O krok od nich

Wyborna antologia pierwszoligowych poetów Ameryki w przekładach wybitnego polskiego poety Piotra Sommera.
Pierwsza odsłona amerykańskiej summy Piotra Sommera miała miejsce w roku 1994. Książka nazywała się „Artykuły pochodzenia zagranicznego”, liczyła ponad 400 stron i zawierała całkiem obszerne wybory wierszy E.E. Cummingsa, Johna Berrymana, Roberta Lowella, Franka O’Hary, Johna Ashbery’ego, Allena Ginsberga i Charlesa Reznikoffa oraz teksty o wyżej wymienionych. Do dziś była to bezkonkurencyjnie najlepsza polska prezentacja poezji amerykańskiej w postaci antologii.

Do dziś, bo właśnie ukazała się jej nowa wersja. „O krok od nich” liczy sobie stron 600. Sommer dodał nowe teksty poetów obecnych w poprzedniczce i przysporzył im towarzyszy w osobach Johna Cage’a (tak, to ten sławny kompozytor, tu reprezentowany krótkimi prozami), Kennetha Kocha i Augusta Kleinzahlera. Oraz malarki Jane Freilicher, której obrazy stanowią istotny element kompozycji dzieła. Zniknęły, co trzeba odnotować, osobne prezentacje poetów, zastąpione przez zbiorcze posłowie do całości, ale rozumiem, że o tym zdecydował (poza niechęcią do powtarzania się) wzgląd na objętość książki. Trochę szkoda, ale próżno narzekać. Nie jest to przecież antologia prymarnie edukacyjna i wszechogarniająca. To jest osobista antologia z kilkoma setkami wierszy do czytania. Osobisty jest także wybór autorów, bo z pierwszoligowców amerykańskiej poezji zestawić można oczywiście co najmniej kilka znakomitych drużyn.
Sommer tłumaczył – nigdy nie obiecywał niczego innego – tylko to, co mu się (dawniej lub dzisiaj) podobało – i chwała mu za to. I tak lektury starczy na tygodnie, jeśli nie miesiące, i prawie każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli więc ktoś okaże się impregnowany na uroki Kleinzahlera, do którego Sommer ma wyraźną słabość, może machnąć nań ręką i choćby do maja siedzieć w Berrymanie. A jeśli ktoś woli raczej „zwykłe” wiersze Kocha, a nie jego niesceniczne „sztuki awangardowe”, to ma przecież tuż obok niedawno ukończony przekład całości tytułowego poematu z „Autoportretu w wypukłym lustrze” Ashbery’ego, jedynej książki w historii, która w tym samym roku zgarnęła trzy nagrody – Pulitzera, National Book Award i National Book Critics Circle Award.
No dobrze, spyta ktoś, a czy ładnie i słusznie nam to Sommer przełożył? I co właściwie jest dobrym przekładem, a kto dobrym tłumaczem? Tego właśnie można dowiedzieć się z antologii Sommera. Bo jest on, jeśli można to tak nazwać, tłumaczem definitywnym. Oczywiście, poprawia i poprawiał różne drobiazgi (a śledzenie tych poprawek jest wielce instruktywne), ale to akurat rzecz równie naturalna jak zmiany dokonywane przez poetów we własnych wierszach. Najważniejsze, że czytając jego książkę, co rusz zastanawiam się, jak przełożyłby to czy tamto z rzeczy, których przełożyć nie zechciał lub nie zdążył, a bardzo rzadko przychodzi mi do głowy pytanie, jak coś przełożonego przez Sommera spolszczyłby X czy Z. I zdaje mi się, proszę wybaczyć laikowi, że to prosty i nie najgorszy wskaźnik wybitności tłumacza. Podobnie jak fundamentalne, a niezwykle trudne zachowanie w polszczyźnie odrębności głosu każdego z tłumaczonych autorów. Sommerowi udało się zainscenizować prawdziwy mecz gwiazd. Wszyscy są dobrzy, co ja mówię, świetni – i różni. Tylko od uważnego czytelnika zależy, czyj plakat zechce sobie przypiąć nad łóżkiem.

Marcin Sendecki/ Przekrój

Piotr Sommer „O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich”, Biuro Literackie, Wrocław 2006
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)