Słowa, słowa, słowa...

Kiedyś mówiłam i mówiłam. Wystrzeliwałam z siebie kolejne dźwięki z szybkością karabinu maszynowego, nie pozwalając innym nadążyć za potokiem mało spójnych ze sobą słów. W większości zbędnych. Dzień bez kilku przydługawych monologów to był dzień stracony. Jak to? Miałam nie nakarmić świata swoimi cennymi myślami? Pozwolić, by jakaś refleksja poszła w zapomnienie? Zapomnieć, co sama chciałam innym przekazać? O nie!
/ 22.02.2008 09:54
Kiedyś mówiłam i mówiłam. Wystrzeliwałam z siebie kolejne dźwięki z szybkością karabinu maszynowego, nie pozwalając innym nadążyć za potokiem mało spójnych ze sobą słów. W większości zbędnych. Dzień bez kilku przydługawych monologów to był dzień stracony. Jak to? Miałam nie nakarmić świata swoimi cennymi myślami? Pozwolić, by jakaś refleksja poszła w zapomnienie? Zapomnieć, co sama chciałam innym przekazać? O nie!

Moja altruistyczna dusza musiała podzielić się wszystkimi myślami. Z każdym. Czy ktoś miał ochotę słuchać mojego paplania, czy też wolał chwilę wsłuchać się w siebie, postawiony był „pod pręgierzem”: moje słowa, niczym ostre cięgi, uderzały z każdej strony. Szkoda, że wówczas nikt nie stworzył ‘słowomierza’, bo miałabym jakieś wyobrażenie, ileż to razy wdychałam i wydychałam łapczywie powietrze, by pozwolić kolejnemu natłokowi myśli ujrzeć światło dzienne.

Słowa, słowa, słowa...W tamtych minionych czasach nie były też popularne, dziś już wszechobecne, dyktafony, więc „taśmy prawdy” nie zapisały moich tak cennych przemyśleń. Trudno. Zresztą, czy w dzisiejszych realiach ktoś doceniłby moje rozgadanie? Po latach wprawy w mówieniu dochodzę do wniosku, że nabyłam mało użytecznej umiejętności życiowej. Nie mam do kogo gadać, i co gorsza… nikt nie chce gadać ze mną!

Obecnie już się nie rozmawia. Teraz co najwyżej komunikujemy się z sobą. On-line oczywiście - kto off-line, szybko wypada z gry. Nie ma czasu na sentymenty, dawne przyjaźnie, „odgrzewanie starych kotletów”. Zamiast do klubu dyskusyjnego zapisujemy się na różnorakie fora, gdzie do woli możemy omawiać najnowsze trendy zdobienia paznokci, ulepszać prawie że idealną gwiazdeczkę filmową czy też chwalić się naszymi wątpliwymi (mocno ubarwionymi, skoro nikt nie widzi!) osiągnięciami życiowymi. Rozmowy o Bergmanie, Munchu czy fotografiach Pawła Żaka wydają się być snobistyczną pogawędką zadufanych w sobie osób. Mało trendy! Zresztą, nie da się zbyć ambitnej dyskusji pojedynczym emotikonem, więc lepiej unikać publicznego zabierania głosu na obce nam tematy.

Przyznawać się do własnej niewiedzy to dziś grzech. Żyjemy przecież w czasach, gdy każdą informację można raz dwa „wyguglać” - wychylając nos poza wirtualną rzeczywistość, ryzykujemy, że ktoś nam go zaraz utrze. Cóż, w świecie rzeczywistym już nie możemy schronić się bezpiecznie za wymyślonym nickiem, za którym kryje się podkolorowana przez nas, daleka od prawdy, codzienność. Musimy grać w otwarte karty, a czyż nie mając asa w rękawie, warto zasiadać do karcianego stołu, gdzie stawką jest… nasze wysokie wyobrażenie o nas samych?

Zresztą, czyż musimy się zmuszać do grzecznościowych rozmów o pogodzie z mało lubianym sąsiadem? Udawać, że cieszą nas sukcesy koleżanki z piaskownicy?
Po co psuć sobie humor?! Wiadome, że każdemu lepiej się powodzi niż nam!
W internetowym świecie zawsze to my jesteśmy lepsi. W gadaniu. Co ciekawe, przy użyciu minimalnej ilości słów 

Anna Curyło
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)