Urodzona rockmanka

Juliette Lewis w nowej, głośnej roli. „Four On The Floor” to płyta, która walczy z wrogą kulturą macho jej własną bronią.
Dzięki rolom takim jak ta w „Urodzonych mordercach” Olivera Stone’a stała się ikoną trudnego pokolenia. Z dożywotnio przyklejonym wizerunkiem buntowniczki i outsiderki. Nic dziwnego, że bez problemu odnalazła się w rockandrollowym zgiełku. Juliette Lewis, do niedawna wyłącznie aktorka, na 30. urodziny zafundowała sobie nowe życie.
Po pierwsze: rozwód. Po drugie: wsparcie trzech nieokrzesanych mężczyzn, z którymi stworzyła grupę Juliette And The Licks. Film ponoć jej się znudził, a piosenki zbierała całymi latami, tyle że wcześniej brakowało jej odwagi. Tegoroczna jesień przynosi drugi studyjny album zespołu. Podporządkowany konwencji surowego gitarowego grania. Motorhead dla dziewczynek? Wbrew pozorom to komplement.
Lewis doprowadza filozofię girl power do ekstremum. „Four On The Floor” to płyta, która dobrowolnie zamyka się w świecie rockowych stereotypów. Ale wywraca go na drugą stronę.
To płyta, która walczy z wrogą kulturą macho jej własną bronią – hałasem i seksistowskimi sloganami. Nie ma co jednak wikłać Juliette And The Licks w poważne konteksty. „Four On The Floor” to przede wszystkim czysta rozrywka. Płycie nie udaje się uniknąć banału, ale to muzyka stworzona z myślą o sytuacjach koncertowych, co być może wkrótce sprawdzimy w Polsce. Na razie Juliette w ostatniej chwili odwołała swój listopadowy występ w Polsce.

Angelika Kucińska/ Przekrój

Juliette And The Licks „Four On The Floor”, PIAS
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)