Wzięty i przeklęty

Matywiecki pokazuje nieznanego Juliana Tuwima.
Matywiecki chce zmienić utarte sądy o poezji Tuwima, na przykład takie, że to prościutkie i emocjonalne wiersze.

Najpierw był pomysł na powieść o wydarzeniach 1968 roku. Piotr Matywiecki chciał napisać o widmie Tuwima, które 15 lat po śmierci błąka się po Warszawie opuszczonej przez Żydów. Cień tego widma został i w tej książce – nieżyjący Tuwim nawiedza w snach Jana Lechonia. Ale nie jest to portret taki, jaki pisał choćby o Leśmianie Jarosław Marek Rymkiewicz. Matywiecki ma inny cel – chce zmienić utarte sądy o poezji Tuwima, na przykład takie, że to prościutkie i emocjonalne wiersze. Matywiecki twierdzi, że ta poezja sprytnie maskuje rozmaite przepastne głębiny, że to nie jest żadne „tralala” – jak szydził Gombrowicz. Wiersze Tuwima, owszem, towarzyszą nam, i to od wczesnego dzieciństwa („Lokomotywa”!), ale on sam, uważany przez swoje pokolenie za króla poetów, z czasem został zdetronizowany. Miłosz zarzucał mu, że za bardzo chciał być poetą śpiewno-rosyjskim, a Gombrowicz wyrokował po wojnie, że „ta słowiczość musiała się źle skończyć”.
Dzisiaj Tuwim nie jest już nawet widmem snującym się po mieście. Książka Matywieckiego staje się więc żarliwą próbą przywrócenia obecności poety. To się udaje, pojawia się przed nami twarz Tuwima, najbardziej rozpoznawalna spośród poetów Skamandra, widzimy nawet znamię na policzku. Ta twarz nie tyle wychodzi z cienia, co widać na niej wszystkie cienie.
Tuwim przed wojną i tuż po niej był wcieleniem Poety kochanego przez tłumy czytelników, który jednak swoje powodzenie uważał za przekleństwo. Okazuje się, że dźwigał niesłychane ciężary, cały czas będąc postrzeganym jako ulubieniec losu. Już od lat 30. bowiem nawiedzały go lęki i agorafobia, bywało, że nie wychodził z domu. Był poetą „wziętym”, salonowym, ale jednocześnie poetą „przeklętym”. Był nasz i obcy, bo żydowskiego pochodzenia. Przed wojną atakowali go nie tylko antysemici, ale też środowiska żydowskie. Wyjechał w czasie wojny, ocalał, ale cały czas czuł się winny, że nie podzielił losu większości Żydów. Wrócił, wierząc w nowy ustrój, i jego powrót stał się symboliczny – był znakiem dla ocalałych Żydów i pocieszeniem dla wszystkich: nasz poeta jest z nami. Władza odpowiednio dogadzała mu i pieściła go, a on przez pewien czas odgrywał rolę orędownika skrzywdzonych – wstawiał się nawet u Bieruta za AK-owcami. Wszak dla niego powołaniem poety było czynienie dobra. Jego mocny imperatyw etyczny wpisał się w oficjalną ideologię. Lechoń, który nie mógł mu darować zapatrzenia w Sowietów, nazwał go nawet „niewinnym przestępcą”. Powojenne wiersze zupełnie nie miały dawnej, wybuchowej energii. Tuwim coraz bardziej duszący się w sztucznej swobodzie nie bardzo mógł pisać. Kiedy umarł w Zakopanem w 1953 roku, w kieszeni miał kartkę: „Dla oszczędności zgaście światło wiekuiste, gdyby miało mi kiedyś zaświecić”.
Tuwim często wyszydzał kukły, wydrążonych ludzi – strasznych mieszczan czy oficjeli jak w „Balu w Operze”. I wśród tych kukieł w swoich wierszach umieszcza też siebie, wyczerpanego, zmęczonego poetę, w którym nie ma już życia. Matywiecki świetnie wydobywa ten ból. To jest strona, od której Tuwima się nie ogląda. Są jednak w tej książce momenty, kiedy otacza nas mgła i tracimy widoczność. I silniej przemawiają do nas cytowane wiersze niż objaśnienia. Bo też nie trzeba im żadnego komentarza. Proszę przypomnieć sobie takie „Rwanie bzu”: „Narwali bzu, naszarpali,/ Nadarli go, natargali,/ Nanieśli świeżego, mokrego,/ Białego i tego bzowego (…)”. Słyszycie, jak to brzmi?

Justyna Sobolewska/Przekrój

Piotr Matywiecki „Twarz Tuwima”,
W.A.B., Warszawa 2007, s. 658, 49,90 ZŁ
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)