Coraz lepszy Wujek

Coraz lepszy Wujek

UNKLE to przedziwny przykład grupy, która wydaje się tym ciekawsza, im bardziej świat się od niej odwraca.
/ 06.08.2007 11:24
Coraz lepszy Wujek

Jeśli spojrzymy realistycznie, brytyjski projekt UNKLE to pasmo klęsk. 33-letni dziś James Lavelle zaczynał jako cudowne dziecko świata nowej muzyki elektronicznej i hip-hopu – didżejem był już w podstawówce, a kiedy miał 18 lat, założył własną wytwórnię płytową. Ale jak to z takimi bywa, pozostał w pewnym sensie niespełnioną nadzieją. Projekt UNKLE stworzył w połowie lat 90. ku uciesze mediów wypatrujących jego nagrań jak kania dżdżu. Miał to być pomost pomiędzy młodymi stylami w muzyce, wspólne miejsce dla fanów ambitnego rocka spod znaku Radiohead (ziomków Lavelle’a, który też pochodzi z Oksfordu), rapu i sceny klubowej.

W przypadku debiutu "Psyence Fiction" efekt był momentami świetny, ale w całości mało oszałamiający, jeśli wziąć pod uwagę to, ilu wybitnych gości ściągnął Lavelle (wówczas jeszcze działający wespół z DJ-em Shadowem) na płytę. W powodzi sampli z mniej lub bardziej znanych piosenek pogubił muzyczny sens. Drugi album "Never, Never, Land", już nie tak mętny, przywitano gwizdami, choć nie ustępował pierwszemu.

Ukazującą się właśnie trzecią płytę "War Stories" wita złowroga cisza, tymczasem to najbardziej bezpośredni i chwytliwy album, jaki Lavelle nagrał. A przy tym najmocniejszy, gitarowy, ze świetnym wejściem w instrumentalnym "Chemistry", z kilkoma kapitalnymi utworami, które fanom Radiohead zrekompensują jeszcze przez parę miesięcy brak nowych nagrań ulubionej grupy, ze zwyczajowym udziałem gości (Josh Homme, 3D z Massive Attack) i finałem, w którym ktoś wreszcie zrobił dobry użytek z wokalnych umiejętności Iana Astbury’ego. I chociaż nie zaszkodziłoby wyjęcie dwóch–trzech utworów, poziom emocji udaje się utrzymać przez 70 minut.

Kariera UNKLE wygląda niczym klip ich najbardziej znanej piosenki "Rabbit in Your Headlights", swoją drogą jeden z lepszych teledysków w historii: zakapturzony facet idzie środkiem tunelu, szepcząc coś pod nosem, potrącają go kolejne samochody, a on jak gdyby nigdy nic wstaje i konsekwentnie idzie dalej. Co się dzieje na końcu? No właśnie, trzeba, nie rezygnując po drodze, prześledzić tę historię w całości – tak jak muzyczną karierę Lavelle’a, w której potknięcia umacniają, a konsekwencja po latach zwycięża.

Bartek Chaciński/ Przekrój

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)