"Bat Yam" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym

Opowiedzenie historii o zbrodniach II Wojny Światowej oraz pokazanie skomplikowanej sieci stosunków między narodami dotkniętymi tragedią to nie lada sztuka. Jak bowiem zrobić to bez zbędnego patosu, zachowując jednocześnie szacunek i błyskotliwość słowa? Yael Ronen, izraelskiej reżyserce i scenopisarce udało się to znakomicie.
/ 21.05.2010 06:49
Opowiedzenie historii o zbrodniach II Wojny Światowej oraz pokazanie skomplikowanej sieci stosunków między narodami dotkniętymi tragedią to nie lada sztuka. Jak bowiem zrobić to bez zbędnego patosu, zachowując jednocześnie szacunek i błyskotliwość słowa? Yael Ronen, izraelskiej reżyserce i scenopisarce udało się to znakomicie.

Tykocin był niegdyś prężnym ośrodkiem, który Żydzi zamieszkiwali licznie już od XVI wieku. W lecie 1941 ludność żydowska została wymordowana w pobliskich lasach. Unicestwieniu uległa wtedy niemal cała wspólnota, a jednym z niewielu, którzy przeżyli, był Jakub Kozicz - jeden z bohaterów spektaklu "Bat Yam" pokazywanego przez Teatr Współczesny we Wrocławiu.


Głównymi bohaterami sztuki są członkowie pewnej, wydawałoby się, typowej izraelskiej rodziny. Dawida (Maciej Tomaszewski) i jego siostrę Nili (Ewelina Paszke-Lowitzsch) poznajemy na lotnisku, tuż przed wyjazdem w strony wczesnej młodości ich ojca, Jakuba (Ryszard Ronczewski). Itamar (Piotr Łukaszczyk), syn Dawida jest tu uosobieniem stereotypów o współczesnych licealistach, nowobogacki, trochę jakby niemądry i zagubiony w życiu, raz po raz odgarnia z czoła niesforną grzywkę. Jego siostra, Na'ama (Katarzyna Bednarz) to początkująca dziennikarka, wojująca aktywistka, społeczniczka, radykał w spódnicy.

Trzy pokolenia wyruszają w drogę, odkrywają przed sobą największe tajemnice i zachowania, o których woleliby nie wiedzieć oraz zdarzenia, które lepiej byłoby przemilczeć. Nili jest nadwrażliwa, romansując ze swoim psychoterapeutą odzyskuje wiarę w to, że jest warta miłości. Jedzie, gdyż jej obowiązkiem jest 'czuwanie nad delikatną równowagą duszy taty'- boi się o swojego ojca, pragnie 'uszanować jego starczą niezależność'. Jakub bowiem nie chce wracać do Polski, rozdrapywać starych ran. Na podróż najbardziej nalega jednak David, który chce w Polsce odzyskać rodzinny majątek, jak się okazuje, nie z pobudek czysto materialnych, ale także patriotycznych. Ma to być symbol odzyskania dla jego narodu fragmentu ich własności, kiedyś brutalnie odebranej.


"Jak twój pierwszy prysznic w Polsce? Była woda czy gaz?" - pada pytanie pierwszej nocy po przyjeździe do Polski. Widzimy, że reżyserka, będąca współautorką tekstu nie ma złudzeń - stosunki polsko-żydowskie (jak również polsko-niemieckie czy izraelsko-palestyńskie, o których także jest mowa w dramacie) do dziś są nie tylko niezręczne. Najchętniej traktowane są wręcz jako tabu. Yael Ronen pokazuje, że wszyscy biorą udział w ustalonym przez oba kraje, lekko zakłamanym przedstawieniu, podczas gdy "Polska to nie tylko kraj, a stan umysłu". Jednocześnie ciężką tematykę i dość przytłaczający wydźwięk spektaklu skutecznie łamią jego, świetnie wkomponowane, elementy komediowe. To przełamanie konwencji sprzyja jego odbiorowi, nie jesteśmy przytłoczeni zdarzeniami z 1941 roku, ale gdy słuchamy opowieści dziadka, oczyma wyobraźni możemy zobaczyć, jakby w naszych umysłach rozgrywała się wzruszająca, tragiczna projekcja filmowa.


Aby lepiej poznać historię swojego narodu, cała rodzina jedzie do Treblinki. Na'ama najgłośniej krytykuje tak zwaną "turystykę holocaustową" - w Izraelu w wieku 17 lat, tuż przed decyzją o pójściu do wojska, zabiera się młodzież na wycieczkę do Oświęcimia, co ma poruszyć ich serca i pchnąć do służby narodowi. Współczesnym im Auschwitz jest bowiem Strefa Gazy, a jedyną odpowiedzią na to minione - obecne działania zbrojne w Jerozolimie. Naturalistyczne opisy dramatu holocaustu pokazane są w niesamowicie wyważony sposób, nie ma nakolannicwa ani patosu, który w tym wypadku mógłby być irytujący. Przeciwnie - przejmuje bez epatowania widza przymusem współczucia. Paradoksalnie, to podczas wizyty w Treblince rozwiązuje się najwięcej problemów rodziny Kozicz.

Bo i sam wyjazd do Polski jest też formą terapii rodzinnej: dzieci, które dotychczas nie mogły porozumieć się z ojcem widzą, że on tak naprawdę kocha je nad życie i chce, by miały wszystko jak najlepsze. Dziadek spotyka się ze swoją dawną wybawicielką, miłością, ale jednocześnie towarzyszką niedoli, skrywającą ich największe tajemnice przeszłości. Zrzuca przed nią maskę swojej niedostępności i spod skorupy introwertyka wyłania się obraz wrażliwego człowieka, który przez całe życie zmagał się z poczuciem winy za to, że... dane mu było przeżyć.


Tekst dramatu jest niesamowicie błyskotliwy - wielowątkowość opowieści, historii, zwroty akcji oraz nietypowe, nieoczekiwane poznawanie historii z wielu punktów widzenia może zachwycić. Znakomici są aktorzy - zarówno Ryszard Ronczewski jak i Maciej Tomaszewski znakomicie pokazują zarówno pobudki, jak i racje swoich postaci. Ewelina Paszke-Lowitzsch jest odrobinę histeryczna, ale przejmująca. Świetnie grają także Katarzyna Bednarz - zbuntowana i niepokorna oraz Piotr Łukaszczyk, najbardziej komediowy, jednocześnie w bolesny sposób portretuje syna nierozumianego przez ojca. Na drugim planie doskonale dopełniają ich Anna Bałut jako prawniczka pomagająca Davidowi oraz Marlena Milwiw w roli przyjaciółki Jakuba z dawnych lat.


Wyjazd do Polski jest swoistą spowiedzią. Okazuje się, że nikt nie jest kryształowy (ani jako osoba, ani jako naród). Gorzka jest refleksja, iż "dzisiaj ludzie chcą podziału na kata i ofiarę, nikt by teraz nie zrozumiał nawet, gdyby powiedziano całą prawdę". Wszyscy przekonują się, że można odnowić dom, ale nie historię.


"Bat Yam" był częścią dyptyku "Bat Yam-Tykocin". Drugą część z aktorami z Tel Awiwu zrealizowali Michał Zadara i Paweł Demirski. Projekt organizowany był przez Teatr Współczesny we Wrocławiu, Teatr Habimah z Tel Awiwu oraz Instytut im. Adama Mickiewicza.


Fotografie: Bartłomiej Sowa dla Wrocławskiego Teatru Współczesnego

Marta Kaprzyk