"Sosnowe dziedzictwo" - We-Dwoje.pl recenzuje

Nie jest to opowieść o księżniczkach, czarodziejach czy krasnoludkach. Mimo tego, na stronach „Sosnowego dziedzictwa” znajdujemy sporo magii. Maria Ulatowska opisała pełną uroku i optymizmu historię młodej kobiety, do której uśmiechnął się los.
/ 08.10.2007 15:33

Nie jest to opowieść o księżniczkach, czarodziejach czy krasnoludkach. Mimo tego, na stronach „Sosnowego dziedzictwa” znajdujemy sporo magii. Maria Ulatowska opisała pełną uroku i optymizmu historię młodej kobiety, do której uśmiechnął się los.

Anna Towiańska z dnia na dzień zostaje „panią na włościach”. Otrzymuje w spadku otoczony sosnowym lasem przedwojenny dworek z jeziorem. Zarówno mała kujawska miejscowość -Towiany jak i jej mieszkańcy od razu przypadają bohaterce do gustu. Co więcej – z wzajemnością. Anna to kobieta, której czarowi ulega każdy, kto ją tylko spotka. Nie można bohaterce odmówić sympatii, choć jej urok nie jest do końca dla mnie zrozumiały. Skoro jednak stworzona historia jest iście baśniowa to i sportretowane postacie muszą być nieco nierzeczywiste.

Maria Ulatowska ze sporą dawką humoru opisuje kolejnych bohaterów. Mimo przywar, którymi są obdarzeni, bywają ujmujący. Poznajemy panią Irenkę, mającą problemy z odmianą rzeczowników, pana Dyzia – samozwańczego parkingowego, weterynarza Grzegorza, Jacka samotnie wychowującego sześcioletniego syna, mecenasa Witkowskiego – niestrudzonego wielbiciela kobiet... Ze wszystkimi Anna czuje się coraz silniej związana. Kiedy decyduje się na odnowienie posiadłości zarówno nowi, jak i starzy przyjaciele ofiarują jej swoją pomoc. Choć dwór wymaga kapitalnego remontu bohaterka nawet przez chwilę nie ma wątpliwości – chce przywrócić mu dawną świetność.

Skomplikowane dzieje dworku oraz historię rodziny Anny poznajemy w kolejnych rozdziałach. Sekrety sprzed kilkudziesięciu lat zostają powoli ujawniane, a przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Okazuje się, że wydarzenia, które mały miejsce ponad pół wieku wcześniej, mogą wciąż wpływać na rzeczywistość.

Ta ciepła i sielankowa powieść niezwykle wciąga. Nie ma w niej niepotrzebnego sensacjonizmu, choć chwilami wzrasta napięcie (szczególnie podczas retrospekcji z czasów II wojny światowej). Szczęśliwy bieg wypadków wydaje się wręcz niemożliwy, ale od czego jest literatura? Książka pozwala się rozmarzyć. Kto nie chciałby otrzymać cennego spadku? Kto nie marzy o domu (a co dopiero dworku!) w malowniczej miejscowości? Dobrze jest choć przez chwilę znaleźć się w Towianach.

ZAPRASZAMY DO PRZECZYTANIA WYWIADU Z AUTORKĄ "SOSNOWEGO DZIEDZICTWA"

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/28.02.2011 12:07
Bardzo, bardzo się starałam ją przeczytać. Byłam pełna dobrej woli, ale... poległam. Nie mogłam znieść tej nieznośnej, infantylnej maniery pisania. Kiedy kolejny raz pojawiło sie określenie "nieziemska istota" zwiastujące nie, jak w pierwszej chwili mogłoby się wydawać , przybyszów z obcej planety, ale dziewoję cud urody - nie wytrzymałam. Książka nieodparcie przywodzi na myśl wszystkie najgorsze harlequiny... Wszystko tam jest przesłodzone i przesycone tanim sentymentalizmem. Nie trafia do mnie argument, że to taka urocza bajka, bo nawet ( a może zwłaszcza) bajka powinna być mądra.