POLECAMY

"Sen nocy letniej" w Teatrze Polskim we Wrocławiu

Życie miesza się ze snem, a rzeczywistość z planem filmowym, absurd przeplata z tragedią, a groteska wypiera istotę miłości. "Sen nocy letniej", uważany za najbardziej rozerotyzowany dramat Shakespeare'a dla Teatru Polskiego zaadaptowała Monika Pęcikiewicz.
Życie miesza się ze snem, a rzeczywistość z planem filmowym, absurd przeplata z tragedią, a groteska wypiera istotę miłości. "Sen nocy letniej", uważany za najbardziej rozerotyzowany dramat Shakespeare'a dla Teatru Polskiego zaadaptowała Monika Pęcikiewicz.


Pierwsza część spektaklu to (odrobinę zbyt długa, ze względu na poziom obezwładniającego absurdu) sekwencja filmowa. Oglądamy casting przeprowadzany przez reżysera (Adam Cywka), badającego otwartość swoich aktorów na konieczność odgrywania scen erotycznych. Jego praktyki wywołują niekontrolowany śmiech, jest to jednak zapowiedź kreacji świata, który będziemy oglądać przez cały spektakl.  W ten lekko abstrakcyjny świat bez tabu, nazywany przez niektórych krytyków posthouellebecqowskim (termin pochodzi od nazwiska Michela Houellebecqa, niemieckiego pisarza-skandalisty, który głowne źródła inspiracji dla twórczości odnajduje w erotyce, ruchu New Age, rozmiłowaniu do skandalizujących poglądów i szeroko pojętej seksualności), reżyserka wprowadza klasyczny dramat elżbietański. I uzyskuje bardzo satysfakcjonujący efekt.


Oglądamy bowiem szekspirowską kinematografię; film, który nigdy nie powinien powstać. Oberon z dramatu jest tutaj nietolerancyjnym tyranem, nieomylnym mistrzem reżyserii. Lew (znów dobry Michał Chorosiński) i jego ponętna treserka (Marta Zięba) to Tezeusz, król Aten i jego narzeczona Hipolita planujący swój ślub. Dyskutują o swoich problemach  emocjonalnych, związkach między aktorskim ja a postacią, wpadają w furię, by po chwili zmienić się w nieśmiałych romantycznych kochanków. Lizander (Marcin Czarnik) i Hermia (Anna Ilczuk) odgrywają papierową miłość na tle wielkiej metropolii. Kochają się karykaturalnie, jak z amerykańskiej komedii romantycznej, ale z temperamentem bohaterów brazylijskiej telenoweli.


Adam Szczyszczaj i Rafał Kronenberger jako Mikołaj Podszewka i Piotr Kloc serwują slang niezbyt rozgarniętych, ordynarnych licealistów. Wydawałoby się, że w tych momentach tekst Szekspira został brutalnie zgwałcony, ale scena z przebieraniem Franciszka Piszczały (Michał Opaliński) za kobietę jest smaczną satyrą na obecne kanony piękna: "wycisnę z ciebie kobietę" – mówi jeden z nich. To kapitalne obśmianie kobiecych kompleksów, prymitywny dialog mówiący o podrywie na seks w gruncie rzeczy śmieszy. Kloc udający gwiazdę porno, a Piszczała striptizerkę wdzięczącą się przed Podszewką to kwintesencja erotyki i komizmu jednocześnie.


Ewa Skibińska zasłużyła na absolutne oklaski na stojąco.
Jest przejmująca, na wskroś dramatyczna, przywraca wiarę w dobre role dla dojrzałych kobiet. Bardzo interesujący byli też Adam Cywka oraz Dagmara Mrowiec – emocjonalna, jakby w sprzeczności ze swoją fizyczną delikatnością. Jej Helena jest opuszczona, zapłakana, nieszczęśliwa, niczym najgorsza sierota. Aktorstwo Anny Ilczuk jest miejscami trochę zbyt agonalne, ale uzyskała ona prawdopodobnie zamierzony efekt pokazania swojej bohaterki ze strony ofiary. Zarówno z perspektywy aktorki występującej pod okiem reżysera-despoty, jak i Hermii – pokrzywdzonej przez magiczne praktyki asystenta reżysera – rzeczywiste odbicie szekspirowskiego Puka (Marcin Pempuś).


Ocena tego spektaklu nie jest prosta. Wpisuje się ona doskonale w estetykę, którą lubię najbardziej – erotyczne zabarwienie, kicz i pozorna bezcelowość pozostawiają uczucie lekkiego (ale kapitalnie pozytywnego) zdezorientowania. Różnorodność i mnogość środków wyrazu (zarówno aktorsko jak scenograficznie) może przytłaczać, ale we mnie wzbudziła autentyczną ekscytację. Zdjęcia kamery wyświetlane na projektorze są jak z półamatorskich horrorów dla piętnastolatków, a na scenie pojawia się Lady GaGa jakby chciała krzyczeć o uniwersalizmie dzieł Shakespeare'a.


Otumaniona kwieciem Tytania staje się pozbawioną krzty pruderii maniaczką seksualną. W końcówce spektaklu plan filmowy miesza się z patologiczną rzeczywistością, którą wypełnia rozbuchana seksualność. Wielka orgia w cielistych kostiumach pokazana jak kamasutra dla początkujących, polega na powtarzaniu tych samych kopulacyjnych ruchów. Towarzyszy jej psychodeliczna projekcja filmowa niczym kalejdoskopowe odbicie tego, co dzieje się na scenie. Monika Pęcikiewicz stworzyła widzom warunki do oglądania dwugodzinnego seksu nocy letniej, a w nim rozerotyzowanie, o którym nie śniło się nawet Shakespeare'owi.


Marta Kaprzyk
fot. Mateusz Wajda dla Teatru Polskiego

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (6)
/rok temu
Michel Houellebecq jest FRANCUSKIM autorem. Myślę, że Pani go nie czytała, nie szkodzi.
/3 lata temu
40 minut filmu na rzutniku bardzo obniża całościowy odbiór - wg mnie gdyby casting przeprowadzony był na żywo przez aktorów na scenie to zupełnie inaczej by się go oglądało - to było bardzo, bardzo nużące i rozczarowujące- miałam ochotę wyjść w trakcie. DO TEATRU PRZYCHODZĘ OBEJRZEĆ AKTORÓW NA ŻYWO - GDYBYM CHCIAŁA OGLĄDAĆ FILM TO POSZŁABYM DO KINA. Ja rozumiem jakaś krótka etiuda puszczona na ekranie ale nie połowa spektaklu - ludzie róbcie prawdziwy teatr a nie jakiś pseudotwór!
/3 lata temu
Pierwszy raz wyszłam ze sztuki w trakcie jej trwania (sporo było takich osób!!). Nie wiem dokąd zmierza teatr, ale myślę, że w przeciwną stronę niż oczekiwania publiczności.
POKAŻ KOMENTARZE (3)