Nedjma - "Migdał. Opowieść intymna" - fragment 4.

Hmed miał czterdzieści lat, a ja właśnie skończyłam siedemnaście.
/ 04.05.2005 12:16

Ślub Badry

Hmed miał czterdzieści lat, a ja właśnie skończyłam siedemnaście. On był notariuszem i ten tytuł dawał mu w oczach mieszkańców wioski nieopisaną władzę, dzięki niemu mogli zaistnieć, czyli zostać zapisani w rejestrach państwowych! Dwa razy stawał już na ślubnym kobiercu i odprawił swoje dwie żony z powodu ich bezpłodności. Wszyscy uważali go za ponurego choleryka. Mieszkał w pięknej, rodzinnej posiadłości usytuowanej na obrzeżach miasta niedaleko dworca kolejowego. Wszyscy wiedzieli, że dawał bogate wiano swoim przyszłym żonom i wyprawiał wspaniałe wesela. Był jedną z najlepszych partii w Imchouku, pożądały go wszystkie grzeczne dziewice i ich zachłanne na pieniądze matki.
Pewnego dnia matka Hmeda zapukała do drzwi naszego domu i od razu wiedziałam, że przyszła kolej, abym to ja położyła głowę na katowskim pieńku. Jakaś wieśniaczka podszeptywała matce swoje fałszywe dobre rady:
- Zgódź się! Twoja córka to już kobieta, nie możesz nadal pozwalać jej na jeżdżenie do miasta na te przeklęte nauki, które i tak na nic jej się nie przydadzą. Jak się będziesz tak upierać, to dostanie swędzących robali, i tak jej dadzą w kość, że sama zacznie ganiać za chłopami.
Fakt, szkoła niewiele dla mnie znaczyła, ale wrócić do domu i dać się zamknąć w czterech ścianach, też mi się nie uśmiechało. Pierwsze i jedyne gimnazjum dla dziewcząt w Zridzie to był mój list żelazny na opuszczenie murów domu, a pensjonat pozwalał mi uciec spod nadzoru tego kogucika, mojego młodszego brata Alego, którego honor wyraźnie znajdował się w damskich majtkach kobiet naszego rodu, a którego śmierć ojca uczyniła moim opiekunem z urzędu.
Rządzenie kobietami pozwala chłopcom poczuć się rjal(1). Jeśli nie mają pod ręką siostry, którą można stłuc na kwaśne jabłko, ich autorytet rozpływa się w powietrzu, kurczy się jak członek faceta, któremu brakuje wyobraźni.
Moja przyszła teściowa nie czekała na oficjalną zgodę matki, żeby ocenić i wycenić moją przydatność na małżonkę godną jej klanu i jej syna. Zjawiła się w łaźni parowej ze starszą córką któregoś dnia, kiedy i ja tam byłam. Obejrzały mnie od stóp do głów. Macając, sprawdzały, czy mam jędrne piersi, potem sprawdziły moje pośladki i kolana, obejrzały kształt łydki. Miałam wrażenie, że jestem baranem przygotowywanym na święto Aid(2), brakowało mi tylko kolorowych wstążek, w jakie się stroi zwierzęta na festyn. Znałam jednak zwyczaje i reguły gry. Pozwoliłam im więc na to bez słowa. Po co sprzeciwiać się zasadom starym jak świat, które zamieniają łaźnię w targ, na którym ciało ludzkie sprzedaje się trzy razy taniej niż mięso zwierzęce?
Potem przyszła kolej na babkę, stuletnią chyba kobietę wytatuowaną od czoła po końce palców u stóp, ona też zjawiła się w moim domu. Usiadła na podwórzu i patrzyła, jak błąkam się z kąta w kąt przy pracach gospodarskich, spluwała przeżuty tytoń w wielką chustkę w szaro-błękitną kratę. Matka przez cały czas dawała mi oczami znaki, żebym bardziej się przykładała, wiedząc, że ta stara megiera złoży rodzinie przyszłego męża dokładny raport o moich talentach gospodarskich. Wiedziałam, że w tej dziedzinie ja, czyli towar, nie byłam doskonałej jakości.
Hmed znał mnie od dziecka i od dwóch lat obłaskawiał rozgorączkowanymi spojrzeniami za każdym razem, kiedy wyjeżdżałam albo wracałam ze szkoły. Widział, jak idę ze spuszczonymi oczami, szybkim krokiem, aby jak najprędzej uciec od wrednych spojrzeń i jadowitych języków. Stwierdził, że jestem niczego sobie i można na mnie ubić niezły interes. Chciał mieć dzieci. Samych chłopców. Chciał wsadzić we mnie swoje przyrodzenie, zrobić mi dziecko, a potem z głową podniesioną wysoko do góry pysznić się moim wielkim brzuchem w czasie festynów w Imchouku, jako że zapewnił sobie męskich spadkobierców.
Zima 1962 roku nie zastała mnie w szkolnej ławce, ale pochyloną nad robótkami, nad obrusami, które trzeba było wyhaftować, nad poduchami, które trzeba było wypchać, nad wełnianymi kocami, których wzór musiałam wybrać, aby pasowały do wyprawy ślubnej. Wymarzyłam sobie innego, o wiele lepszego niż Hmed, księcia na białym koniu, lepszego i przede wszystkim o wiele młodszego.
Przepełniał mnie wstyd, że zgodziłam się na to, aby tak bezceremonialnie podcięto mi skrzydła i złamano moją wolę. Żeby się sprzeciwić tej koszmarnej maskaradzie, zaczęłam nosić bezkształtne qamis(3) i związywać włosy pierwszą lepszą chustą, którą znalazłam na sznurku do suszenia bielizny. Czułam do siebie obrzydzenie.

