Nedjma - "Migdał. Opowieść intymna" - fragment 2.

Poszłam za nim, nie mając innego wyboru.
/ 19.04.2005 17:15

Poszłam za nim, nie mając innego wyboru. Mówiłam sobie, że zawsze mogę zacząć krzyczeć, gdyby zrobił jakiś ruch, lub zaalarmować przechodniów, których mnóstwo było dookoła, albo zwrócić się do któregoś z policjantów z drogówki, wciśniętych w mundury ozdobione paskami z błyszczącej skóry. W głębi serca aż tak bardzo się nie bałam. Ośmielić się wsiąść do pociągu i uciec od męża - to było tak nieopisane zuchwalstwo, że wszystko inne wydawało mi się dziecinadą.
Rzucałam zalęknione spojrzenia w kierunku poprzedzającego mnie mężczyzny i dostrzegałam dumę bijącą z jego postawy. Wyraźnie był w tym samym wieku co ja i miał kołyszący się chód koguta bojowego. Nie odwrócił się ani razu, ale czułam, że jest świadom mojego spojrzenia, które - zafascynowane jego męskością - raz po raz spoczywało na jego szerokich ramionach.
Dziwne uczucie rozchodziło się w moich żyłach: przyjemność płynąca z przekroczenia bariery tego, co zakazane, w mieście, gdzie nie znałam nikogo i gdzie nikt mnie nie znał. Pomyślałam nawet w duchu, że wolność upaja bardziej niż wiosna.
Z trudem udawało mi się utrzymać spojrzenie na moim przewodniku, tak bardzo pochłaniały moją uwagę szerokie ulice i rosnące przy nich imponujące platany.
Wszędzie kawiarnie i mężczyźni w dżelabach, w europejskich garniturach, siedzący na tarasach. Nieustannie czułam, jak nogi mi drżą pod natarczywymi spojrzeniami, które unosiły moją chustę w kolorze świeżego masła, zarzuconą na ramiona na miejską modłę.
Tanger zadziwiał mnie swoimi budynkami, ale tutejsi mężczyźni wydali mi się pod każdym względem podobni do tych, których zostawiłam, brodzących w końskiej mierzwie i dzielących włos na czworo, tam w Imchouku.
Po dwudziestu minutach marszu mężczyzna skręcił w lewo, potem zagłębił się w kolejną uliczkę. Ta uliczka podobna była do ciemnego tunelu, który piął się bezustannie serpentyną w górę.
Nagle poczułam, że chce mi się pić, w tej ciemnej uliczce, którą wspinałam się za przewodnikiem nie znanym mi nawet z imienia.
Doszedłszy do dzielnicy muzułmańskiej, zatrzymał się. Znów było jasno i panowała całkowita cisza, którą przecinały dalekim echem wersety Koranu monotonnie recytowane przez chór dzieci.
- No i jesteśmy. No więc, którego domu szukasz? - zapytał mój przewodnik, nie odwracając się.
Wyciągnęłam do niego zgnieciony skrawek papieru, który ściskałam we wnętrzu dłoni. Długo mu się przyglądał, zanim wykrzyknął:
- To jest właśnie ten dom po twojej prawej stronie!
Czyżbym wreszcie dotarła do miejsca przeznaczenia? Nagle ogarnęły mnie wątpliwości. W bramie, którą wskazywał mój przewodnik, mogła być zasadzka, kryjówka, gdzie złoczyńcy mogli mnie napaść, zmusić do wzięcia narkotyków, wykorzystać, obciąć mi głowę i wrzucić do "bezdennej jaskini w klifie na wybrzeżu" albo do jednej z tych zatoczek, które "cuchną tak jak żaden tchórz z naszych okolic nie dałby rady cuchnąć", jak opowiadał mój brat Habib.
Mężczyzna odgadł mój niepokój.
- A oprócz tego adresu znasz jakieś nazwisko? Kogoś, kogo można by zawołać?
Pełna nadziei wyszeptałam:
- Ciotka Selma.
Pchnął ciężkie, nabijane gwoździami drzwi i zniknął w ciemnym driba(1).
Usłyszałam, jak krzyczy na cały głos:
- Ya oumalli ed-dar, hej! Ludzie. Jest tam kto?
Okiennice jakiegoś okna zatrzeszczały nad moją głową, skrzypnęły jakieś drzwi, podniosły się nieznane i lekko przytłumione głosy.
- Jest tu jakaś ciotka Selma?
Szmer, szybkie kroki i moja ciotka pojawiła się jakby znikąd, zaniepokojona, obuta w różowe michmaq(2), wycyzelowane niczym klejnoty.
Uderzyła się szerokim gestem w pierś.
- Ojejej! Co ty tutaj robisz?
W każdym razie była! To dla mnie było najważniejsze. Mój przewodnik wychynął zza jej pleców szczęśliwy i dumny, że udało mu się ją odnaleźć. Miałam ochotę się roześmiać.
- Co ci się stało? Ktoś umarł tam u was?
Odpowiedziałam oszołomiona i całkiem szczera:
- Ja umarłam!
Szybko doszła do siebie, zaintrygowana przyjrzała się mojemu przewodnikowi, podziękowała mu za jego uprzejmość.
Moja odpowiedź chyba rozbawiła mężczyznę, który poprawił nakrycie głowy, skrzyżował ręce za plecami i rzucił w kierunku gospodyni:
- Misja wykonana, Lalla(3). Tylko jedna rada: z tymi jej oczami gazeli nie spuszczaj jej z oczu ani na krok.
Uśmiechnął się. Odszedł. Na chwilę zawrócił mi w głowie.



