Tak, jestem wiedźmą

Yoko Ono widziana oczami młodych zdolnych to wciąż ważna i gorąca postać świata muzyki.
Japońska gwiazda rynku sztuki i muzyki odkrywa uroki artystycznej emerytury, od kilku lat skupiając się bardziej na zbieraniu nagród za całokształt działań niż na nowych projektach. Lecz fascynująco różnorodny album „Yes, I’m a Witch” („Tak, jestem wiedźmą” – od tytułu jednego z jej starszych nagrań) świetnie przypomni wszystkim jej znaczenie i to, jakim szacunkiem cieszy się wśród śmietanki najciekawszych wykonawców młodego pokolenia.

Owa śmietanka dostała tu do dyspozycji szafy taśm studyjnych z nagraniami Yoko Ono – od najwcześniejszych, najbardziej wymyślnych, realizowanych wspólnie z Johnem Lennonem jeszcze w czasach The Beatles, po te ostatnie, oszczędne, skupione na emocjach i podsumowaniach życiowych. Mogli wziąć, co chcieli – cały utwór albo tylko jakiś jego strzępek – a potem przerobić wybraną kompozycję z dorobku Japonki w dowolny sposób. Nie chodziło o remiks, tylko o nowy utwór powstały z inspiracji starym. Zwykle brali więc po prostu partię wokalną Yoko, przenosząc ją w świat własnej stylistyki. Tak było w wypadku Porcupine Tree i ich odrealnionej wersji „Death Of Samantha”, podobnie z Cat Power („Revelations”) i Apples In Stereo („No One Can See Me Like You Do”), których nagrania dowodzą, jak wielką siłę emocjonalną miały piosenki Ono skupione zwykle na bardzo osobistych doświadczeniach, związku z Lennonem czy koszmarze rozstania z uprowadzoną przez poprzedniego męża córką Kyoko.
Peaches i Le Tigre jako czołowe drapieżne dziewczyny dzisiejszego muzycznego świata wydestylowały z kolei z Yoko też obecny u niej feministyczny jad. Amerykanie z The Flaming Lips z eksperymentalnego „Cambridge 1969” zrobili natomiast równie nonszalancki eksperyment, sklejając monosylaby i jęki Ono w linię melodyczną. Antony (tu bez The Johnsons) nie powstrzymał się przed dograniem własnych chórków towarzyszących partii wokalnej Ono we wspaniałym „Toy Boy”, a Polyphonic Spree – równie błyskotliwie – przenieśli utwór „You And I” w estetykę beatlesowskich fanfar.
Całe „Yes, I’m a Witch” to rodzaj hołdu zaplanowanego precyzyjnie przez osobę ten hołd odbierającą. Bo przecież Ono sama wybrała wykonawców, którym zleciła reinterpretacje własnych klasyków, i sama wyznaczyła zasady gry. Gdy w czasach Beatlesów mówiło się o niej, że jest wielką manipulatorką, zwykle było to podszyte niechęcią – chodziło o sterowanie Lennonem i jej wpływ na rozbicie legendarnej grupy. Trzeba było lat, by większość fanów The Beatles przekonać, że to nie było tylko działanie niszczycielskie. To Ono była dla Lennona łącznikiem ze światem wielkiej XX-wiecznej awangardy i bez niej znaczenie jego osoby nie wykroczyłoby tak mocno z pola czysto muzycznego na społeczne. Tamten pogląd znika. Ale manipulacja rozumiana jako pewna przebiegłość w kreowaniu projektów artystycznych – tak, to właśnie słychać na „Yes, I’m a Witch”.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Yoko Ono „Yes, I’m a Witch”, EMI
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)