Wynurzenia egzystencjalne

„Świat się zmienia, ludzie się zmieniają. Coś się kończy, coś się zaczyna. Wąż pożera swój własny ogon w nieskończoność. Wszystko płynie, panta rhei – jak już wiedzieli starożytni. Skoro wiadomo to od tak dawna, czemu niektórzy nie potrafią sobie zdać sprawy z takich oczywistości? No dobra... a o co konkretnie chodzi?
/ 16.07.2008 08:46
„Świat się zmienia, ludzie się zmieniają. Coś się kończy, coś się zaczyna. Wąż pożera swój własny ogon w nieskończoność. Wszystko płynie, panta rhei – jak już wiedzieli starożytni. Skoro wiadomo to od tak dawna, czemu niektórzy nie potrafią sobie zdać sprawy z takich oczywistości? No dobra... a o co konkretnie chodzi?

Zmieniłem się... Zewnętrznie również, bo to i siwe włosy pojawiają się tu i ówdzie, trochę więcej zmarszczek wokół oczu, pogłębiona bruzda na czole. Ale nie taką zmianę mam na myśli. Raczej tę wewnętrzną. Sposób myślenia, otaczającą mnie rzeczywistość. To się w pewien sposób zmieniło. Nie smęcę, nie kwękam, nie narzekam jak mi źle, niedobrze, jaki ja biedny jestem... Staram się patrzeć na świat inaczej, korzystać z tego, co się wokół mnie dzieje, jeśli to możliwe, wyciągać z tego korzyści dla siebie. Nie chcę wpadać w wir samoużalania się nad sobą i negowanie Wynurzenia egzystencjalnewszystkiego, co można byłoby zrobić...


Nie tak dawno w ten sposób zaczynałem pewien list. Obiecałem sobie wówczas, że w wolnej chwili przysiądę nieco i rozwinę te myśli w artykuł...

Zmieniłem się. To prawda. Wszak wszystko się zmienia. Dużo czasu zajęła mi ta zmiana. Bardzo dużo. Kilkanaście lat. To długo, prawda? Kto mnie znał wcześniej ten wie – wieczny maruda. Kręcący nosem na cały świat, narzekający, że nic mu nie wychodzi. Że za cokolwiek bym się nie wziął – diabli to biorą. Nie wychodzi i już. I tak było... Raz za razem... Do momentu, w którym zrozumiałem, że osobą odpowiedzialną za taki stan rzeczy jestem ja i tylko ja. Sam jestem sobie winien, nie mogę na nikogo innego tej winy zwalić.

Mówi się, że nasze myśli kształtują naszą rzeczywistość. To szczera prawda! Owszem, nie wierzymy w to początkowo, po prawdzie to tego nawet nie widać na pierwszy rzut oka. Na dodatek człowiek ma tendencję do nieakceptowania tej prawdy. „Jak to? Chcesz mi powiedzieć, że jest mi tak źle, bo sam tego chcę?”. Nie... Nie dlatego, że chcesz... Dlatego, że tak myślisz. Że w głębi duszy nie wierzysz, że może być lepiej, a koncentrujesz się właśnie na rozmyślaniu, jak ci jest źle. A to błąd... To duży błąd. Czyż da się polecieć w przestworza przez cały czas wierząc, że gdy tylko oderwie się nogi od ziemi spadnie się z wielkim hukiem? Nie da się. Podświadomy lęk przed upadkiem nie pozwoli nam na to nigdy. Podświadomość jest silniejsza od świadomości. Czy chcemy się do tego przyznać, czy nie...

Marudziłem... Narzekałem... W gronie znajomych osób siedzieliśmy, kiwając głowami, we wspólnym jęku, jak to nam jest źle. I było wzajemne poklepywanie się po plecach we wspólnej niedoli. Tylko czy przyjaciele, którzy siedząc i poklepując po ramieniu mówią „fakt, rzeczywiście nic ci nie wychodzi, rzeczywiście masz spaprane życie, nie warto niczego próbować” są naprawdę przyjaciółmi? Ale siedziałem... Bo gdzieś w podświadomości, tej wstrętnej, wrednej, która rządzi się swoimi prawami, czułem, że przynajmniej jest ktoś, kto mi współczuje i przejmuje się tym, że jest mi źle...

