Tragedia hydrauliczna

Nowa książka Franka Westermana to fascynująca opowieść o sowieckich pisarzach, kanałach i meandrach ideologii.
Tragedia hydrauliczna

Gdyby holenderski dziennikarz Frank Westerman, korespondent w postsowieckiej Rosji, nie był z wykształcenia hydrologiem, ta książka pewnie by nie powstała. Traktuje bowiem ze znawstwem o niezwykłym mariażu literatury i monumentalnego budownictwa wodnego, który miał, by tak rzec, kompleksowo przeobrazić geografię i gospodarkę Kraju Rad, a zarazem dusze jego mieszkańców. Holender podróżuje po Rosji i byłych sowieckich republikach śladami największych hydrologicznych inwestycji, z osławionym Kanałem Biełomorskim na czele, badając jednocześnie sekundującą im produkcję literacką.

Splot biografii twórców takich jak Maksym Gorki, Andriej Płatonow, Borys Pilniak czy Konstanty Paustowski z doktryną socrealizmu i imperialnymi pomysłami odwracania biegu wielkich rzek czy tworzenia sztucznych dróg wodnych układa się w fascynującą opowieść, miejscami śmieszną, głównie straszną. Autorowi brakuje może trochę reporterskiego geniuszu, takiego powiedzmy Bruce’a Chatwina, ale z pewnością nie zbywa mu na rzetelności i poznawczej pasji. Potrafi zresztą czasem odnaleźć i tak opisać wspaniały detal, że ręce składają się do oklasków (proszę na przykład zwrócić uwagę na historyjkę o gęsiach, które nagle przestały pojawiać się na holenderskim wybrzeżu).

Trzeba też docenić uroczą meandryczność narracji. Holender często przeskakuje z tematu na temat, wprowadza nowy wątek, by wrócić doń kilkadziesiąt stron dalej, popada w piętrowe dygresje, niekiedy niekonieczne, słowem – przemierza czas i przestrzeń niczym nieuregulowany ciek wodny, tracąc może na precyzji wywodu, oferując jednak w zamian sympatyczne rozwichrzenie.

Czasem, bo i to trzeba przyznać, Westerman popada w niejaką naiwność, ale na tle wielu innych opowiadających o Rosji przedstawicieli Zachodu, którzy nie doświadczyli dłuższego życia w najlepszym z ustrojów, i tak wykazuje się przenikliwością i krytycyzmem. Książka robi więc spore wrażenie i – co może ważniejsze – sprawia, że chce się natychmiast wrócić (jeśli się już w tych okolicach bywało, co szczerze rekomenduję) do Płatonowa, Pilniaka, a nawet Gorkiego, Paustowskiego i żywiołków drobniejszego sowieckiego płazu. Jeśli o Płatonowa chodzi, warto na początek zajrzeć do "Literatury na Świecie" nr 7/96 z pasjonującą dyskusją o tym, czy da się tego nieporównanego pisarza w ogóle przekładać. Zresztą i Gorki doczekał się monograficznego numeru "LnŚ" (10/98), w którym między innymi sporo kompetentnych dociekań na temat zagadki śmierci pisarza). I myślę sobie, że jeśli po lekturze jednej niezbyt grubej książki chce się od razu sięgnąć po dziesięć innych, to jest to solidna rekomendacja dla holenderskiego autora i opisu jego wyprawy.

Marcin Sendecki/ Przekrój

Frank Westerman, "Inżynierowie dusz", przeł. Sławomir Paszkiet, Iskry, Warszawa 2007, s. 242, 34,90 zł

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)