Nierdzewni kontra Niezatapialni

Motörhead rżną, jakby mieli po naście lat, za to Maiden ma nastoletnią publiczność. Dwie legendy przypomniały o sobie nowymi płytami.
motor1.gifDwie legendy ciężkiego grania przypomniały o sobie nowymi płytami. Jedna z nich jest bardzo dobra, druga bardzo dobrze się sprzedaje. Nawet w komiksowym świecie heavy metalu nie ma sprawiedliwości. Zarówno Motörhead, jak i Iron Maiden zdają się nie zauważać upływu czasu. Metal nieustannie zmienia się, ewoluuje, odkrywa nowe brzmienia, a oni nic. Zakonserwowani w latach 70. dzielnie ćwiczą wariacje na temat piosenek sprzed ćwierć wieku.

Co ich różni? Otóż muzyka Motörhead jest brutalnie prawdziwa niczym brodawki na ponurej facjacie lidera grupy, a twórczość Iron Maiden równie sztuczna i wydumana jak postać Eddiego, maskotki zespołu. Lemmy Kilminster głosem przeoranym przez tysiące papierosów i hektolitry whisky wycharkuje równoważniki zdań, z których wynika, że ma nas wszystkich gdzieś i dobrze mu z tym. Bruce Dickinson tymczasem wspina się na operowe górki, dźwigając na plecach kilometrowe dywagacje o imponderabiliach, które dobrze świadczą o jego erudycji, ale źle o umiejętności pisania tekstów. Phil Campbell, gitarzysta Motörhead, gra prosto i treściwie – dwa zawadiackie riffy na numer, jedna krótka solówka. Za to sytuacja gitarzystów Iron Maiden jest nie do pozazdroszczenia. Wystarczyłby jeden, a jest ich trzech i każdy musi jakoś uzasadnić swoją obecność, czyli błysnąć solówką na tyle długą, by odróżnić się od pozostałych. To rozdyma utwory do siedmiu, nawet dziewięciu minut, choć pomysłów starcza ledwie na trzy. Motörhead wygrywa ze słuchaczem przez nokaut w pierwszej rundzie. Iron Maiden bierze na przetrzymanie.

A jednak to nie Motörhead, lecz Maiden cieszy się popularnością zarezerwowaną dla gwiazd pop. Fani uwielbiają galop sekcji rytmicznej, nucą charakterystyczne melodie, na pamięć znają wszystkie refreny, czczą Eddiego i tłumnie pędzą na każdy koncert, choć każdy przecież wygląda tak samo. Wolą ten archaiczny metalowy cyrk od zagranego z punkową werwą i metalową siłą rock and rolla, w którym specjalizuje się Motörhead. Nie umiem tego zrozumieć, ale chylę czoła przed muzykami, którzy potrafią tak skutecznie zaczarować publiczność młodszą o pokolenie. Szkoda tylko, że zapatrzeni w Iron Maiden małoletni metalowcy nie znają twórczości swoich rówieśników. Nie chcą wiedzieć, że to, co najciekawsze w ciężkim graniu, nie ma nic wspólnego z „A Matter Of Life And Death”. Mathcore’owe połamańce The Dillinger Escape Plan, kwadratura koła Meshuggah i infradźwiękowe ekscesy sunn O))) trafiają więc w próżnię, sprzedając się – szczególnie w Polsce – w kolekcjonerskich nakładach. Tymczasem dla metalowych młodych gniewnych wsparcie ze strony fanów to naprawdę kwestia życia i śmierci.

Jarek Szubrycht/ Przekrój

Iron Maiden, „A Matter Of Life And Death”, EMI
Motörhead, „Kiss Of Death”, SPV
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)