Płyty dla włóczykijów

Beirut – bałkański projekt z Ameryki. I ostatnia z ważnych płyt, jakie usłyszycie w tym roku.
Czy w Meksyku mieszkają Cyganie? Być może. Ale w Nowym Meksyku już z całą pewnością. 16-latek z Albuquerque w stanie Nowy Meksyk uciekł ze szkoły i pojechał, jak to Amerykanie, w podróż życia. Do Europy. Po kulturę, rzecz jasna.

Traf chciał, że jako nastoletni backpacker nie trafił najpierw do Luwru ani do Galerii Uffizi, tylko do squatu w Amsterdamie, gdzie mieszkał pewien Serb. Ten miał plecak pełen muzyki bałkańskiej. Możemy się domyślać, że jeszcze charakterystyczne dla regionu napoje, i że to one pomogły nawiązać przyjaźń serbsko-amerykańską. Grunt, że wszystko doprowadziło obywatela USA do kulturowego objawienia.
Gdy nasz bohater wrócił do Stanów, otworzył jednoosobowy projekt muzyczny, który nazwał Beirut (choć nie był nigdy w Libanie), i zaczął nagrywać płytę – utwory inspirowane w równym stopniu rodzimą piosenkową tradycją i folklorem bałkańskich Cyganów (choć i na Bałkanach podobno nie był – dotarł ledwie do Pragi). Majestatyczne dęciaki bałkańskie spotykają tu ukulele. Rytmy walca – tańce meksykańskie. A sposób śpiewania nieco zbliżony do rockowego Thoma Yorke’a z Radiohead – piękne i stylowe melodie w stylu „Postcards from Italy” (czyli jednak były Włochy po drodze!).
Album zatytułował „Gulag Orkestar”, co naturalnie wywołało w amerykańskiej prasie (rzecz wyszła tam w maju, dziś trafia do nas) entuzjastyczne komentarze, że to płyta inspirowana folklorem... rosyjskim. Pojawiły się też uwagi, że Goran Bregović to taki Roy Orbison Bałkanów. Możemy się śmiać z tego tonu komentarza, ale nie wolno przeoczyć sukcesu projektu Beirut i efektów jego pracy, bo i dla nas będzie on świeży przez specyficzny sposób patrzenia na to, co już znamy. Na pewno na Bregovicia, bo tego nasz bohater poznał, oglądając filmy Emira Kusturicy. I cygańską grupę Taraf de Haidouks, która na scenie world music odniosła taki sukces, że i w Stanach ją znają. W Beirucie usłyszymy te wpływy przefiltrowane przez alternatywno-rockową, college’ową wrażliwość.
Wygląda na to, że cały Nowy Meksyk jest po prostu Rumunią Stanów Zjednoczonych. Bo oto w tym samym czasie ukazał się u nas album projektu innego mieszkańca Albuquerque – A Hack And A Hacksaw, też odnoszący się w udany sposób do bałkańskiego folkloru. Jego autorzy rzeczywiście jeździli po Rumunii, nagrywali tam, a ich utwory to bardziej sentymentalne wariacje folkowe na orkiestrę dętą, skrzypce i akordeon niż – jak w Beirucie – hybryda tradycji odległych od siebie miejsc.
Nie pisałem dotąd, o kogo chodzi, bo na razie to nazwisko Polakom nic nie powie. Choć pewnie nietrudno będzie je zapamiętać. Ojciec projektu Beirut, dziś 20-latek, nazywa się bowiem Zach Condon.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Beirut „Gulag Orkestar”, BaDa Bing!/4AD

A Hawk And A Hacksaw „The Way The Wind Blows”, Leaf
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)