Dwa miliony na kółkach

No limits (żadnych ograniczeń) - tak brzmi hasło reklamowe producentów maybacha, najbardziej luksusowego samochodu świata.
Każdy, kto zapłaci dwa miliony złotych, na dzień dobry dostaje do wyboru dwa miliony kombinacji kolorów, wykończeń i elektronicznych gadżetów. VIVA! miała możliwość przyjrzenia się temu przepychowi z bliska.

Elegancki młody mężczyzna w garniturze zakłada białe rękawiczki. Jak pracownik muzeum lub biblioteki, w której trzyma się cymelia, a nie sprzedawca salonu samochodowego. W Center of Exellence pod Stuttgartem, gdzie przybywają bogacze zainteresowani kupnem najdroższego auta świata, to jednak standard. Każdy, kto zdecyduje się wydać tak astronomiczną sumę na samochód, może osobiście nadzorować powstawanie nadwozia swojego modelu – od projektu do ostatniego muśnięcia szmatką – i musi być traktowany jak władca świata. Zadaniem producenta jest spełnić jego najdziksze zachcianki. Stworzyć jedyne i niepowtarzalne auto, by – w dobie globalizacji i uniformizacji – klient poczuł się właścicielem czegoś wyjątkowego. Podobno nie ma dwóch jednakowych maybachów na świecie.
Współczesne maybachy mają bowiem nawiązywać do wspaniałej tradycji tych aut, która sięga lat 20. i 30. Czasów, w których dzięki wielkiemu skokowi w rozwoju techniki świat zaczął się kurczyć. Samochody rozwijały prędkość do 170 kilometrów, a pierwsze sterowce przemierzały dwutygodniową dla statków trasę z Europy do Ameryki w 66 godzin. I oferowały podróżującym wybrańcom losu niezwykle kosztowny jak na tamte czasy luksus. Za lot sterowcem, na pokładzie którego były kajuty z ciepłą i zimną wodą, trzeba było zapłacić tyle, co za przelot concordem.
Najsłynniejszy model maybacha, Zeppelin DS8 z 1929 roku, którego twórcami byli genialni niemieccy konstruktorzy silników Wilhelm Maybach i jego syn Karl, był najdroższym, najnowocześniejszym i najbardziej pożądanym autem przedwojennej Europy.
Trzy ramiona na znaczku maybacha, w które wpisane są dwie literki M, oznaczają panowanie na morzu, lądzie i w powietrzu. Jednak podczas gdy Wilhelm z czasem związał się z baronem Ferdynandem von Zeppelinem, by konstruować dla niego silniki do sterowców, Karl po krótkiej przygodzie ze sterowcami wrócił do konstruowania aut.


Maybachami jeździli: para książęca Holandii – Juliana i Bernard, książę Esterhazy, wielki koneser i kolekcjoner aut cesarz Etiopii Haile Selassie, król Grecji Paweł I, maharadżowie Potili i Kolhapuru, tenor Enrico Caruso i pięściarz Max Schmeling. Był to też, niestety, ulubiony samochód dygnitarzy hitlerowskich – Hermanna Goeringa i Heinricha Himmlera.
I pewnie maybach byłby produkowany dalej, gdyby nie wojna, po której nie było zapotrzebowania na luksus. Kiedy więc po 60 latach Daimler Chrysler doszedł do wniosku, że czas wskrzesić to auto, szukano rozwiązań, które mogłyby zaspokoić potrzeby najbardziej wymagających. Z dwóch wprowadzonych modeli: tak zwanej pięćdziesiątki siódemki (5,72 m długości) dla ludzi młodych i tak zwanej sześćdziesiątki dwójki (6,16 m) dla starszych, których prowadzenie auta już nie pociąga, do tego drugiego wypada sobie dokupić szofera.