A potem do mnie dotarło! Jesteś tym, kim myślisz, że jesteś. Uważasz się za nieudacznika – jesteś nim! Czy cokolwiek w życiu może się zmienić, jeśli cały czas będzie się robić to samo? Albo nie robić nic? Czy świat ma się nami zainteresować, jeśli my nie interesujemy się nim? Jeśli my nie zaczniemy działać, robić czegoś – czy cokolwiek ma prawo się wydarzyć? Jak może coś się zmienić, jeśli nic nie robimy w tym kierunku? Jak może udać się jakakolwiek próba, jeżeli z góry zakładamy, że „i tak nie wyjdzie”??? Podświadomość, podkreślę to jeszcze raz, której programowalne niczym w komputerze działanie udowodnili naukowcy, sprawi, że faktycznie „nie wyjdzie”, jeżeli tak będziemy myśleć.
Zrozumiałem to. Późno, ale zrozumiałem... I puknąłem się w ten wielki, pusty łeb. Zacząłem działać. Przestałem marudzić, przestałem narzekać – choć z tego powodu drastycznie zmniejszyło się grono moich znajomych. Okazało się, że oni nie chcieli już mnie słuchać. Nie chcieli wiedzieć, że coś mi się udaje, że coś się dzieje w moim życiu. Zbywali to krótkimi przytaknięciami i usuwali się w kąt, bo nie mogli już wspólnie ze mną ponarzekać. Zacząłem dostrzegać, że tak naprawdę to nie były problemy i kłopoty wielkiego kalibru. Że większość z nich leżała wyłącznie w moim sposobie myślenia. I działania. I o tych, tak naprawdę niewielkich problemach, istniejących w ich głowach, lecz przez nich samych uważanych za niewyobrażalnie wielkie i najważniejsze na świecie, nie chciałem rozmawiać. Bo widziałem ich bezsensowność i pretensjonalność. I żałosne wręcz próby udowodnienia, że powinienem przestać się cieszyć swoimi sukcesami, a raczej skupić się na współczuciu dla tych tkwiących w podświadomości problemików. A ja już tak nie umiałem... I nie chciałem...

Gdy zacząłem wierzyć w siebie, pojawili się ludzie wierzący we mnie. Jak przyciągnięci magnesem. Ci, którzy z okrzykiem radości mówili mi „to jest wspaniałe!”. W momencie, gdy starzy znajomi mówili: „no, może być, ale czy jesteś pewien, że to wypali?”. Pozytywne myślenie i wiara że to, co robię, na pewno się uda, na pewno będzie dobre – zaczęły przyciągać kolejne pozytywne wydarzenia jedne po drugich. Układające się w łańcuch dobrych zdarzeń, wieści. Tworzące grupę ciepłych, optymistycznych ludzi, którzy zamiast nurzać się w bagnie samoużalania, patrzą śmiało przed siebie i z podniesioną głową idą przez życie. Nie patrzą, ile przeszkód napotkają po drodze... Nie rezygnują z podróży, nim postawią pierwszy krok. Idą... A jeśli coś po drodze stanie im naprzeciw – wymyślają, jak to ominąć. Pomagając sobie wzajemnie, wspierając.

Cieszę się, że się zmieniłem... Bardzo się cieszę... Jedyne czego żałuję, to faktu, że stało się to tak późno. Dużo mnie to kosztowało. I nadal kosztuje.. Ale jest to niewielka cena w zamian za wydarzenia, jakie się dzieją i dziać się będą oraz ludzi, którzy są i którzy się pojawiają. Tyle że do tego trzeba było dojrzeć... I przede wszystkim – trzeba było tego CHCIEĆ!

Rafał Wieliczko