W chwili kiedy się zjawiłam, ciotka Selma była na popołudniowym przyjęciu kobiecym. Później dowiedziałam się, że wszystkie popołudnia w Tangerze były przeznaczone dla kobiet.
Spotykały się radosne wokół półmisków słodyczy w odświętnych, światowych ubraniach, popijały kawę i herbatę, pociągając hiszpańskie albo amerykańskie papierosy, opowiadając sobie sprośności, wymieniając się bardziej lub mniej prawdziwymi plotkami i zwierzając się sobie nawzajem na wpół szczerze.
Te ichouiyyates były całkiem poważnym rytuałem. Prawie tak samo poważnym jak frouhates, wieczory ślubów, obrzezania lub zaręczyn, pełne pompy i fałszu, na które należało przywdziewać najpiękniejsze toalety i nie wypadało wyglądać na biedną ani na znudzoną mężem.
Ciotka zaprowadziła mnie do chłodnego pokoju, zapaliła lampę naftową i przeprosiła, że musi mnie opuścić.
- Tam u sąsiadki z góry czekają na mnie. Rozumiesz, prawda?
Na stoliku postawiła szklankę i karafkę z wodą. Powiedziała, że postara się wkrótce wrócić. Wypiłam łapczywie kilka łyków wody wprost z karafki i natychmiast zasnęłam wyczerpana. Wizja mężczyzny w kombinezonie kierowcy kołysała mnie, zanim zapadłam w sen. Kiedy jednak już zasnęłam, pogrążyłam się w żółtoszarych koszmarach sennych, podobnych kolorem do nieba oczekującego na jesienną burzę.
Obudziłam się pośród nocy, głodna, z głową przygniecioną podłużną poduszką i z wełnianym kocem narzuconym na nogi. Kanapa była wąska i twarda, a odgłosy domu nieznane. W nogach leżał tobołek, do którego włożyłam świeży chleb i dwa jajka na twardo. Głód zawsze zwycięża nad strachem. Rzuciłam się na to skromne pożywienie z zamkniętymi oczami, w tym podłużnym pokoju, gdzie meble ścieliły ogromne, wrogie cienie na ściany i sufit, o wiele wyższe niż te, które widziałam w Imchouku.
Zasnęłam, nie pozwoliwszy sobie na żadne przemyślenia. Byłam w Tangerze. To nieważne, że miałam dwadzieścia lat i nic poza tym. Moja przeszłość była już za mną. Była za mną i oddalała się tak, jak oddalają się gradowe chmury, pośpieszne i naładowane poczuciem winy. Ale Imchouk był przy mnie i rozświetlał mnie swoim blaskiem.
W snach biegam nadal z bosymi nogami, przecinam w poprzek pola jęczmienia i lucerny, aby zostawić z tyłu inne dzieciaki, biegam z włosami ozdobionymi kwiatami polnych maków i ze szczerym śmiechem na ustach.

1. driba - korytarz wejściowy
2. michmaq - kapcie bez pięty delikatnie haftowane
3. Lalla - tytuł nadawany starszym kobietom lub mieszczankom, porównywalny z Madame, pani

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)