Nie zarzynać Sistars

Najbardziej oczekiwana premiera roku w polskim popie mile łechce, nawet jeśli nie kopie.
 
Niedawno miałem okazję bronić Sistars w radiu przed jakimś młodym gniewnym człowiekiem, który stwierdził, że to plastik i komercja. Zapytałem go, jak w takim razie opisałby Mandarynę. Tu stracił argumenty. Ale takich reakcji jest więcej – nie dlatego, by Siostry drastycznie zaniżały poziom. Powody są proste: w telewizorze są co tydzień, w radiu na okrągło, a i w centrum handlowym za rogiem też przy odrobinie szczęścia można je złapać na gościnnych występach.
Największa krajowa nadzieja ostatnich lat została poddana łupieżczej eksploatacji, jakiej nie wytrzymywały wcześniej nawet światowe gwiazdy. A gdy ktoś jest na topie, to trzeba myśleć, jak tam zostać, a nie jak szybko zejść.
Wszystkie ostatnie działania wokół zespołu pokazują coś wręcz przeciwnego: pospieszne zbieranie owoców świetnego debiutu („Siła sióstr” sprzed dwóch lat) i niewątpliwych przebojów („Sutra”, „My Music”) – włącznie z telewizyjnymi poszukiwaniami (na antenie MTV) asystenta menedżera Sistars. Świetnie – proponuję jeszcze znaleźć w reality show młodszego księgowego i pomocnika garderobianej. Szóstka muzyków utrzymywać będzie wtedy dwa tuziny obsługi, a każdy będzie wołał jeść. I wtedy do końca zajeżdżą nam Siostry.
Takiej polityce mówimy „nie”, ale co przynosi trudna druga płyta, której termin tak długo przekładano? Przede wszystkim ostateczne odcięcie pępowiny łączącej Sistars z hiphopowym środowiskiem. Nie stwierdzę, czy to dobrze, czy źle. Faktem jest, że zespół od debiutu w barwach wytwórni Wielkie Joł Tedego kojarzony był jako polskie pogranicze hip-hopu i soulu. Dziś, owszem, dalej zapędza się w rejony The Neptunes, ale też śpiewa numery w stylu Jamiroquaia, w stylistyce niepodejmowanej przez hip-hop. Poza tym rap prawie się tu nie pojawia, nie ma gościnnych występów raperów, jest za to słowo o pogodzie od Jarka Kreta i mały fragment monologu Ireny Kwiatkowskiej (zresztą w bardzo zabawnym kontekście). „A E I O U” to pół na pół kompozycji świetnych i średnich. Są takie, które zyskują przy bliższym kontakcie, nie ma na szczęście zupełnych kiksów, „polskiego soulu”, beczenia bez sensu i popisów. Sprawdza się producenckie zaplecze grupy – Marek Piotrowski i świetny basista/wokalista Bartek Królik, który zbyt rzadko wychodzi zza pleców Sióstr.
Będzie się wypominać, że mało piosenek po polsku na tej płycie. Mnie to nie drażni o tyle, że Sistars radzą sobie z angielskim, a teksty to nie zawsze ich mocna strona. Teoretycznie mają też wciąż szanse eksportowe. Przynajmniej dopóki showbiznesowa machina nie każe im się wypalić i jeśli będą pamiętać, że przyszłością Sistars są nie tylko siostry, ale i bracia.


Bartek Chaciński/ Przekrój

Sistars „A E I O U”, Warner
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)