Słowo nie tylko na niedzielę

Apeluję o poparcie mojej prywatnej akcji w obronie zapomnianego słowa "dziękuję". Nie dajmy mu zginąć!
Pan elektryk naprawił mi zepsutą lampę. Zapłaciłam za usługę i podziękowałam. Na dźwięk słowa: "Dziękuję", stanął jak wryty.

Był w takim szoku, że kręcił się w miejscu przez kilka sekund, po czym szarmancko ucałował mnie w rękę. Gdy znowu zdarzyło mi się nieszczęście elektryczne, przyjechał w ciągu godziny. Podziękowałam, że stawił się tak szybko, a on wyjaśnił, że zawsze szybko do mnie przyjedzie, bo potrafię uszanować jego pracę. Tak oto dzięki jednemu słowu moja awaria została usunięta, a rachunek okazał się całkiem znośny.
Moja znajoma była w podłym nastroju, więc wyciągnęłam ją na zabawę. Nie miała się w co ubrać - pożyczyłam sukienkę i buty. Twierdziła, że wygląda fatalnie - zaciągnęłam do fryzjera. Przetańczyła całą noc, śmiejąc się perliście i... nie zadzwoniła. Po miesiącu oddała pożyczone rzeczy. But miał złamany obcas. Byłam wściekła i w ramach działalności wychowawczej powiedziałam, co myślę o takim zachowaniu. "Gdzie dziękuję?" - zapytałam retorycznie. Wzruszyła ramionami. Po miesiącu zadzwoniła, bo znowu miała dołek. "Gnij w smutku!" - pomyślałam, ale zaraz poczułam się winna. A jednak po skończonej rozmowie nie miałam ochoty jej pomagać w jakikolwiek sposób.
W mojej głowie jest taki oto sztywny schemat: gdy ktoś wyświadczy mi przysługę, pomoże albo wykona dobrze swoją pracę, trzeba mu podziękować. Dlatego trudno mi zrozumieć, kiedy ktoś w podobnych sytuacjach zapomina o tak naturalnej reakcji. Z drugiej strony, rozumiem pana elektryka, na którego jak rażenie prądem podziałało: "Dziękuję". Zauważyłam, że to słowo jest, niestety, ostatnio dość rzadko używane.
Siedzę w eleganckiej restauracji. Wokół pełno bardzo eleganckich gości. Kelner stawia przede mną talerz, a ja oczywiście dziękuję. Zaczynam rozglądać się, przeprowadzając badanie zachowań metodą "oczy-uszy". Na inne stoły także podawane są dania i co? Nic. Nawet uśmiechu, skinięcia głową. Zwracam na to uwagę towarzyszącym mi osobom. Patrzą na mnie zdziwieni. "A za co tu dziękować?" - pytają, tłumacząc mi, że do obowiązków kelnera należy podawanie do stołu.
Uważam, że nawet w sytuacji gdy ktoś wykonuje swoje obowiązki, to jeśli robi to solidnie, uczciwie, życzliwie, z zaangażowaniem, należą mu się podziękowania.
Dlatego też chciałam się wybrać do szkoły mojej córki, aby podziękować nauczycielowi historii.
Nie tylko wspaniale uczy, ale sprawił także, że moje dziecko zainteresowało się tym przedmiotem. Czyż to nie są wystarczające powody, aby podziękować? Córka patrzy na mnie spod oka: "Nie rób mi obciachu! Wszyscy będą sądzili, że poszłaś się podlizywać".
Wynegocjowałam tylko tyle, że pójdę do pana od historii na zakończenie roku szkolnego. Czyżbym była staromodna, niedzisiejsza? A może sama jestem łasa na podziękowania? Na pewno.
Lubię słyszeć to słowo. Mam wtedy wrażenie, że zrobiłam coś dobrego, potrzebnego. Nie widziałam też nigdy, aby ktoś poczuł się urażony, dotknięty podziękowaniami. Dlatego wbrew wzruszaniu ramion, zaskoczeniu, wypełnianiu jedynie obowiązków będę dziękować. Gorąco apeluję o poparcie tej akcji. Będzie nam z całą pewnością lepiej, przyjemniej i życzliwiej. Z góry dziękuję wszystkim, którzy wraz ze mną spróbują przywrócić do codziennego użytku to magiczne słowo.

Katarzyna Korpolewska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)