Wytrawny Lolo

Wytrawny Lolo

Bon vivant, ojciec polskiego jazzu, kontestator i kobieciarz – wszystkie wcielenia Leopolda Tyrmanda w świetnej książce Urbanka.
/ 20.07.2007 09:14
Wytrawny Lolo
Lolo, Lolek, ewentualnie Tyrmand, a nie Poldek czy Lopek. Tak nazywają go rozmówcy Mariusza Urbanka, w większości znani z kart Tyrmandowego "Dziennika 1954". W drugim wydaniu swojej książki Urbanek dotarł do osób, które wcześniej (w 1992 roku) nie chciały rozmawiać. Choćby do Barbary Hoff, drugiej żony Tyrmanda, z którą tworzyli legendarną warszawską parę, czyli "firmę Hoff-Tyrmand".


Urbanek, doświadczony biograf, autor między innymi "Kisielewskich", nie buduje własnej wizji Tyrmanda, tylko zderza ze sobą głosy ludzi, którzy go znali, i pokazuje, jak był postrzegany – i nie jest to obraz kogoś powszechnie lubianego, oj nie. Tyrmand drażnił. Współmieszkańców z Domu Młodzieży Chrześcijańskiej YMCA swoją innością ("ten żydziak"). Borejszę drażnił, bo przeszedł na katolicyzm. Inni mieli mu za złe dorabiane pochodzenie – rzekomego szlachcica kurlandzkiego. Jeszcze inni zazdrościli mu dziewczyn, z którymi się prowadzał. Taki fryzjerczyk – mawiali. I te skarpetki! Ale Bohdan Tomaszewski, niekwestionowany elegant, bardzo cenił jego styl.
Lolek przesadnie dbał o higienę: "O takich ludziach mówi się, że noszą ze sobą bidet" – wspomina Ludwik Jerzy Kern. Koloryzował: "Jestem bokseł, pijak i dziwkarz", podczas gdy na boksera był za niski, prawie nie pił, a w związki z kobietami zawsze mocno się angażował. Chciał być wysokim blondynem, najlepiej amerykańskim koszykarzem albo chociaż szlachetnym bohaterem westernu. A skoro było to niemożliwe, podbarwiał własny wizerunek w dzienniku.

Ale najgorsze, że mówił wprost nieprzyjemne rzeczy. Wyleciał z "Przekroju", bo napisał prawdę o meczu bokserskim Polska–ZSRR, na którym publiczność wygwizdała sędziego. Jego książki blokowała nie tylko cenzura, także obsmarowani przez niego koledzy z wydawnictw. Nieraz przymierał głodem – dokarmianie Tyrmanda stało się sportem ludzi z "Tygodnika Powszechnego". Kisielowi, najbliższemu przyjacielowi, odradzał pisanie powieści. Kłócili się bez przerwy: Tyrmand obraził się nawet na dłużej, kiedy Kisiel wydrapał mu cegłówką "dupa" na masce nowego opla. Łączyła ich za to jawna niechęć do systemu i odwaga. Pamiętano, jak Tyrmand kiedyś samotnie na stadionie oklaskiwał Stanisława Mikołajczyka.

Tylko w jednym środowisku Tyrmanda noszono na rękach: wśród jazzmanów. Uwielbiali jego książkę "U brzegów jazzu". To on wymyślił nazwę "Jazz Jamboree". Za plecami mówili o nim "Dry Lolo" – wytrawny Lolo. Przy czym on sam nie umiał grać. Walczył o jazz, póki był zakazany, potem życzliwie patrzył na rock and rolla, podobnie nasyconego buntem. Wielu dziwiło się, że ten "undergroundowiec" w Ameryce stał się walczącym konserwatystą, tymczasem dla Jana Józefa Szczepańskiego był po prostu konsekwentny: "Z wielkim wdziękiem łączył obyczajową awangardę z politycznym konserwatyzmem". Z perspektywy polskich znajomych nie podbił jej, choć uporczywie twierdził, że wreszcie jest u siebie, że nie musi już niczego udawać, bo "takich szmondaków jak on jest tu kilkaset tysięcy". Jak było naprawdę? Urbankowi nie pozostaje chyba nic innego, jak tylko wybrać się do Stanów i rozszerzyć ten portret – i tak wielostronny – jeszcze o amerykańskie głosy.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

Mariusz Urbanek, "Zły Tyrmand", Iskry, Warszawa 2007, s. 284, 37 zł
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)