Przygotowania do Świąt

I się zaczęło... Rok w rok to samo. Ledwo parę dni do świąt zostanie, ludziom szajba odbija. Totalna. A już całkiem małpiego rozumu dostają kobiety. Nic do kobiet nie mam, wręcz przeciwnie, rzekłbym, że je uwielbiam, ale jak na mój gust, to w tym czasie lepiej być gdzieś na innej planecie, byle nie obok nich. Spokój całego roku diabli biorą, gdy tylko do Wigilii zostaną trzy lub cztery dni. I wtedy się zaczyna jazda!
/ 18.12.2008 09:00

I się zaczęło... Rok w rok to samo. Ledwo parę dni do świąt zostanie, ludziom szajba odbija. Totalna. A już całkiem małpiego rozumu dostają kobiety. Nic do kobiet nie mam, wręcz przeciwnie, rzekłbym, że je uwielbiam, ale jak na mój gust, to w tym czasie lepiej być gdzieś na innej planecie, byle nie obok nich. Spokój całego roku diabli biorą, gdy tylko do Wigilii zostaną trzy lub cztery dni. I wtedy się zaczyna jazda!

Jedne zakupy, drugie, trzecie... Szykujemy święta! Trzeba kupić to, tamto, owamto. A ty, człowieku, noś te siaty, pchaj ten wózek. Pół biedy, gdy posiada się własny samochód. Co jednak, gdy trzeba drałować przez pół miasta z urywającymi ręce siatkami? O tym to Przedświąteczny czasnikt nie pomyśli. Bo facet to od noszenia jest! Tragarz, cholerka. Ja rozumiem, pomóc, przynieść, ulżyć, wszak kobieta to delikatne stworzenie, dużo nie uniesie. Ale nie po kilka razy dziennie. Bo jej się przypomina, że nie ma jeszcze tego i tamtego. I znów trzeba iść.

Dzień przed Wigilią to już w ogóle można zapomnieć o towarzystwie kobiety na zakupach, o jakiejkolwiek pomocy w tej czynności. Lista w rękę i wio! Sam sobie radź. Ona zostaje w domu, bo szykuje! Trzeba upiec ciasta, przygotować dania, w międzyczasie firanki uprać i poodkurzać. W sumie – samemu to chyba nawet szybciej pójść po te zakupy. Według listy, produkty do koszyka i z głowy. Tyle że swoje w kolejkach gigantycznych trzeba odstać. A z kobietą to zawsze jest tak, że zajrzy na jedno stoisko, zerknie do drugiego działu, pobiegnie na trzeci – i z zakupów, które mogłyby trwać trzydzieści minut, robią się dwie godziny! Zgroza! I narzekanie potem, że ona się nie wyrabia, że nie ma czasu i że może by tak jej pomóc, a nie tylko się obijać!

Pomóc! Rany! A co niby się robi? Pomijając już zakupy, odkurzanie dywanów, czyszczenie wszelakiego szkła stojącego w szafkach, mycie mebli, okien i co tam jeszcze sobie zażyczy. Przecież nie pomogę jej piec ciasta czy klusków szykować! A jak po skończeniu wszelkich zajęć człowiek próbuje zejść z oczu żywiołowej furii przedświątecznej o imieniu „kobieta” to jeszcze oberwie, że się od pracy uchyla. Jak uchyla, pytam, jak uchyla?

Zresztą, z tymi świątecznymi porządkami to też przegięcie. Po cóż to myć wszystkie szkło i kompletne zastawy, suszyć, wycierać, ustawiać na nowo na półkach? Kto to zobaczy? Czy naprawdę goście będą nos wsadzać do szafki i patrzeć czy na talerzyku w niebieskie kwiatki od ciotuni Heni jest warstwa kurzu, czy też wyczyszczone aż lśni? Przez ostatnie pięć lat nikt tak nie zrobił, czemu akurat teraz ma zrobić? Nie raz powtarzam: umyć to, czego się będzie używać i z głowy! A nie dokładać sobie roboty nie wiadomo po co?

A samo przygotowywanie jedzenia na święta? Też istna paranoja! Ja rozumiem, tradycja polska, święta sute! Tylko ponoć naród niezbyt bogaty, nie ma na życie. A w święta stoły zastawione, ludzie żrą, z przejedzenia ruszyć się nie mogą. Tak, wiem... są też i miejsca, gdzie nikt nie ma świąt, gdzie nie ma takich wystawnych przyjęć, ale co drugi napotkany po okresie świątecznym powie, że ciągle czuje się pełny. A po diabła tyle tego szykować, pytam? Po co? Czy naprawdę musi być pięć różnych ciast? Nie wystarczą trzy? Musi być sześć sałatek? Jak się zrobi cztery, to się przecież też nic nie stanie. A same dania? Kilka na ciepło, kilka na zimno, plus przekąski... Litości! Jak się zrobi po kilka mniej to raczej nikt nie ucierpi. I z korzyścią będzie, bo wujek Wiesio nie dostanie wzdęcia. A tłumaczenie, że nie wypada to nie powiem głośno, gdzie – moim zdaniem – można sobie wsadzić! Co to znaczy, nie wypada? A wypada zarywać dwie lub trzy noce, piekąc ciasta, szykując kolejne potrawy, a rano narzekać do sąsiadki, ile to trzeba się namęczyć, by te święta przygotować?

Czy naprawdę tak trudno podejść do tych przygotować przedświątecznych na spokojnie? Zrobić mniej, rozłożyć to lekko w czasie, po kawałku, powolutku? Bez szaleństw, bez paniki, bez histerii. Bez ciągłego nerwowego wyżywania się na reszcie domowników. Przecież to Święta są dla nas. A nie my dla Świąt. Chyba, że się mylę...

Redakcja poleca

REKLAMA