W puchu i w złocie
Dlatego parametry techniczne maybacha schodzą na plan drugi. Choć warto wspomnieć, że przy masie 2,5 tony jest w stanie rozpędzić się do setki w 5,4 sekundy, a zahamować przy tej prędkości na drodze 36 metrów. Zużycie paliwa wynosi zaledwie 15,9 litra na setkę.
Zgodnie z zamierzeniami twórców, największe wrażenie robi wyposażenie auta. Potężna skorupa kryje w sobie przytulne wnętrze. Siedzenia pokryte są miękką skórą, podłoga wyściełana puszystym dywanem. Nasz przewodnik po świecie luksusu w białych rękawiczkach otwiera teraz wielką szafę, w której znajdują się próbki drewna, skór i kolorów lakierów. Orzech, wiśnia... Nappa, nubuk... Efekt naszych wyborów oglądamy potem na wielkim monitorze. Program do wizualizacji sterowany z laptopa daje bardzo wierny obraz tego, co zamówiliśmy.
Klient może sobie zażyczyć model z dachem, który może być matowy lub przezroczysty. Chińczycy, w przeciwieństwie do Amerykanów, życzą sobie zwykle oddzielenia części dla pasażerów od szofera. Arabowie żądają złocenia części chromowych, lubują się w też w kompasach, na przykład ze stałym wskazaniem kierunku na Mekkę.
Ci, którym i ten luksus nie wystarczy, mają jeszcze do wyboru kolekcję toreb w kolorze tapicerki, specjalny zegarek, złoto-diamentową sztukaterię do auta, a dla siebie kolekcję biżuterii: naszyjniki, sygnety czy spinki do mankietów, które produkuje się w manufakturze Wellendorff w Pforzheim.


Jak świąteczny keks
Na tym jednak nie kończy się prezentacja. Człowiek w białych rękawiczkach z dumą wymienia nam teraz elektroniczne gadżety, którymi auto nafaszerowane jest jak keks. Wszystkie wolne przestrzenie zajmują przyciski i wskaźniki.
System nawigacji satelitarnej prowadzi kierowcę do punktu docelowego jak dziecko za rączkę. Jest też system łączności z Personal Liaison Manager, człowiekiem, który gotów jest nam służyć radą 24 godziny na dobę. Może dla nas też przy okazji zamówić bilety na koncert Celine Dion czy na wyścigi w Monte Carlo.
Fotel w sześćdziesiątce dwójce przechyla się prawie do poziomu. Spod nóg wyjeżdża podnóżek. Strefa każdego pasażera ma własną regulację temperatury. Każdy fotel ma dodatkowo trójstopniowe ogrzewanie. Po wciśnięciu kolejnego guzika mój fotel zaczyna lekko wibrować, masując dolną część kręgosłupa. W środku jest tak cicho, że rozmowa z towarzyszami podróży z przednich siedzeń nie stanowi problemu. Podobno to zasługa podwójnych szyb z izolacją.
Jeśli chcielibyśmy popracować, bez problemu można włączyć tu laptop, podłączyć się do Internetu, sprawdzić kursy akcji na nowojorskiej czy tokijskiej giełdzie. Dla rozrywki są telewizory, radio, DVD. Dźwięk, który dochodzi z 21 głośników pokładowego audio, to Dolby Surround, czyli taki, jak w dobrym kinie. O pozłacanych zastawach na herbatę, barkach na alkohole itp. nie wspominając. Brakuje chyba już tylko prysznica.

Bez ograniczeń
Z wielu ekscentrycznych zamówień na razie firma nie spełniła tylko dwóch. W pierwszym wypadku klient prosił o złote felgi. Firma odmówiła, bo złoto jest zbyt miękkim metalem na felgi. Inny prosił o deskę rozdzielczą wysadzaną diamentami. Po obliczeniu kosztów sam jednak wycofał zamówienie. Do ceny diamentów trzeba było jeszcze doliczyć bardzo kosztowne testy bezpieczeństwa.
Poza tym naprawdę „bez ograniczeń”. Chętnych, żeby to sprawdzić, wcale nie jest niewielu. W samej Europie znalazło się 10 tysięcy bogaczy gotowych wyłożyć fortunę na auto. Rezolutny sprzedawca w białych rękawiczkach tylko w jednym przypadku stracił mowę. Kiedy spytaliśmy o cenę najdroższego sprzedanego maybacha, uśmiechnął się tajemniczo.

Magda Łuków/Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)