nie będę kusiła losu, życząc źle innym ludziom, chociażby zrobili mi wielką krzywdę. „Oko za oko, ząb za ząb” to nie jest dewiza, którą chcę się w życiu kierować. Stać mnie na coś więcej niż zemsta, prawda?

Czytaj także: