POLECAMY

Sok pomarańczowy i.... - felieton Marianny Dembińskiej

Zgubiłam po drodze moją siostrę. No, więc pamiętam, miałam troszkę więcej niż 10 lat, pewnej niedzieli mama zawołała mnie do sypialni rodziców. Siadłam, więc na wielkim babcinym łożu, mama otworzyła skrzeczącą szafkę nocną i wyciągnęła z niej malutkie ubranka. Zrozumiałam od razu, że...
Felieton z cyklu Nie wszystko złoto co... czyli z życia wzięte cz.I...

felietonZgubiłam po drodze moją siostrę. No, więc pamiętam, miałam troszkę więcej niż 10 lat, pewnej niedzieli mama zawołała mnie do sypialni rodziców. Siadłam, więc na wielkim babcinym łożu, mama otworzyła skrzeczącą szafkę nocną i wyciągnęła z niej malutkie ubranka. Zrozumiałam od razu, że nie są dla lalek - bo z nich - czyli lalek - w między czasie właściwie wyrosłam i w czasie wolnym uczyłam się haftować i robić niesymetryczne serwetki. Kilka tygodni wcześniej wprowadziła się do nas moja kuzynka z Grudziądza, która lat mogła mieć wtedy dwadzieścia, nie była mężatką, ale była dorosła i taka fajna, bo miała zawsze dla mnie czas i traktowała mnie jak poważną osobę.

No, więc jak zobaczyłam te ubranka i mama spytała mnie czy wiem, dla kogo mogą być wykrzyknęłam: „ No jasne, że wiem! Dla Joli! Mamę trochę wmurowało, bo pomyślała, że ja może coś słyszałam albo wiem coś, czego ona nie wie. Oczywiście gdyby Jola zaszła w ciążę, podczas gdy mieszkała u nas byłoby to nie lada skandalem. Nie wiem jak odkryli, że z Jolą wszystko było jak najbardziej w porządku, a mnie mama powiedziała, że za kilka miesięcy mieć będę siostrę lub brata. Jak już Mała Gosia się urodziła, tego wieczora przyszło do nas nie wiem ile osób z zapytaniem, czy „JUŻ” no i czy wiem czy to chłopczyk czy dziewczynka? Rezolutnie odpowiedziałam, że tata twierdzi, że mam siostrę, ale jemu nie można wierzyć, bo on zawsze żartuje. No, więc chyba niedaleko padło jabłko od jabłoni.

Sok pomarańczowy z Małą Gosią nie ma nic wspólnego, więc już tłumaczę, o co mi z tym sokiem chodzi. No, więc, jak już te wszystkie filmy zachodnie i amerykańskie zagościły na naszych ekranach, i jak zaczęliśmy tu i ówdzie wyjeżdżać, moim sposobem określania tego czy ktoś był bogaty czy nie, było to czy.....miał do śniadania - każdego dnia, nie od czasu do czasu, sok pomarańczowy.

Nie ważne czy świeżo wyciśnięty czy z kartonu. Miał być sok. Zastanawiałam się, kiedy stanie się normalnością w Polsce. Dzisiaj jest, więc wszyscy jesteśmy bogaci i niech żyje sok pomarańczowy.
W czasach, kiedy nie było soków pomarańczowych, każda rodzina spędzała lato na robieniu przetworów (moja mama udawała, że robi żeby poczuć się jak normalna gospodyni, ale tak naprawdę to zawsze znajdywała sobie kogoś, kto większość tej żmudnej roboty na nasze zimowe wieczory robił. Raz pamiętam, robiła marmoladę i zasnęła, jeden słoik wysadziło i zawartość wylądowała na świeżo malowanym suficie, chyba wtedy tata jej zakazał robienia czegokolwiek w słoikach za wyjątkiem ogórków kiszonych).

No, więc te kompoty, dżemy, konfitury i soki (np. mniam malinowy) były dobre, ale.... ja czekałam na sok pomarańczowy w kartoniku. Dzisiaj, wszyscy kupują gotowe soki, mało kto robi przetwory, a ja.... o niczym innym nie marzę, jak o tym by pewnego roku nakupić czereśni, śliwek, malin i gruszek (jabłek nie, bo nie lubię kompotu z jabłek), i narobić tyle kompotów, żeby zostały do następnego lata, i myślę sobie, że jeżeli podałabym je do stołu rodzinie czy znajomym ich miny byłyby równie zachwycone jak moja x lat temu na widok soku pomarańczowego z kartonika.

Co do przetworów innego typu, pamiętam w jakiejś gazecie rysunek: chodnik, biegnący po nim mężczyzna, kamienica, widać okno piwnicy a w niej rurki rureczki i napis: „wszyscy gdzieś pędzą”. To akurat zrozumiałam od razu, bo gdy byłam w 3 klasie SP rodzice poszli na bal Sylwestrowy a do mnie, na noc przyszła koleżanka z klasy - Paulina. Sąsiadka miała od czasu do czasu do nas zaglądać. Tego roku, tata mój po raz pierwszy i ostatni zrobił w baniaku coś, co nazywał winem a było to coś zrobione z owoców dzikiej róży. Widziałam nie raz jak ściągał to „wino” takim gumowym wężykiem, więc ja i Paulina pomyślałyśmy sobie, że nalejemy sobie po lampce na północny toast. Przedsięwzięciem całym zajęłyśmy się koło 21 i raz ja, raz ona ciągnęłyśmy przez ten wężyk i dopóki ciągnęłyśmy - „wino” leciało, jak przystawiałyśmy kieliszek nie.... tak chyba przez godzinę. Nie pomyślałyśmy, że baniak powinien stać gdzieś wyżej a nie na podłodze.... no, więc nie doczekałyśmy północy ani prawdziwego toastu. Upiłyśmy się wtedy po raz pierwszy w życiu i na kolejny raz czekałam wiele sylwestrów. Dzisiaj patrzę na to jak na swego rodzaju przepowiednie, zawodowo, bowiem zajmuję się winami, takimi z winogron a nie z dzikiej róży.
Sąsiadka nie powiedziała nic moim rodzicom, bo pewnie głupio jej było, że nie dopilnowała dwóch dziewięciolatek i oficjalnie jej za to dziękuję.

dembinska_01Marianna Dembinska
ekspert win włoskich , autorka ksiazki pt " Tobie to dobrze" oraz wystawianej w Opolu komedii pt "Casting".



SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)