Nie wychodziłam z domu, chyba że chciałam się udać do Arem, krawcowej. Idąc tam, skrupulatnie omijałam dom hajjalat(4). Przejście obok domu ladacznicy Farhat i jej dwóch córek mogło drogo kosztować, kobietę, która by się na to odważyła.
Ja jednak ośmieliłam się już spojrzeć na coś o wiele bardziej zakazanego niż ich dom i wspomnienie o tym sprawiało, że śmiałam się w nos temu srogiemu miastu Imchouk.
Moje bliskie już zamążpójście dawało mi pewne przywileje. W gospodarstwie zastąpiła mnie młoda wieśniaczka, bo było niedopuszczalne, żebym nadal niszczyła sobie ręce, myjąc podłogi, przędąc wełnę czy wyrabiając ciasto na chleb. Żyłam sobie jak taki Ali rodzaju żeńskiego. Żadnego odrabiania pańszczyzny, żadnych rozkazów do wykonania. Miałam prawo do dobrego, obfitego jedzenia, najlepszy kawałek mięsa na stole przypadał właśnie mnie. Takie było prawo. Zanim mogłam wejść do małżeńskiej łożnicy, musiałam przecież odpowiednio dużo utyć. Napychano mnie gęstymi sosami, kaszą kuskus obficie polaną smanem(5), plackami baghrir opływającymi miodem. Nie zapominano o makaronie z daktylami albo z migdałami ani o tagine(6) z nasionami szyszki sosnowej, co stanowiło wielki luksus, bo te nasiona były rzadkością. Tyłam pół kilograma dziennie, a matka zachwycała się moimi zaróżowionymi okrągłymi policzkami.
Potem zamknięto mnie w ciemnym pokoju. Bez dostępu słońca moja cera wydelikatniała i stała się wyraźnie bielsza, co z zachwytem zauważyły kobiety z mojego klanu. Jasna cera jest przywilejem ludzi bogatych, tak jak jasny kolor włosów jest przywilejem chrześcijan i Turków z Azji Środkowej, potomków bejów i dejów, a przede wszystkim janczarów tych sprzedawczyków, o których później z nieopisaną pogardą opowie mi Driss.
Potem zakazano mi przyjmowania gości ze strachu przed złymi oczami. Byłam zarazem królową i niewolnicą. Okazywano mi wszelkie względy, ale mnie właściwie nie dotyczyło to, co działo się wokół mnie. Kobiety z mojego klanu przygotowywały mnie na rzeź, szepcząc do ucha, że to do kobiety należy zdobywanie serca mężczyzny.

1) Rjal - mężczyni
2) Aid - święto kończące miesiąc postu, Ramadan
3) Gamis - ubranie męskie lub damskie w formie długiej koszuli
4) Hajjalat - to słowo oznacza wdowę, ale w niektórych regionach Maroka oznacza kobietę rozwiązłą
5) Smanem - zjełczałe masło
6) tagine - tradycyjne danie marokańskie

To już ostatni odcinek - zapraszamy do ksiegarń.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)